nathan gurfinkiel: w gąszczu codzienności

2013-01-21.

dziennik symulanta

jestem od dość niedawna w domu i napawam się ładnością wnętrza, spokojem, muzyką – wszystkim…

kiedy zdmuchnęło mnie w ojczyste strony, użyłem jak pies w studni, bo z trzech prawie tygodni pobytu w PL dwa i pół przechorowałem, z czego tydzień w szpitalu.

dotleniam się po zbyt długim przebywaniu w kazamatach, choć jedynym przestępstwem, jakie popełniłem, było nieprzestrzeganie procedur w sprawie zapadania na choroby. po zdemaskowaniu mnie jako symulanta ( pomijając banalne zapalenie płuc, które się mnie uczepiło), symulowałem przez ostatnie lata niezniszczalne zdrowie, wcale go nie mając. kiedy moje symulanctwo wyszło na jaw, zostałem wsadzony do karetki, wynajętej przez mego duńskiego ubezpieczyciela, by dostarczyć mnie z torunia do samejwarszawy i umieścić na oddziale dla VIP-ów szpitala na wołoskiej. szpital ten – jak wiadomo – był niegdyś we władaniu ministerstwa zdrowia, szczęścia i wszelkiej pomyślności, a teraz zrobił się normalnym ZOZem, może nawet za bardzo normalnym. zarówno moje duńskie instancje od publicznej służby zdrowia, jak ich polskie odpowiedniki były zainteresowane przećwiczeniem w praktyce sytuacji, kiedy trzeba leczyć  pacjenta z UE w nowym kraju unijnym…

kanały były jednak cokolwiek niedrożne, bo polskie szpitale z ogromnym impetem domagały się rzeczy tutaj najoczywistszych, jak uiszczenie opłaty za pobyt, choć dalibóg nikt nie miał zamiaru uchylać się od zapłacenia należnej sumy. nawet jednak na niższych szczeblach decyzyjnych trybiki co rusz zacinały sie i zgrzytały. kiedy zapytano mnie o dowód osobisty, odpowiedziałem, nie zatajając prawdy, że w danii czegoś takiego nie ma. rejestratorka, międląc w dłoni moją żółtą plastikową kartę ubezpieczalnianą, wyraźnie niezadowolona z mojej odpowiedzi, zauważyła roztropnie: jak może nie być dowodów osobistych, skoro są osoby.

– co za prowincjonalne zadupie – westchnęła, prężąc z dumą przaśny nadwiślański biust pod intencjonalnie zbyt obcisłą bluzką (musi co należała do stowarzyszenia „lekarze bez granic – pielęgniarki bez majtek”)…

przeczytałem w „polityce” facecyjkę, którą uznałem za kawał roku. rzecz dotyczyła pono gospodarki, ale w równym stopniu oddawała moją sytuację w polsce, tak jak ją przeżyłem kilka zaledwie tygodni temu: pacjent ocyka się w karetce pogotowia. spogląda na sanitariuszy i pyta:

– dokąd mnie wieziecie?

– do kostnicy.

– ale przecież jeszcze nie umarłem.

– nic nie szkodzi, myśmy tez jeszcze nie dojechali…

appendix:

w ciągu kilku lat od napisania tych słów coś się zmieniło, ale nie tak znowu wiele. przekonałem się o tym, gdy ubiegłego lata zapomniałem zabrać w podróż kilka leków. musiałem zapisać się na wizytę u lekarza by dostać receptę. nie pamiętałem dokładnie międzynarodowych nazw specyfików, ani zażywanej dawki, zadzwoniłem więc do pierwszej lepszej kopenhaskiej apteki, powiedziałem o co mi chodzi i wyrecytowałem numer CPR (pesel). farmaceutka spojrzała do bazy danych w komputerze i przedyktowała mi potrzebne dane.

polska część załatwiania spraw była bardziej skomplikowana i cały personel przychodni deliberował nad tym jak mnie zarejestrować, bo program komputerowy przychodni, połączony zapewne z NFZ uporczywie odrzucał moje dane, musiałem więc odpowiedzieć, na szczęście wyłącznie w celach ewidencyjnych. na który rok został zaplanowany mój zgon – wiwla poloń!

wypieki na mojej duńskiej twarzy

czekam, aż dosięgnie mnie ręka sprawiedliwości. pewnego dnia wstąpiłem do firmy irmy (orma – sieć supermarketów), by kupić bochenek wysoce ekologicznego chleba boule gilbert. kiedy z produktem w ręku zmierzałem do kasy, przed którą uformowała się spora kolejka (ach te nostalgiczne wspominki z PRL!) otwarto właśnie nową zapłacalnię. zmieniłem kierunek marszu, ale nim zdążyłem zbliżyć do celu mojej wędrówki, jakaś zapobiegliwa pani domu wysforowała się przede mnie z wózkiem po brzegi wyładowanym zakupami. mając przed sobą perspektywę długiego czekania, ująłem swój okrągły na szczęście bochenek chleba i zamachnąwszy się rzuciłem nim przez salę ponad głową mej pogromczyni. rzut był celny i bochenek wylądował na taśmie, tuż obok kasy. kasjer olśniony moim sportowym wyczynem, uśmiechnął się i przyjął pieniądze. babę wmurowało, a kiedy zdołała odzyskać mowę, wybełkotała że czyn mój jest “aldeles udansk” (“nader antyduński”) i że zachowuję się, jakbym był jednym z owych “fejlfarvede” (“niewłaściwie ubarwionych”). obawiam sie, ze ten głos, dobywający sie z głębin podświadomości ludu duńskiego, zostanie wzięty pod uwagę i doktryna gurfinkla* (“jeżeli jakiś azylant zasługuje nawet na to, by nadano mu w danii status uchodźcy politycznego w myśl przepisów Konwencji NZ z 28. listopada1951, to ze względów humanitarnych należy niezwłocznie deportować go do jakiegokolwiek innego kraju), ugodzi niebawem w jej autora. dobrze jeszcze, ze zdążono kilka lat temu przerzucić przez cieśninę most łączący danię z jej odwiecznym wrogiem obecnie p/o przyjaciela). dzięki temu moi sztokholmscy druhowie będą mogli w stosownej chwili dotrzeć tu suchą stopą, by zdążyć odprowadzić mnie na umschlagplatz…

appendix:

* doktryna ta nabiera coraz bardziej uniwersalnego znacznia, bo ludność wielu krajow objawia rosnącą niecheć wobec obcych. polska udatnie doszlusowala do coraz bardziej zarysowujacego sie trendu – wystarczy zapoznac sie z relacjami mediów na temat warunków panujących w ośrodkach dla azylantów.

integracja europejska

rozmawiałem jakiś czas temu z włodkiem, moim polskim sąsiadem z dawnego mieszkania, które kurka (przezwisko mej córki, Naomi) miała przejąć po skończonym remoncie, gdyby udało się jej doczekać tej radosnej chwili. byłem w po przeprowadzkowym stresie, ale ta rozmowa trochę mnie podreperowała na duchu. remont domu wykonywały bowiem dobre dunskie fachury. poznaje się takiego po tym, że przez całą dniówkę ma butelkę tuborga w prawej ręce. gdzieś od godziny 7 rano do mniej więcej 11. Odbywają się jakieś roboty, a potem załoga rozpełza się pijana po kątach. włodek rozmawiał z jednym z remontowników na klatce schodowej i zapytał dlaczego tu tak cuchnie alkoholem.

usłyszał, że pół godziny temu był tutaj bjarne (architekt, kierownik robót i główny pomysłodawca projektów remontowych). ostatnimi czasy miewa on bardzo rzadkie chwile trzeźwości i wydaje sprzeczne dyspozycje, tak ze robotnicy nie wiedza co maja robić, a w ogóle mówią że on sam też nie bardzo wie. zaprojektował najdroższe, najbardziej skomplikowane rozwiązania i jest pośmiewiskiem całej klasy remontowniczej. kiedyś zadzwonił do kurki, żeby porozmawiała z nim o planach mieszkaniowych. dziecko moje roztropne momentalnie się zorientowało i powiedziało, że będzie z nim mówić kiedy następnym razem zadzwoni trzeźwiejszy. przeniósł on, zdaje się, swoje biuro do borgerkroen – dzielnicowej mordowni naszej i tam urzęduje w godzinach pracy, biorąc psychotropy i zapijając je alkoholem.

Moj sztokholmski przyjaciel N.T., kiedy opowiedziałem mu te historie zauważył remont ten przypomina mi wszystkie mity i stereotypy znane z polskiego pejzażu. – zważ – mówił – iż nie używam tu określenia PRL, jako że zjawisko to łączę nie z jakąś już zamkniętą epoką, lecz z krajobrazem, gdzie – wbrew transformacji ustrojonej, przemianom demokratycznym, pełnej wymianie sojuszników i sąsiadów – wszystko trwa nadal: iwa rosochata, menel z butelką, frasobliwy w kapliczce i syf na ścianach domów…

historia mego dawnego domu najlepiej dowodzi, że prowizorka trwa najdłużej ze wszystkiego, bo cala impreza powinna była dawno z hukiem pieprząć, a kręci się już ponad dwa lata siłą rozpędu, choć ten impet prowadzi donikąd. toż to polska właśnie – sama przaśność nadwiślańska przeniesiona na duński grunt w ramach europejskiej integracji… fakt że nie rozwarły się jeszcze niebiosa i nie zabrzmiał tubalny glos pana: a poszli wont, partacze!, najdobitniej świadczy o tym, że ani boga nie ma, ani opatrzności żadnej, a są tylko kolejne afery, w sprawie których powoływane są komisje.

nie ma boga? to spróbuj znaleźć hydraulika w niedzielę. (wg woody wllena)

 ******

remont, planowany nad dwa lub trzy miesiące rozciągnął się na ponad trzy lata i zakończył się, kiedy dawny właściciel ogłosił bankructwo i dom został przejęty przez dużą firmę budowlaną. nowy właściciel rozpoczął funkcjonowanie od wysłania do wszystkich mieszkań ekipy naprawczej w celu naprawienia szkód po poprzednim remoncie…

łorsoł

wiem ze zostanę surowo skarcony przez lokalnych patriotów, lepiej byłoby nawet powiedzieć szowinistów warszawskich, ale nie jest to już od dawna moje miasto choć w nim się urodziłem. od dawna już przyjeżdżam bez przyspieszonego bicia serca, mimo ze lata tu spędzone są napęczniałe wspomnieniami. gdybym teraz miał mieszkać w polsce, po stokroć wolałbym kraków, wrocław, lub gdańsk.

paweł – mój syn i przyrodni brat kurki jest chirurgiem-ortopedą na mazurach i pracuje w powiatowym szpitalu. kiedyś jakiś turysta roztłukł sobie kolano na motocyklu i przyszedł do niego na dyżur. najwidoczniej czuł się mocno uszczknięty na prestiżu, że musi korzystać z pomocy lekarskiej w takiej prowincjonalnej dziurze, bo zaczął rozmowę od zdania:

– bo ja, panie doktorze, jestem z warszawy.

paweł uśmiechnął się i zapytał:

– a czy prócz tego jeszcze coś panu dolega?

moje starsze dziecko tez bywa w warszawie z dużą niechęcią i nie wyobraża sobie powrotu.

warszawa jest zimna i nieprzyjazna. ludzie nie uśmiechają się na ulicy do siebie, tak jak dzieje się to w wielu innych miastach i jak obserwuję na codzień w kopenhadze. są zestresowani i skłonni do agresji. taki nastrój nie sprzyja kontemplowaniu miejskiego pejzażu, więc po warszawie się nie spaceruje, nie odpoczywa, za każdym przyjazdem mam wrażenie, że warszawski tłum jest w nieustannym pędzie i często nie ma on nic wspólnego z pilnymi sprawami do załatwienia, rozgorączkowanie przeszło w nawyk.

czytelniczka “gazety wyborczej” pisze w liście o jednolitych twarzach, spiętych jak agrafka. Pisze, że tęskniła za swą piękną warszawą przez osiem lat emigracji, a gdy wróciła, ta odpłaca jej kopniakami..

są miasta w które wchodzi się jak w rozdeptany pantofel. taki jest amsterdam, nowy jork, rzym – ale już nie paryż (takie są przynajmniej moje doświadczenia). warszawa jest odpychająca i nie bywałbym tam, gdyby nie liczna rodzina mojej żony i mrowie przyjaciół…

to już nie jest nawet warszawa, którą pamiętam, to jest łorsoł – choć nie mówię: komuno wróć i przebacz…

przedwojenna warszawa, którą jeszcze pamiętam (miałem dziesięć lat kiedy wybuchła wojna) była miastem z zupełnie innym klimatem. paradoksalnie odnajdywałem nastrój warszawy mego dzieciństwa podczas wędrówek po nowym jorku i to nie tylko na williamsburgu i borough park w brooklynie – również na dolnym Manhattanie, choć wokół hester str, często pokazywanej w filmach o imigracji z przełomu XIX i XX w. nie ma już chyba ani jednego żyda, a w słynnych katz deli na houston str, gdzie serwują koszerne posiłki personel jest w całości afroamerykański i latynoski.

nawet w samym centrum manhattanu – na diamond path (odcinku 47 uloicy między 5 a 6 aleją (6th av. nazywa sie na tym odcinku avenue of the americas) nastrój ulicy przed oszałamiającymi, choć często w nienajlepszym guście sklepami jubilerskimi przypomina nalewki z książek singera i okruchów mojej pamięci. musiałem wyprawić się do ameryki, żeby przeżyć na nowo kawałek warszawy mego dzieciństwa…

żydowski niedobitek

w moich wspomnieniach z ostatniego lata dominuje skrzydlate słówko. kiedy b*** z Krakowa – cudowna nasza(Kurki i moja) przyjaciółka i amfitrion w czasie festiwalu żydowskiego, została przepytana na okoliczność jak znosiłem upały, odpowiedziała: żyda trudno dobić

nie dość że cały czas chodził mi po głowie ten aforyzm, to pewnego dnia już po powrocie do domu został on najdosłowniej wtłoczony mi do głowy.

pewnego dnia, objuczony zakupami i dysząc z gorunca wracałem do domu autobusem 6A. na przystanku obok mej dzielnicowej stacji Nørreport (w stanie intensywnej przebudowy zaplanowanej na najbliższe półtora roku) kłębił się jak zwykle dziki tłum przymusowych uwielbicieli miejskiego przedsiębiorstwa transportowego movia. firma ta, obarczona niewytępialnym deficytem w desperacki sposób próbuje się go pozbyć, podnosząc cenę i jednocześnie zmniejszając częstotliwość kursowania autobusów, do tego stopnia, że nawet mało wprawny wykorzystywacz miejskiego transportu może odnieść wrażenie, iż kopenhaga jest miastem, w którym nic takiego nie istnieje i tylko dla zmyłki co jakiś czas krajobraz miejski upstrzywany bywa żółtym wehikułem. procederowi temu towarzyszy obłędna kampania reklamowa pod hasłem przyjemniejsza jazda autobusem z informacjami o poszczególnych obiektach wzdłuż trasy, pokazywanymi na monitorach wewnątrz pojazdu, a opryskliwi bywało kierowcy stali sie do obrzydliwości uprzejmi – nic tylko się wyrzygać i posłuchać jak słodziutko takie bydlę potrafi zwracać się do pasażerów.  dzięki tym nowym trendom w komunikacji miejskiej mogłem wsiąść w godzinach szczytu do pustego niemal autobusu, bo zbyt długie oczekiwanie zostało wynagrodzone jednoczesnym zajechaniem trzech pojazdów na przystanek. bywszy doświadczonym (ciężko) użytkownikiem transportu miejskiego wszedłem do ostatniego z tej komunikacyjnej świętej trójcy i – jak niebawem miało się okazać – zachowałem się jak ostatni goj. kiedy bowiem stojąc przy drzwiach i trzymając się drążka, dojeżdżałem do mego przystanku, autobus zahamował z takim impetem, że uchwyt spontanicznie wyrwał mi się z ręki, a ja sam zostałem zgrawitowany z podłogą o kilka metrów dalej. krew sikała mi z głowy i przedramienia, całkiem jakbym był (bohaterskim) warszawskim powstańcem, maszerującym na barykady z patriotyczną pieśnią o dziewczęciu wyzutym z surowych zasad moralnych, albo (heroicznym) zdobywcą montegocasina. nie było tylko rosnących w autobusie maków, co to mogłyby się ożłopaćmej posochy – to nic że żydowskiej, ale też przecież i polskiej do kurwy nędzy!

nie dano mi się jednak wykrwawić, bo kierowca wydzwonił ambulans i zatrzymał autobus, wyprosiwszy z niego kilku pasażerów, łącznie z trzema młodymi ludźmi. którzy rzucili mi się na ratunek. karetka zajechała po kilku minutach i zostałem odtransportowany na pogotowie, gdzie opatrzono mi rany, zatamowano krew, dano zastrzyk przeciwtężcowy, znieczulono i nałożono szwy na czaszkę. wszystko poszło bardzo sprawnie, bo jak już teraz wiadomo nie jest tak łatwo dobić żyda, a jak jeszcze taka cholera chce żyć (czy nawet żydź), to na nic wysiłki medycyny razem z miejskim quasi transportem.

martwię się tylko czy nie będę musiał się wychrzcić, bo przecież żydowi się nie goi i goić nawet nie powinno. gdyby wszelako cudownym zrządzeniem losu rana sama się wessała, będzie to widomy znak że jestem żydem z gojowską głową.

w czasach mojego dzieciństwa w katolickich rodzinach mówiło się: to żyd, ale bardzo porządny człowiek. w żydowskich rodzinach powiadano: to goj, ale bardzo inteligentny człowiek…

ta przesada przydaje wszystkiemu pikanterii.

nathan gurfinkiel

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. Angor 2013-01-22
  2. Angor 2013-01-22
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com