Sławomir Popowski: Kilka rad dla grażdanina Depardieu9 min czytania

()

2013-01-07. Obywatel Depardieu będzie teraz grażdaninem Depardieu. To wielka różnica. Wbrew pozorom – znacznie większa niż wynosi różnica między 13 procentowym podatkiem liniowym, jaki płacić będzie od swoich dochodów grażdanin Depardieu, a 75 procentowym, przed którym uciekał, jako obywatel Francji.

Po ponad 13 latach spędzonych w Moskwie – za późnego Breżniewa, całego Gorbaczowa, połowy Jelcyna i pierwszych trzech lat Putina – mam dla niego kilka praktycznych rad.

Przede wszystkim – niech zapomni o racjonalizmie Descartesa i Woltera. Nawiasem mówiąc, ten ostatni podobno nawet rozważał schronienie się pod skrzydłami Katarzyny II, swojej Semiramidy Północy, ale wystarczył krótki pobyt na jej dworze w Petersburgu, aby wziął nogi za pas. Co było o tyle łatwiejsze, że nigdy nie przestał być poddanym kolejnego Ludwika, a Depardieu będzie już tylko grażdaninem FR.

To wiele zmienia i jeśli już chciałby się przystosować do nowej roli, to radziłbym kilka lektur. Polecam m.in. „Biesy” Dostojewskiego (bo zawsze mogą się powtórzyć), no i znakomitą książkę mojego przyjaciela, Wiktora Jerofiejewa – „Encyklopedię duszy rosyjskiej”.

To właśnie Wiktor, jak przystało na wielkiego patriotę, miał odwagę napisać kilka gorzkich prawd o swoim kraju i o tzw. duszy rosyjskiej – tak ukochanej przez racjonalny, kartezjański Zachód. A także o syndromie wahadła w historii Rosji, która od wieków nie może się zdecydować, czy jest bardziej w Europie, czy w Azji i dlatego od stuleci próbuje dogonić historię, (Rosjanie sami o sobie powiadają: My, „dogoniajuszczaja strana” – przyp. SP).

Wreszcie, to właśnie Wiktor napisał znamienne słowa o Rosji, która „jest rajem dla pisarzy i piekłem dla swoich obywateli”. Dlatego jednakowo nie rozumiał pisarzy, którzy wyjechali i obywateli… którzy zostali. I choćby z tego powodu – zgodnie z radą Jerofiejewa – przestrzegam grażdanina Deparideu: wielu z tych którzy, przyjechali do Rosji, zafascynowani jej kulturą, cywilizacją, a w pewnym sensie również współtworzonym przez siebie mitem rosyjskim – próbowali zrozumieć Rosję. I chyba nikomu to się nie udało. Wówczas, albo wpadali w rusofobię, albo stawali się bezkrytycznymi jej apologetami. Przy czym, im bardziej rusofobiczni byli jedni, tym bardziej apologetyczni – drudzy. I na odwrót. Dlatego polecam „metodę” zaproponowaną przez Jerofiejewa: „Aby zrozumieć Rosję, najlepiej się zrelaksować. Zdjąć spodnie. Narzucić ciepły szlafrok. Położyć się na tapczanie. Zasnąć.” I chyba nie jest to zły sposób, skoro nawet stare rosyjskie przysłowie/pogoworka głosi, że w Rosji „lisz tolko spiaszczemu jest horoszo po nastojaszczemu”. W wolnym tłumaczeniu brzmiało by to: „tylko śpiącemu jest naprawdę dobrze”, co mimo wszystko nie oddaje jeszcze całej metafizycznej głębi tej mądrości ludowej. Ale tak to już jest prawie ze wszystkimi przysłowiami/pogoworkami, jak choćby z tą moją ulubioną, rosyjską: „żizn’ horosza, kogda pijosz nie spiesza”.

Postarajcie się to zrozumieć, ale to kwintesencja, sedno rzeczy, sam sens. W praktyce, dla grażdanina Depardieu, oznacza to jedno, dopóki nie zrozumie dlaczego „Stolicznaja”, wyprodukowana w moskiewskich zakładach „Cristal”, jest najlepsza na świecie i dopóki nie będzie potrafił jej odróżnić od setek innych rosyjskich wódek, to jego znajomość szczepów winnych i roczników win, nie mówiąc już o trzystu gatunkach sera – będzie psu na budę. To trochę tak, jak w tym znanym dowcipie: najlepsi kiperzy, w międzynarodowym, prestiżowym konkursie, rozpoznawali gatunki alkoholi. Francuz wziął kieliszek z winem, popatrzył pod światło, zakręcił  lekko pucharem, powąchał bukiet… i orzekł: szczep taki a taki, rocznik taki a taki, nasłoneczniony, dobry… Brawa. Potem przyszła kolej na Polaka. W szklance była czysta wódka. Popatrzył pod słońce, powąchał, skosztował… Niepewnie powiedział: Żytnia… I sala parsknęła śmiechem, bo przecież nawet  dziecko by to rozpoznało. Ale po chwili, po  namyśle i już z mocnym przekonaniem oraz pewnością siebie zawyrokował: Tak, Żytnia –  na sto procent. Żytnia 27, trzecie piętro…

Z innych lektur polecam grażdaninowi Depardieu „Listy z Rosji” markiza de Custine. Wielu Rosjan uważa tę książkę za rusofobiczną, ale mnie pomogła zrozumieć jedną prawdę: tak naprawdę Rosją nie rządzi, ani car, ani gensek, ani aktualny gospodarz Kremla – rządzi czynownik/urzędnik.

Miałem okazję być petentem rosyjskich urzędów w różnych okresach, czy wręcz epokach historycznych: za czasów komunizmu, pieriestrojki, wolnej Rosji i putinowskiej „suwerennej demokracji”. I chociaż zmieniały się hymny, sztandary i mundury, to istota pozostawała niezmieniona, a metody i styl działania były dokładnie takie same, jak za czasów markiza de Custine…

Długo mógłbym opowiadać, jak za Gorbaczowa załatwiałem zgodę na wyrobienie pieczątki, co wymagało złożenia stosownego pisma i oczywiście z obowiązkową pieczątka (przybijałem dawnym PRL-owskim „orzełkiem” z 20-złotówki). Albo jak sformułować grzeczne podanie o sprzedaż deficytowych 4 tortów „Praga” w kombinacie gastronomicznym o tej samej nazwie, (zgodzono się na dwa), czy wreszcie załatwić formalności, zezwalające na wyjazd własnym samochodem na urlop do kraju… A już całkiem niedawno, w XXI wieku, ile zaświadczeń i załączników (ze wszystkich możliwych ministerstw, komitetów i służb) musiałem przedstawić, aby legalnie założyć w banku konto dla swojego biura korespondenta, bez czego z kolei nie mogłem legalnie kupić dla „firmy” samochodu służbowego…

Ta biurokracja pewnie nie jest wiele większa od francuskiej, ale sami Rosjanie określają ten stan lepiej i precyzyjniej: „czynowniczestwo” – po polsku, nieładnie, „urzędactwo”. Różnica jest zasadnicza: we Francji decyduje prawo, choćby najbardziej biurokratyczne i rozbudowane, ale zawsze prawo; w Rosji – urzędnik, jego dobra lub zła wola. A także urzędnicza solidarność, która wymyśliła formułę: „pustit’ po krugu”, tj. odsyłać od urzędu do urzędu, pod byle pretekstem i z byle powodu, aż petent zrozumie, że wystarczyło w tym pierwszym stawić się z odpowiednim załącznikiem lub zatrudnić wyspecjalizowaną firmę, przeznaczoną wyłącznie do załatwienia takich trudnych spraw, która z urzędnikiem podzieli się przychodami. Minęło sporo czasu, zanim – z pożytkiem dla własnej wygody, choć za cenę dodatkowych kosztów – zrozumiałem tę zasadę. Ale też nie dziwi mnie informacja sprzed kilku miesięcy, że w jednym z najdroższych moskiewskich apartamentowców, w których ceny mieszkań zaczynały się od 1 miliona dolarów – większość apartamentów wykupili… urzędnicy państwowi.

Co to oznacza dla grażdanina Depardieu? – Co najmniej tyle, że do tych swoich 13 proc podatku, który tak go skusił, że zrezygnował z obywatelstwa francuskiego, będzie musiał dodać koszty w miarę normalnego funkcjonowania w systemie rosyjskim. A są to koszty niemałe. Jeden z wysokich ministerialnych urzędników, od którego podpisu wiele zależało, zanim jeszcze awansował na szczyty władzy w Rosji, dorobił się kliczki/pseudonimu: „Misza Dwa Procent”, bo tyle brał od każdej decyzji i od każdego kontraktu, na który łaskawie wyrażał zgodę. Chyba że, znajdzie odpowiednio wysoką „kryszę”/ochronę (najlepiej na szczeblu kremlowskim), która zagwarantuje mu bezpieczeństwo, bezkarność i zielone światło we wszystkich operacjach. Tyle, że – jak wiadomo – łaska pańska na pstrym koniu jeździ i słono kosztuje, o czym przekonali się Gusiński, Chodorkowski i wielu innych.

Pewnie dlatego też w rejonie słynnej Rublowki, gdzie jeszcze niedawno każdy zainwestowany rubel gwarantował kilkudziesięcioprocentowe zyski, coraz więcej jest pustych rezydencji, a ceny nieruchomości zaczęły spadać, odkąd ich właściciele uznali, że bezpieczniej jest pilnować swoich interesów i kont w bankach zachodnich z Lazurowego Wybrzeża, aniżeli z Moskwy. Słowem, wybrali kierunek odwrotny niż Pan Depardieu… Przynajmniej uszanujmy więc jego odwagę, czy nawet desperację, bo tak należałoby określić jego decyzję o zamianie obywatelstwa francuskiego na rosyjskie…

A swoją drogą – ciekawe, czy jako grażdanin FR, gospodin Depardieu będzie musiał się starać o wizę schengeńską i kto mu ją teraz wyda, bo jeśli jej mieć nie będzie, to jedyną jego szansą na legalne odwiedzenie Unii będzie wizyta w strefie przygranicznej obwodu kaliningradzkiego – tj. w Gdańsku i (częściowo) na Mazurach. Może nawet „wyskoczyć” tu na zakupy.

Na koniec więc ostatnia rada praktyczna: Rosjanie to cudowni, wspaniali ludzie i – mówiąc delikatnie – bardzo trudne społeczeństwo. W tłumie, na ulicy iskrzy od napięcia, a często i wzajemnej agresji. Przykład? – Przyjaciel, zresztą tuż po przyjeździe z Paryża, potrącił na ulicy jakąś staruszkę, więc grzecznie, z galanterią przeprosił. „Pardon” – powiedział. Reakcja staruszki była natychmiastowa: „Wot, sam takoj!”

Radzę o tym pamiętać, bo przecież nie zawsze można korzystać z samochodu z „migałką” na dachu, (na to trzeba zasłużyć lub zapłacić), gwarantującą wolny przejazd i naruszanie wszelkich zasad ruchu drogowego. Poza tym, nawet jeśli gospodin Depardieu będzie obracał się w kręgach władzy, czy w środowisku rosyjskich oligarchów, (ze swoimi milionami i tak będzie biedakiem wśród miliarderów), to przecież nie uniknie kontaktów „z ludem”. A tu zasada jest prosta: kto ma lepszy i droższy samochód, może więcej; kto głośniej krzyknie, także na przedstawiciela władzy, to znaczy, że ma mocniejszych protektorów i może sobie na to  pozwolić… itd., itd. W Rosji, w anonimowych kontaktach społecznych z urzędnikiem, sprzedawczynią, babcią klozetową itp., w 90 na 100 przypadków można być pewnym: jeśli ktoś ma choć minimalną władzę, choćby zależało od niego jedynie wydanie klucza do toalety, to na pewno tę swoją chwilową wyższość, władzę – okaże.

Jaki jest na to sposób: uśmiech i uprzejmość, wobec której Rosjanie występujący w rolach oficjalnych stają się bezradni. Zdarzyło mi się, całkiem niedawno, ledwie kilka lat temu, pójść do sklepu, aby kupić papier toaletowy. Naburmuszona ekspedientka, jeszcze w stylu radzieckim, już na powitanie warknęła mało uprzejmie: „cziewo!” – „Dajtie pażauista, toalietnuju bumagu”, poprosiłem grzecznie – „Cziewo!” – warknęła po raz drugi i równie ostro dodała: „kakowo cwieta (koloru)?” – Wtedy z głupia frant zapytałem: „a jaki kolor najbardziej pasuje brunetowi?” – Wtedy, jej napięta wcześniej twarz stajała, parsknęła śmiechem… I przy kolejnych zakupach byliśmy już starymi przyjaciółmi. Ale przecież z uśmiechem gospodin Depardieu nie powinien mieć problemów, czego mu z całego serca życzę na nowej drodze obywatelskiego, rosyjskiego życia.

Sławomir Popowski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

22 komentarze

  1. Magog 07.01.2013
  2. Grzegorz Kot 07.01.2013
  3. Incitatus 07.01.2013
  4. Monika Szwaja 07.01.2013
    • Incitatus 08.01.2013
  5. Warszawiak 07.01.2013
  6. kowalski 07.01.2013
  7. Hazelhard 07.01.2013
  8. nickt 07.01.2013
  9. Kot Mordechaj 07.01.2013
    • Incitatus 08.01.2013
  10. Roman Strokosz 07.01.2013