06.10.2026
Warlikowski, Mouawad i krwiożerczy dyskurs o „zbrodni i karze”, winie i odpowiedzialności.
„ Jesteście boginiami, które wpadły do ogrodu moich ran, a wasz gniew ma uzdrowicielską moc. Wolałabym wam powiedzieć przepraszam, ale mogę przynajmniej powiedzieć dziękuję.” Takie słowa kieruje w ostatniej scenie Europa do swoich trzech córek, które zaprosiła i trochę podstępem zwabiła w jedno miejsce, aby dokonać swoistego rozrachunku ze swoim życiem, pełnym przemocy, okrucieństwa i ran, właśnie wciąż niezabliźnionych ran.
To powrót spektaklu „Europa” Krzysztofa Warlikowskiego, opartym na oryginalnym dramacie „Przysięga Europy” Wajdiego Mouawada, jego wielokrotnego współpracownika w zakresie adaptacji wystawianych tekstów, na deski macierzystego Nowego Teatru w Warszawie. Powrót poprzedzony pasmem sukcesów przedstawienia w czasie wielotygodniowego a nawet wielomiesięcznego tourne po nomen omen Europie począwszy od Montpellier (Francja) przez Tbilisi (Gruzja) i Salzburg (Austria), a skończywszy na Bochum (Niemcy). Oczywiście, najcenniejszą z tych zagranicznych prezentacji była obecność w charakterze gościa specjalnego na słynnym Salzburg Festival, gdzie „Europa” wzbudziła – obok innego bardzo europejskiego przedstawienia „Święty Franciszek z Asyżu” Romeo Castellucciego – prawdziwy entuzjazm.
Tak intensywnej w emocje uczty teatralnej nie doświadczyłem już od dość dawna. Wychowany na złotej epoce teatru polskiego i w ogóle światowego lat 70-90 ubiegłego wieku, piłem to co mi zespół Nowego Teatru podawał w swej magicznej czarze, jak w skwarze złakniony wody. O czym jest to spektakl? Z pewnością o tym, o czym Warlikowski się w swojej twórczości wypowiada się od dawna, z pewnością od 1995 kiedy wystawił również okrucieństwem ociekającego Roberto Zucco Bernarda Marie Koltes’a. w Teatrze Nowym w Poznaniu. To początki wybitnego już dziś reżysera. Sam zresztą to przyznaje w licznych wywiadach: „ W moim teatrze rzeczywiście w wielu przedstawieniach mówimy o winie. Poczucie winy jest dla mnie czymś determinującym. To może otworzyć dialog.” Mouawad wzbogaca, a może jedynie uzupełnia te rozważania o kwestię odpowiedzialności i to tej sięgającej bardzo głęboko, bo dalszych pokoleń. Antyczna klątwa? Czy w tak ujętym konflikcie sumienia jest w ogóle możliwe zakończenie tragedii? O tym właśnie jest ten spektakl, o próbie dialogu pomiędzy ofiarami – które w konsekwencji też okazują się później winnymi innych zbrodni – a ich oprawcami. Nie bez znaczenia jest tu z pewnością kulturowe osadzenie autora, który posiada korzenie libańskie ze wszystkimi tego konsekwencjami i bagażem, których nie są w stanie wymazać dalsze jego losy po ucieczce wraz z rodzicami z ojczyzny i osiedleniu się w kanadyjskim Quebecu. Okcydentalna edukacja i wychowanie w powiązaniu z orientalnym rodowodem. Czyż to nie gotowa geneza powstania tego tekstu dramatycznego? Nie jest tu miejsce na to aby opowiadać złożone treści wysyłane widzowi ze scenicznych – także bardzo rozbudowanych „desek”. Emblematyczność imienia jakie nosi główna postać dramatu jest oczywista i niepodważalna. Z pewnością wagi przedstawieniu dodaje kontekst aktualnie toczących się niemal na naszych oczach w różnych zakątkach świata, ale także tuż przy naszych granicach konfliktów zbrojnych, wojen, aktów przemocy i ludobójstwa. Liczne aluzje, odniesienia, nawiązania do przebogatej spuścizny kulturowej starej Europy, także dziedzictwo wielowiekowe Melpomeny i Talii (nie do wiary jak często w trakcie tego zatrważającego widowiska z łatwością wybuchałem zdrowym śmiechem), wszystko to znajdowało tu wykorzystanie i własne ujście. Myślę, że to bardziej materiał na solidną rozprawkę. Bo nie sposób wszak przejść obok tego przedstawienia nie wspomniawszy o takich wizjonerach teatru jak: Grotowski, Wajda, Kantor, Szajna, Swinarski, Dejmek, ze tylko o polskiej spuściźnie napomknę! Nie sposób także pominąć doświadczenia teatru okrucieństwa i teatru absurdu w osobach Antonina Artauda i Geana Geneta, a także teatru otwartego z Jerzym Grotowskim i Peterem Brookiem na czele. Wracając do klasycznych elementów recenzji, jaką podjąłem się tutaj napisać: spektakl „Europa” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, oparty na dramacie Wajdiego Mouawada „Przysięga Europy” – wybitnym spektaklem jest! Mrocznym z pewnością, poruszającym, momentami traumatycznymi wstrząsającym. A jednak nie przygnębiającym! W pewnym sensie jest oczyszczający. Swoiste Katharsis? Być może, być może o to właśnie chodziło – byłby to oczywisty powrót do jednej z pierwotnych funkcji zbiorowego przeżywania sztuki, nie tylko w kulturze antycznej, ale też wielu innych od różnorodnych afrykańskich, azjatyckich i z obu kontynentów amerykańskich poczynając, a na naszej rodzimej chrześcijańsko – europejskiej kończąc. Tyle, że w kluczowym momencie nikt nie odwołuje się do „ogranej” sztuczki „deus ex machina”, wszystko opiera się żywym – ledwo żywym? – człowieku!
To z pewnością teatr kompletny: wielopoziomowa i przestrzenna scenografia, wyrafinowana, momentami subtelna i dyskretna, a jednak nierzadko agresywna reżyseria światłami i oczywiście obłędna sfera dźwiękowa a właściwie muzyczna wzmacniająca w odpowiednich momentach efekt sceniczny, a jednocześnie idealnie wtopiona a w całość, niemal niezauważalna. – chłonie się ten spektakl całym sobą! Na deser słów kilka o grze aktorskiej, pomieszanie niezniszczalnego Stanisławskiego z przedmiotową funkcjonalnością a la Szajna czy Grotowski – znakomita! Takie gwiazdy wydawałoby się polskiej popkultury filmowo telewizyjnej jak Kożuchowska czy Ostaszewska odnajdują się w i czują w tym dziele jak przysłowiowe „ryby w wodzie” – emocjonalne, autentyczne, przekonujące. Jak zresztą cały zespół aktorski. Odrębne słowa podziwu należą się jednak odtwórcy głównej postaci, w którą wcielił się nie kto inny jak Andrzej Chyra. Jego Europa to kreacja wybitna, żeby nie powiedzieć genialna, w której ze swobodą przechodzi od zimnej obojętności i wyrachowania, a nawet premedytacji do sekwencji emocjonalnych i wibrujących napięciami. Wszystko to najczęściej w warstwie nieoczywistej, podskórnej, niemal niewidocznej. Ostanie słowa Europy kierowane do swoich przeklętych i skazanych na haniebną śmierć córek:
„Wszystko legło w gruzach.
Teraz czas się podnieść.
Niczemu nie jesteście winne.
Wyjdźcie na zewnątrz.
Deszcz obmyje wam twarze, a z nadejściem dnia zostańcie siostrami którymi zawsze byłyście.”
Czy można sobie wyobrazić bardziej pogodne, radosne i optymistyczne zakończenie dla tej pogrążonej w bólu i cierpieniu inscenizacji?
Marian Mahor
Teatrolog i reżyser teatralny, poeta i dramaturg, tłumacz literatury z języka francuskiego, a także lokalny samorządowiec.
