2013-01-15. za każdym niemal pobytem w kraju byłem nagabywany przez przyjaciół na temat powrotu. tylu ludzi – mówili – wróciło z emigracji, bo przecież ustały powody dla których siedzisz na obczyźnie. nikt już nie postawi cię do kąta i nie wypędzi cię potem z klasy, a skoro tylu innych mogło się zdecydować na powrót, to dlaczego nie ty?
chciałem już było odpowiedzieć, że mam awersję do stadnych zachowań, ale w porę przypomniałem sobie od kogo słyszałem taką motywację postępowania. człowiekiem który w ten sposób usprawiedliwiał swe zachowanie, był mój kolega ze studiów jerzy urban. miała to być manifestacja niezależności i na początku wszystko mogło nawet być grą, ale taką, w której ma się diabła przy karcianym stoliku, a jak dowiedli liczni badacze, nie da się wygrać z diabłem. kiedy urban, którego nawet w jakiś sposób lubię, otrzymał status ministerialny – wiadomo kiedy, pojąłem jak krucha może być motywacja nieulegania owczemu pędowi…
powodów do nostalgii nie było zresztą aż tak wiele, bo jeżeli nie liczyć obfitości towarów i swobody podróżowania, to tzw. zachód udawał tylko samego siebie przede mną, więc momentami czułem się jakbym w ogóle nie opuszczał PRL. było tylko trochę nudniej, ale też i barwniej jednocześnie…
niskoprocentowy socjalizm
Po pierwszym kryzysie naftowym na początku lat siedemdziesiątych moja awaryjna ojczyzna została nawiedzona przejściowymi trudnościami w dziedzinie zatrudnienia – jakby to nazwano to w PRL.
Słowo bezrobocie zostało otrzepane z kurzu , a pustujące od niepamiętnych czasów biura pośrednictwa pracy z personelem, zabijającym nudę grą w cymbergaja, wypełniły się z dnia na dzień tłumem interesantów. Myliłby się jednak ten, kto by pomyślał. że cała ta ciżba ludzka zwala się do biura w nadziei znalezienia nowego zajęcia. W języku potocznym pośredniak znany był pod nazwą „stemplarnia”.
Żywot bezrobotnego w Danii był jeszcze w owych czasach niekończącą się idyllą, przynajmniej w oczach niegdysiejszego obywatela kraju, w którym władzę sprawował lud pracujący miast i wsi. Każdy bezrobotny miał kartę. Należało ją ostemplować raz na miesiąc. Od tego zależała wypłata zasiłku, za który można było się utrzymać bez obawy że kleik na wodzie stanie się podstawowym pożywieniem i że trzeba będzie zamieszkać w namiocie. Stemplowanie odbywało się o między 7-mą a 9-tą rano i w wielkiej hali stemplarni tworzyły się kolejki, zwłaszcza pod koniec godzin przystawiana pieczątek.
Później minister pracy ulitował się nad losem nieszczęsnych urzędników, którzy zgodnie z opiniami biegłych, wynajętych przez związek zawodowy stemplowników nabawiali się stresu, a od ciągłego uderzania stemplami o karty mdlały im dłonie, co jeszcze bardziej wzmagało stres. Minister rozesłał więc do wszystkich stemplarni w kraju okólnik, precyzujący, że czynność sprawdzania gotowości podjęcia pracy, jak oficjalnie nazywało się przykładanie pieczątek, będzie odbywała się raz na dwa miesiące.
Bezrobotnym tylko w to graj – dwa miesiące laby. Trzeba było jeszcze tylko przedrzeć się przez tłum agitatorów, czyhających na bezrobotnych przed budynkiem. Nigdzie w kraju partie lewicowe nie były tak widoczne jak przed budynkami stemplarni. Niektóre z nich mobilizowały chyba całą swoją kadrę do rozdawania ulotek i nawracania posiadaczy kart na zgodne z marksistowską dialektyką poglądy polityczne. Bezrobotni z kartą ostemplowaną na dwumiesięczne wagary musieli więc odbywać slalom między promoskiewskimi komunistami, trockistami, anarchistami, maoistami i prawdziwymi marksistami-leninistami, nie mówiąc o mało znanych mniejszych grupach i stowarzyszeniach
Wszystkie te partie, mające w programie obronę klasy robotniczej przed kapitalistycznym wyzyskiem wysyłały przed stemplarnie zastępy agitatorów ze stosami bibuły. Kiedy zobaczyłem pewnego dnia na murze stemplarni ą hasło : „W socjalistycznej Danii pod dyktaturą proletariatu wszyscy będą mieli pracę” przypomniał mi się slogan wymalowany na ślepej ścianie płockiego więzienia: „Niech żyje nasz dom – Polska Ludowa!” Agitatorzy w rozmowach z wybranymi przedstawicielami klasy stemplowniczej twórczo rozwijali przesłanie, zawarte w sloganie.
Za którymś razem pokonywania tego toru przeszkód przed Stemplarnią usłyszałem rozpaczliwe wołanie po polsku – Natan, choć tutaj i pomóż mi, bo nic, kurwa, nie kumam!
Obok stał Grześ – młody chłopak z Polski, którego przytrzasnęło w stanie wojennym. Skorzystał z możliwości uzyskania azylu, powołując się na działalność w Solidarności. Zaczął pracować na jakiejś budowie, ale po roku od podjęcia pracy firma zbankrutowała i Grześ otrzymał kartę do stemplowania. Patrzył jak agitator z ogniem w oku przypuścił szarżę na bezrobotnego. – Przetłumacz, – odezwał się – o czym on pierdoli, bo nie nadążam z kumaniem jak tak pośpiesznie nawijają. Agitator tłumaczył znudzonemu bezrobotnemu jak strasznie ten jest uciskany przez wielki kapitał. To jest ucisk klasowy- tłumaczył. Musimy walczyć o to, żeby nie było klasy wyzyskiwaczy. W kapitalizmie panuje wyzysk człowieka przez człowieka, a my chcemy doprowadzić do tego, żeby było całkiem odwrotnie.
– Masz rację – przyznał okrutnie wyzyskiwany. Nie dość, że człowiek musi z samego rana zwlekać się na kacu, żeby przyjechać i ostemplować ten zasrany papierek, to jeszcze nie ma wozu gdzie zaparkować, bo nikt o tym nie pomyślał. I wszystko po to, żeby otrzymać jakiś nędzny zasiłek, który na nic nie starcza, bo przecież każde dziecko wie ile kosztuje hasz, albo trawka na Christianii, a i piwo jest potrzebne, no bo musi się przecież czymś zapić ten obmierzły nałóg, więc policz sobie sam jak ten cały interes się kalkuluje.
-No właśnie – ciągnął dalej niczym nie speszony agitator. Burżuje rozbijają się mercami, albo dla samego szpanu wydają dwa miliony na wypasiony ferrari lub maserati, a ty musisz jeździć jakimś nędznym volkswagenem”.
Grześ, który dość przecież niedawno wyrwał się z PRL, słuchał tego wywodu z rozdziawioną ze zdumienia gębą. -Teraz, jakieś już przetłumaczył to na ludzki język, rozumiem słowa, ale sens całości nadal słabo mi zaskakuje – powiedział.
Po przedarciu się przez stadko agitatorów, rozmieszczonych przed budynkiem jak tyczki na trasie slalomu, niektórzy pędzili wprost na lotnisko, gdzie w dniu wyjazdu można było za psi grosz dostać wycieczkę na Majorkę lub na wyspy greckie. Inni, którzy nie lubili zbyt jaskrawego słońca obsiadali ławeczkę na jakim skwerku, lub biwakowali na trawie i ciągnęli losy kto przytarga następną skrzynkę piwa. Widok bezrobotnych, odbywających codzienną biesiadę na skwerach i w parkach stał się tak powszechny, że jakaś gazeta zaproponowała, by skasować zasiłki. „Można z równym powodzeniem wydawać bezrobotnym kupony na piwo, – dowodził autor artykułu – bo już mało który z nich przeznacza swe pieniądze na inne cele”.
Nadmierna gorliwość w studiowaniu zasad marksizmu zawsze owocowała oderwaniem od życia. Tak było i tym razem. Agitatorzy niepotrzebnie zdzierali sobie gardła, usiłując nakłonić gnuśnych pobieraczy zasiłku do walki. Nie zauważyli, że była ona już w pełnym toku. W czasach kiedy Grześ stanął po raz pierwszy w kolejce do stemplowania karty, na plac przed parlamentem wyległo ponad sto tysięcy ludzi z czerwonymi związkowymi sztandarami. Gdy manifestanci rozeszli się do domów z poczuciem spełnienia misji dziejowej, cały ogromny plac był gęsto usłany butelkami po piwie i – jak nazajutrz po wiecu napisała inna gazeta – „duńska klasa robotnicza przejawiła zdecydowaną wolę walki o piwo i socjalizm, ze szczególnym uwzględnieniem piwa.”
nathan gurfinkiel


Adamie: mimomej starej (jednostronnej) z tobą znajomości i zadawnionej sympatji nie mogę się oprzeć wrażeniu, że trochę zaokrąglasz rzeczywistość dla potrzeb formy literackiej. O ile skłonny jestem dać ci tę licencję w pzypadku pominięcia najdawniejszego z naszych haseł („3 x TAK” – na murze Tworek) i ostatniej takiej gaffy – (Trzy miliony nowych miejsc pracy – desant firmy Satchi&Satchi na murze więzienia w Gdańsku, na zamówienie liberałów Bieleckiego), o tyle z tą Danią było nie całkiem tak. Mam jeszcze w pamięci narzekania jedynego wyrośniętego Duńczyka, z którym miałem do czynienia tu w Polsce, w latach właśnie siedemdziesiątych. Przyjeżdżał tu za swój zasiłek poszturchać (bezpłatnie) moją znajomą Ulkę, co była bardzo ładna i to wykluczało wszelką sympatię. (do niego). Ale przypominam sobie, jak się skarżył, że musi od czasu do czasu trzy miechy przeharować, aby potem przez następne ileś żyć na koszt tych głupszych Duńczyków. Bo potem ten zasiłek jakoś opadał. Też stosowałeś ten system? Do emerytury? O k…a, jak ci zazdroszczę!
Poprawka: Oczywiście Nathanie! Pomyłka wynikła z tego, że zawsze myślę jednocześnie o paru sprawach i w tym momencie zastanawiałem się, czy jesteś z jednego rocznika z Adamem Empacherem.
Opisana wyżej sytuacja przypomina mi lata siedemdziesiąte, gdy korzystając z miesięcznego wyjazdu na praktykę studencką włóczyłem się którejś soboty po Goteborgu i dopadł mnie tamtejszy agitator. Oznajmiłem, że nie jestem zainteresowany z racji zbyt bliskiej znajomości problemu, więc postanowił mnie sprawdzić i zapytał, jakie są podstawowe zadania partii komunistycznych.
Odpowiedziałem -zgodnie z wykładanymi nam wówczas mądrościami – że podniesienie wydajności pracy i dalsza integracja wielkiej rodziny RWPG. Na to agitator zaczął machać rękami i krzyczał, że nie – bo najważniejszym zadaniem jest usunięcie kogoś tam ze stanowiska (chyba chodziło o ówczesnego szefa NATO). Coś tam jeszcze mi tłumaczył, ale w międzyczasie doszliśmy do ich siedziby w której śmierdziało starymi skarpetami, więc stamtąd zwiałem.
.
Nawiasem mówiąc – takiego doświadczenia węchowo-skarpetowego doznałem też przy okazji wizyty w podobnym lokalu w Norwegii (zaprowadzono mnie tam jak do zoo – abym sobie obejrzał takie okazy) i w Malmo, gdzie z kolei do tamtejszej jaczejki wszedłem przypadkiem.
.
A zdarzenie w Goteborgu przedyskutowałem ze Szwedami, u których miałem praktykę. Pokiwali głowami i powiedzieli, że ich partia komunistyczna to dzieci z bogatych rodzin. Potem żenią się i stają socjaldemokratami.