Anastazy Jastrzębski: Prus nie potrzebuje pokłonów7 min czytania

()


19.10.2026

Na tę „Lalkę” warto wybrać się do kina. Piszę to na początku, żeby czytelnik nie musiał przedzierać się przez cały tekst w poszukiwaniu odpowiedzi. Nie z obowiązku wobec klasyki. Nie dla sprawdzenia znajomości lektury. Dla przyjemności oglądania filmu, który rozmachem, aktorstwem, obrazem i muzyką potrafi przykuć uwagę.

Oglądając „Lalkę” 2026, kiedy mam za sobą większą część życia, trudno nie porównywać jej z filmem z 1968 roku i serialem telewizyjnym z lat 1977–1978. Poprzednie ekranizacje siedzą w pamięci. Przychodzą do kina razem ze mną. To przywilej widza, ale i pewna niedogodność. Pamięć podsuwa twarze, głosy, gesty. Podpowiada, jak powinien wyglądać Wokulski, jak mówić Izabela, jak milczeć Rzecki. Bywa pomocna. Bywa też samozwańczym kierownikiem obsady. Wszystko już widziała – wszystko wie lepiej. Trzeba ją posadzić nieco dalej od ekranu.

Nowa ekranizacja nie powstaje po to, żeby odtworzyć nasze wspomnienia. Od tego mamy poprzednie. Powinna zaproponować własne spojrzenie. I właśnie dla tego spojrzenia warto dać jej szansę – bez żądania, żeby nowi aktorzy przypominali dawnych, a każda scena potwierdzała nasze przyzwyczajenia.

Pierwsze wrażenie po „Lalce” 2026 jest takie: twórcy odczytali Prusa na nowo. Reżyser, współscenarzyści i aktorzy — wszyscy razem. Nie odebrałem tego jako demonstracyjnego poprawiania pisarza. Raczej jako próbę wydobycia z powieści tego, co ich samych obchodzi. Skoro obchodzi twórców, ma szansę poruszyć również widza. Pomników mamy dosyć. Tutaj warto spotkać ludzi.

Kilka pokoleń, jeden ekran

Jednym z powodów, dla których polecam ten film, jest spotkanie kilku pokoleń aktorskich. Od nestorki Mai Komorowskiej, przez Andrzeja Seweryna, Marka Kondrata, Jana Englerta, Krystynę Jandę, Cezarego Żaka, Marcina Dorocińskiego, Andrzeja Chyrę, Agatę Kuleszę, Macieja Stuhra, Pawła Wilczaka, Maję Ostaszewską i Borysa Szyca, po Kamilę Urzędowską, Marię Dębską, Mateusza Damięckiego i wielu innych znakomitych wykonawców. Nie sposób wymienić wszystkich. Każdy zaznacza swoją obecność na ekranie. Różne doświadczenia, temperamenty, sposoby grania. Wspólna praca, nie wspólna metryka.

Sama lista nazwisk mogłaby służyć za reklamę. Obsada imponująca, warto kupować bilety. Tyle że nazwisko nie zagra sceny. Dorobek nie zastąpi gestu. Popularność nie wypełni milczenia. Na ekranie zasługi trzeba na chwilę odłożyć i po prostu być przekonującym. W tym filmie jest kogo i co oglądać. Warto przyglądać się nie tylko postaciom prowadzącym opowieść, lecz także tym, które pojawiają się krócej. Nie traktować ich jak przystanków w drodze do kolejnej sceny Wokulskiego. Właśnie z takich obecności powstaje świat filmu.

Nie chciałbym zamieniać rekomendacji w uroczysty apel zasłużonych. Ważniejszy jest rezultat: poczucie, że powieść przeszła przez różne ludzkie doświadczenia, zanim wróciła do widza jako film. Ma to znaczenie także dla mojego odbioru. Z wiekiem inaczej patrzy się na cudze nadzieje i klęski. Mniej pochopnie wydaje się wyroki. Niekoniecznie z większej mądrości. Czasem po prostu zdążyło się samemu dostarczyć materiału przeciwko zbyt łatwym ocenom.

Właśnie do kina

W trakcie oglądania narastało we mnie jedno wrażenie: mam do czynienia z brawurową ekranizacją. Nie używam tego słowa zamiast argumentów. Składają się na nie rzeczy konkretne: znakomite aktorstwo, dbałość o szczegóły, wspaniała robota operatorska, zwłaszcza gra światłem, i muzyka bardzo dobrze zestrojona z rytmem poszczególnych scen.

Dlatego zachęcam właśnie do wyjścia do kina. Nie do odłożenia filmu na nieokreślone „kiedyś”, gdy pojawi się okazja obejrzenia go między wiadomościami a telefonem. W moim odbiorze obraz i muzyka są tu zbyt ważne, żeby z góry godzić się na oglądanie przy okazji innych zajęć.

Szczególnie zapamiętałem światło. Jest różnica między pokazaniem dekoracji a zbudowaniem obrazu, w którym chce się zostać wzrokiem. Między poprawnym odtworzeniem epoki a przyjemnością patrzenia. Tutaj tę przyjemność miałem.

Podobnie z muzyką. Cenię jej zestrojenie z biegiem sceny. Nie potrzebuję, żeby kompozytor co chwilę brał mnie za rękę i objaśniał, co mam czuć. Wolę, kiedy muzyka współtworzy rytm, zamiast dopisywać instrukcję wzruszenia.

Aktorstwo, obraz i dźwięk nie były dla mnie osobnymi rubrykami do odhaczenia. Działały razem. Stąd określenie „brawurowa”, trafniejsze w moim odczuciu niż bezpieczne „staranna”. Staranność opisuje wykonanie. Brawura – także siłę, z jaką to wykonanie dociera do widza.

Nie trzeba znać nazwiska operatora ani rozpoznawać środków filmowych, żeby tego doświadczyć. Można po prostu patrzeć i słuchać. Film nie wymaga od widza dyplomu z zachwytu.

Bez ołówka przy każdym opuszczeniu

Czytelnikom przywiązanym do powieści proponuję zostawić na czas seansu ołówek w kieszeni. Nie zaznaczać w pamięci każdego skrótu, przestawienia i pominięcia. Na porównania przyjdzie czas po wyjściu z kina. Nie dlatego, że wszystko wolno. Dlatego, że ciągłe sprawdzanie przeszkadza zobaczyć to, co rzeczywiście znalazło się na ekranie.

Można zachować słowa, a zgubić napięcie między nimi. Można skrócić zdarzenie, a ocalić jego sens. Adaptacja musi wybierać. Warto najpierw przyjrzeć się rezultatowi, zamiast rozliczać twórców z niemożności zmieszczenia całej książki. Nie pytam przede wszystkim, czy pokazano całego Prusa. Interesuje mnie, czy mam powód wejść w proponowany świat. Ta „Lalka” mi go dała.

Kto dobrze pamięta powieść, będzie miał o czym rozmawiać. Kto czytał ją dawno, może sprawdzić, ile pozostało poza szkolnym zestawem postaci i tematów. Kto zachował głównie wspomnienie lektury zadanej, nie musi z tego powodu rezygnować z seansu. Do kina nie idzie się zdawać matury. Nawet jeśli na ekranie pojawia się Wokulski.

Ludzie zamiast gotowych wyroków

Warto także pójść na ten seans dla samego spotkania z bohaterami. Nie po to, żeby jeszcze raz przypisać im dobrze znane cechy. Raczej żeby przyjrzeć się własnym ocenom.

Wokulski łatwo uruchamia współczucie. Trudniej zachować wobec niego podwójne spojrzenie: widzieć krzywdę, ale nie przyznawać automatycznie racji. Człowiek może cierpieć naprawdę i zarazem mylić się zasadniczo. Interesuje mnie ta sprzeczność. Sprawność w interesach nie chroni przed bezradnością uczuciową. Wiedza o świecie nie oznacza wiedzy o sobie. Można trafnie oceniać cudze przedsięwzięcia i fatalnie własne nadzieje…

Z Izabelą rzecz ma się podobnie. Klasowa pogarda podlega ocenie. Brak wzajemności jest czymś innym. Nieodwzajemniona miłość pozostaje dramatem, ale nie staje się przez to długiem drugiej osoby.

Nie proponuję uniewinniania ani oskarżania bohaterów. Zachęcam do ponownego spotkania z nimi. Dobrze znana historia potrafi uruchomić nową myśl, kiedy zmieniają się twarze i głosy. Albo kiedy zmienił się widz. Zwłaszcza to ostatnie warto brać pod uwagę.

Niekiedy sądzimy, że po latach inaczej odczytano książkę. Tymczasem to my mamy już za sobą kilka rozdziałów więcej. Nie zawsze dzięki temu lepiej rozumiemy bohaterów. Czasem po prostu mamy więcej powodów, żeby nie wydawać o nich szybkich wyroków.

Nie zamiast dawnych — obok nich

Nie trzeba wybierać jednej „Lalki” przeciwko pozostałym. Nowa ekranizacja nie odbiera dawnym ich miejsca. Nie osłabia przywiązania do poprzednich aktorów. Nie każe wyrzucać wspomnień. Może za to wydobyć nas z wygodnego przekonania, że skoro znamy historię, nie mamy już po co jej oglądać.

Bardziej niż proste odpowiedniki dawnych i dzisiejszych postaci obchodzi mnie ciągłość ludzkich złudzeń. Pragnienie uznania. Wiara, że powodzenie w jednej dziedzinie powinno zapewnić powodzenie we wszystkich. Potrzeba wejścia do świata, którego przychylność uznaliśmy za świadectwo własnej wartości. Nie trzeba tego dopisywać Prusowi. Trzeba umieć to u niego przeczytać. A potem sprawić, żeby widz chciał patrzeć.

W moim przypadku się udało. Znakomite aktorstwo, dbałość o szczegół, światło i muzyka złożyły się na seans, który polecam nie z szacunku dla wielkiego dzieła Prusa, lecz z własnej przyjemności. Nie twierdzę, że każdy wyjdzie z takim samym wrażeniem. Zachęcam, żeby wyrobić sobie własne.

Można pójść z pamięcią dawnych ekranizacji. Można bez niej. Można zabrać sympatię do Prusa albo szkolną nieufność. Byle zostawić nowemu filmowi trochę miejsca.

Prus nie potrzebuje kolejnego pokłonu. Wystarczy usiąść. Najlepiej w kinie.

Anastazy Jastrzębski

ur. 1945, polonista, dziennikarz, emerytowany redaktor różnych wydawnictw i krytyk literacki

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo