nathan gurfinkiel: nostalgia7 min czytania

()

2013-01-15. za każdym niemal pobytem w kraju byłem nagabywany przez przyjaciół na temat powrotu. tylu ludzi – mówili – wróciło z emigracji, bo przecież ustały powody dla których siedzisz na obczyźnie. nikt  już nie postawi cię  do kąta i nie wypędzi cię  potem z klasy, a skoro tylu innych mogło się  zdecydować na powrót, to dlaczego nie ty?
chciałem już było odpowiedzieć, że mam awersję do stadnych zachowań, ale w porę przypomniałem sobie od kogo słyszałem taką motywację postępowania. człowiekiem który  w ten sposób usprawiedliwiał swe zachowanie, był mój kolega ze studiów jerzy urban. miała to być manifestacja niezależności i na początku  wszystko mogło nawet być grą, ale taką, w której ma się diabła przy karcianym stoliku, a jak dowiedli liczni badacze, nie da się wygrać z diabłem. kiedy urban, którego nawet  w jakiś sposób lubię, otrzymał status ministerialny – wiadomo kiedy, pojąłem jak krucha może być motywacja nieulegania owczemu pędowi…
powodów do nostalgii nie było zresztą aż tak wiele, bo jeżeli nie liczyć obfitości towarów i swobody podróżowania, to tzw. zachód udawał tylko samego siebie przede mną, więc momentami czułem się jakbym w ogóle nie opuszczał PRL. było tylko trochę nudniej, ale też i barwniej jednocześnie…

niskoprocentowy socjalizm

Po pierwszym kryzysie naftowym na początku lat siedemdziesiątych moja awaryjna  ojczyzna  została nawiedzona przejściowymi trudnościami w dziedzinie zatrudnienia – jakby to nazwano to w PRL.

Słowo bezrobocie zostało otrzepane z kurzu , a pustujące od niepamiętnych czasów biura pośrednictwa pracy z personelem, zabijającym nudę grą w cymbergaja, wypełniły się z dnia na dzień tłumem interesantów. Myliłby się jednak ten, kto by pomyślał. że cała ta ciżba ludzka zwala się do biura w nadziei znalezienia nowego zajęcia. W języku potocznym pośredniak znany był pod nazwą „stemplarnia”.

Żywot bezrobotnego w Danii był jeszcze w owych czasach niekończącą się idyllą, przynajmniej w oczach niegdysiejszego obywatela kraju, w którym władzę sprawował lud pracujący miast i wsi. Każdy bezrobotny miał kartę.  Należało ją ostemplować raz na miesiąc. Od tego zależała wypłata zasiłku, za który można było się utrzymać bez obawy że kleik na wodzie stanie się podstawowym pożywieniem i że trzeba będzie zamieszkać w namiocie. Stemplowanie odbywało się o między 7-mą a 9-tą rano i w wielkiej hali stemplarni tworzyły się kolejki, zwłaszcza pod koniec godzin  przystawiana pieczątek.

Później minister pracy ulitował się nad losem nieszczęsnych urzędników, którzy zgodnie z opiniami biegłych, wynajętych przez związek zawodowy stemplowników nabawiali się stresu, a od ciągłego uderzania stemplami o  karty mdlały im dłonie, co jeszcze bardziej wzmagało stres. Minister rozesłał więc do wszystkich stemplarni w kraju okólnik, precyzujący, że czynność sprawdzania gotowości podjęcia pracy, jak oficjalnie nazywało się przykładanie pieczątek, będzie odbywała się raz na dwa miesiące.

Bezrobotnym tylko w to graj – dwa miesiące laby. Trzeba było jeszcze tylko przedrzeć się przez tłum agitatorów, czyhających na bezrobotnych przed budynkiem. Nigdzie w kraju partie lewicowe nie były tak widoczne jak przed budynkami stemplarni. Niektóre z nich  mobilizowały chyba całą swoją kadrę do rozdawania ulotek i nawracania posiadaczy kart na zgodne z marksistowską dialektyką poglądy polityczne.  Bezrobotni z kartą ostemplowaną na dwumiesięczne wagary musieli więc odbywać slalom między promoskiewskimi komunistami, trockistami, anarchistami, maoistami i prawdziwymi marksistami-leninistami, nie mówiąc o mało znanych mniejszych grupach i stowarzyszeniach

Wszystkie te partie, mające w programie obronę klasy robotniczej przed kapitalistycznym wyzyskiem wysyłały przed stemplarnie zastępy agitatorów ze stosami bibuły. Kiedy zobaczyłem  pewnego dnia na murze stemplarni ą hasło : „W socjalistycznej Danii pod dyktaturą proletariatu wszyscy będą mieli pracę” przypomniał mi się slogan wymalowany na ślepej ścianie płockiego więzienia: „Niech żyje nasz dom – Polska Ludowa!”  Agitatorzy w  rozmowach z  wybranymi przedstawicielami klasy stemplowniczej twórczo rozwijali przesłanie, zawarte w sloganie.

Za którymś razem pokonywania tego toru przeszkód  przed Stemplarnią   usłyszałem rozpaczliwe wołanie po polsku – Natan, choć tutaj i pomóż mi, bo nic, kurwa, nie kumam!

Obok stał Grześ – młody chłopak z Polski, którego przytrzasnęło w stanie wojennym. Skorzystał z możliwości uzyskania azylu, powołując się na działalność w Solidarności.  Zaczął pracować na jakiejś budowie, ale po  roku od podjęcia pracy firma zbankrutowała i Grześ otrzymał kartę do stemplowania.  Patrzył jak agitator z ogniem w oku przypuścił szarżę na bezrobotnego. – Przetłumacz,  – odezwał się  – o czym on pierdoli, bo nie nadążam z kumaniem jak tak pośpiesznie nawijają. Agitator tłumaczył znudzonemu bezrobotnemu jak strasznie ten jest uciskany  przez  wielki kapitał. To jest ucisk klasowy- tłumaczył. Musimy walczyć o to, żeby nie było klasy wyzyskiwaczy. W kapitalizmie panuje wyzysk człowieka przez człowieka, a my chcemy doprowadzić do tego, żeby było całkiem odwrotnie.

– Masz  rację – przyznał okrutnie wyzyskiwany. Nie dość, że człowiek musi z samego rana zwlekać się na kacu, żeby przyjechać i ostemplować ten zasrany papierek, to jeszcze nie ma wozu gdzie zaparkować, bo nikt o tym nie pomyślał. I wszystko po to, żeby otrzymać jakiś nędzny zasiłek, który na nic nie starcza, bo przecież każde dziecko wie ile kosztuje hasz, albo trawka na Christianii, a  i piwo jest potrzebne, no bo musi się przecież czymś zapić ten obmierzły nałóg, więc  policz  sobie sam jak ten cały interes się kalkuluje.

-No właśnie – ciągnął dalej niczym nie speszony agitator. Burżuje rozbijają się mercami, albo dla samego szpanu wydają dwa miliony na wypasiony ferrari lub maserati, a ty musisz jeździć jakimś nędznym volkswagenem”.

Grześ, który dość przecież niedawno wyrwał się z PRL, słuchał tego wywodu z rozdziawioną ze zdumienia gębą. -Teraz, jakieś już przetłumaczył  to na ludzki język, rozumiem słowa, ale sens całości  nadal  słabo mi  zaskakuje  – powiedział.
Po przedarciu się przez stadko agitatorów, rozmieszczonych przed budynkiem jak tyczki na trasie slalomu,  niektórzy pędzili wprost na lotnisko, gdzie w dniu wyjazdu można było za psi grosz  dostać wycieczkę na Majorkę lub na wyspy greckie. Inni, którzy nie lubili zbyt jaskrawego słońca obsiadali ławeczkę na jakim skwerku, lub biwakowali  na trawie i ciągnęli losy kto przytarga następną skrzynkę piwa. Widok bezrobotnych, odbywających codzienną biesiadę na skwerach i w parkach stał się tak powszechny, że jakaś gazeta zaproponowała, by skasować zasiłki. „Można z równym powodzeniem wydawać bezrobotnym kupony na piwo, – dowodził autor artykułu – bo już mało który  z nich przeznacza swe pieniądze na inne cele”.

Nadmierna gorliwość w studiowaniu zasad marksizmu  zawsze owocowała oderwaniem od życia. Tak było i tym razem. Agitatorzy niepotrzebnie zdzierali sobie gardła, usiłując nakłonić gnuśnych pobieraczy zasiłku  do walki.  Nie zauważyli, że była ona już w pełnym toku.  W czasach kiedy Grześ  stanął po raz pierwszy w kolejce do stemplowania karty, na plac przed parlamentem wyległo ponad sto tysięcy ludzi z czerwonymi związkowymi sztandarami. Gdy  manifestanci rozeszli się do domów z poczuciem spełnienia misji dziejowej, cały ogromny plac był gęsto usłany butelkami po piwie i  – jak nazajutrz po wiecu napisała inna gazeta – „duńska klasa robotnicza przejawiła zdecydowaną wolę walki o piwo i socjalizm, ze szczególnym uwzględnieniem piwa.”

nathan gurfinkiel

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

3 komentarze

  1. Angor 15.01.2013
    • Angor 15.01.2013
  2. Marek Twardowski 16.01.2013