nathan gurfinkiel: the no smoking hospital band

natan sepia2013-02-08. ta krotochwilna opowiastka z angielskim tytułem nie jest pozbawiona elementów autobiograficznych – tyle tylko, że jej bohater, tak jak go tu przedstawiłem jest amalgamatem, złożonym ze mnie  i jana stage,  o którym już tutaj pisałem – zainteresowanych odsyłam to tekstu zatytułowanego „jan”. ten zaprzyjaźniony z kapuścińskim duński tłumacz “wojny futbolowej” – niezwykle barwna postać w tutejszym środowisku dziennikarskim, był najbardziej znanym duńskim korespondentem wojennym, wysyłanym ciągle na pole walki, ilekroć gdziekolwiek w świecie robiło się niespokojnie. owocem tych wypraw było również kilkanaście książek. 

jan był przez jakiś czas moim  redakcyjnym kolegą w kopenhaskim dzienniku „information”. kiedyś, podczas wojny w bośni, kiedy wpadł na chwilę do kopenhagi, opowiadał mi o swoich kłopotach z księgową z naszej dawnej firmy, więc podsunąłem mu pomysł jak ma fabrykować pokwitowania na swoje wydatki. nie wiem czy zrobił użytek z pomysłu, ale kłopoty zdaje się ustały, bo kiedy wrócił definitywnie z bośni, więcej mi o nich nie wspominał.

ja z kolei dostałem swą pierwszą pracę w danii dzięki niewielkiemu podretuszowaniu  wizerunku. warunkiem zatrudnienia było wyksztalcenie techniczne, lub matematyczno-przyrodnicze, wymyśliłem więc skończone studia na politechnice szamotulskiej im. wacława.  zostałem przyjęty do pracy w ośrodku badań nuklearnych w risø, koło roskilde i całkiem udatnie tłumaczyłem z rosyjskiego na angielski teksty naukowe, których nie zrozumiałbym nawet  po polsku.
postać emira kusturicy jest najoczywistszym  płodem wyobraźni. jedynie tytuł nawiązuje do    „emir kusturica & the no smoking orchestra”-  etno rockowej grupy,  koncertującej po całym świecie –  również  w gdyni i w łodzi (2009).
rolę rtęci w tym amalgamacie odgrywa generał ratko mladić, tak jak go sobie wyobraziłem.

the  no smoking hospital band

I jak tu nie tryskać radochą, gdy mam za sobą niebylejakie osiągnięcie:  wyszedłem z duńskiego szpitala w jednym kawałku, choć mogli mi tam z rozpędu uciąć chorą nóżkę, albo nawet i zdrową rączkę, czy wręcz zgilotynować, gdyby personel operujący wykazał się nieznacznie tylko mniejszą niż zwykle roztropnością. Nic jednak takiego się nie stało, co już samo przez się jest ewenementem na miarę wygranej w lotto. Nie tylko mnie nie zoperowali, ale nawet wyrzucili z tego skandynawskiego zoz-u, jako że według tutejszych standardów buntowałem pacjentów i demoralizowałem multietniczny personel szpitalny. Pobyt nie był zresztą całkowicie pozbawiony elementów rozrywkowych, bo do co bardziej egzotycznych pacjentów (osobliwie tych z Bałkanów) przychodziły całe ogromne klany rodzinne, wlokąc za sobą zastępy przyjaciół, więc codziennie oglądałem na jawie niezrealizowane dotąd filmy Kusturicy. W jednym z nich mistrz  zaproponował mi nawet rolę…

Któregoś popołudnia, gdy tak siedziałem  i obserwowałem  kłębiący się  tłumek moich bośniackich braci Słowian z siostrami  Słowiankami, kiedy  słuchałem ich rozmowy, coraz szybszej,  głośniejszej i bardziej zapalczywej, rozległ się  dzwonek telefonu. Wyjąłem z kieszeni gadżecik i zobaczyłem na wyświetlaczu, że dzwoni moja córka. Hałas był tak potężny, że jej glos dobiegał mnie  jak szemranie oddalonego strumyka i nie mogłem rozróżnić słów. – Cicho, kurwa! – wrzasnąłem – zamknijcie się na chwilę, bośniackie diabły, bo wam kulasy z dup waszych śmierdzących powyrywam!  Spojrzeli na mnie z pewnym zdumieniem, nie przestając trajkotać, a jeden z nich, młody chłopiec z fotela obok, który codziennie odwiedzał swą ciocię, odezwał się w najczystszym kopenhaskim slangu z mojej dzielnicy, że lepiej będzie, gdy zreferuję swój problem po duńsku.  Nim jednak zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, jeden z bośniackich odwiedzaczy uniósł w górę rękę i w sali spotkań nagle zrobiła się cisza. Podszedł  i opadł na fotel tuż obok mojego, pośpiesznie opróżniony przez chłopca…

– Emir – wyciągnął rękę na powitanie.
– Natan – odpowiedziałem.
– Od razu pomyślałem sobie, że jesteś nasz człowiek, kiedy wyartykułowałeś to słowo ze słowiańskiego  esperanta, bo  my też mówimy kurwa.
– O, piczku mater – powiedziałem.
– No, widzisz. Słowianin ze Słowianinem zawsze się dogada nawet jak jeden jest jewrejin, a drugi musliman. Wiwla Poloń!…
– Jasne. Wyście się dogadywali z Serbami całymi latami i gdyby nie Ameryka, to jeszcze byście tak dyskutowali na karabiny, czołgi i działa. Gdyby tym tutaj na sali dać broń, to też by tak zaczęli.
– Nie masz racji. My wszyscy tutaj jesteśmy muslimanie z Bośni i   tak sobie przyjaźnie rozmawiamy. Tobie się tylko   wydaje, że chcemy się powytłukiwać nawzajem, bo myślisz. że robimy to  z przyzwyczajenia, albo nawet i dla rozrywki, jak se łykniemy rakiji.
– Kiedy się ogląda twoje filmy, to można mieć takie wrażenie…
– Wiesz kto ja jestem?
– Jak podniosłeś rękę i zrobiło się cicho, to wiedziałem, że musisz być kimś ważnym. Co tutaj robisz?
– Wiesz, to koncertowanie z Niepaląca Orkiestrą już mi się znudziło. Postanowiłem nakręcić  film o bośniackiej diasporze w Europie. Zagrasz u mnie?
– Bośniaka w Europie?
– Polaka z Danii na wojnie w Bośni – na przykład…
– O, kurwa – mocne!
– Czym ty się zajmujesz?
– Jestem dziennikarzem. Byłem właściwie, bo z dziennikarstwa się wyrasta…
– Idealnie. Pasuje jak ulał… Natanie, czy wbił ci się w pamięć jakiś sen? Opowiedz mi, a ja będę cię nakierowywał. A jeżeli nie pamiętasz nic godnego uwagi, to wymyśl jakąś historię…
– Wiesz, jestem absolwentem nieistniejącej uczelni…
– Skąd ci to przyszło do głowy, skoro jesteś dziennikarzem?
– Bo kiedy przyjechałem tutaj, nie znałem miejscowego narzecza, więc o dziennikarzeniu nie było mowy. Trafiała mi się praca w ośrodku badań atomowych, ale oni koniecznie chcieli mieć kogoś z wykształceniem technicznym, a jeżeli nawet nie, to po jakimś kierunku matematyczno-przyrodniczym. Więc wymyśliłem sobie, że skończyłem Politechnikę Szamotulską im. Wacława z. – W szesnastym wieku był u nas taki kompozytor,  Wacław z Szamotuł. Ale Szamotuły są niewielkim powiatowym miastem w zachodniej Polsce i nie ma tam żadnych wyższych uczelni. Obstawiałem,  że nie będą sprawdzali, a jak mi każą pokazać papierek, to zwalę wszystko na obmierzłych komuchów, którzy wypędzili mnie niemal w kalesonach i nie dali nawet czasu na odebranie dyplomu.

Zostałem przyjęty i całkiem udatnie tłumaczyłem z rosyjskiego na angielski publikacje naukowe, których nie zrozumiałbym nawet po polsku.

– A potem?
– Po kilku latach dostałem się do duńskiej gazety „Information”.
– No to właściwie mamy gotowy plot. Twoja historia – taki niby sen  zacznie się od immatrykulacji, a potem przepoczwarzy się w wojnę bałkańską, bo przecież ta  duńska gazeta mogła cię wysłać do Sarajewa. Wymyśl więc  sobie historię, która tylko przez przypadek ci się nie przyśniła. I pamiętaj o  współrzędnych: immatrykulacja – gazeta – Sarajewo. Powodzenia…

Zobaczyłem się we śnie na uroczystości immatrykulacyjnej. Wzruszone niemal do łez dziewczęta w plisowanych spódniczkach dostojnie wyśpiewywały Gaudeamus. Chłopcy z uczelnianego chóru też śpiewali, ale wzruszenie mniej się ich imało. Można było niemal usłyszeć, ze marzy im się rychłe zakończenie galówki, by można było przystąpić do opróżniania butelek z czerwoną etykietką. Jedna z chórzystek, równie cyniczna jak jej męscy koledzy, wlepiwszy  we mnie taksujące spojrzenie, puściła oko. Gdy zwolna  zacząłem   się budzić, dostrzegłem że biret i toga na dziekanie były właściwie mundurem wojskowym, a frywolnie mrugająca dziewczyna  miała twarz Ratko Mladicia. Immatrykulacja płynnie przeszła w wojnę bałkańską. Znudzony miałkością duńskiej codzienności   pojechałem  do ogarniętej pożarem Bośni, by napisać cykl reportaży dla kopenhaskiego dziennika, w którym niegdyś pracowałem. Chętnych było niewielu, bo potencjalni kandydaci słyszeli opowieści o wystraszonych dziennikarzach przemykających  się z narażeniem życia przez sarajewską Aleję Snajperów. Ryzykowałem w Kopenhadze śmierć z nudów, nie wahałem się więc długo, kiedy  zaproponowano mi wyjazd. Nie mogłem tylko przewidzieć, że nuda będzie tak natrętna i że dosięgnie mnie nawet w Sarajewie,  dokąd przed nią uciekłem, bo większość czasu będzie upływała na krzątaninie wokół najbardziej codziennych spraw. Problemem było zdobywanie pożywienia, pranie bielizny, szukanie czynnego faksu, lub choćby telefonu, tankowanie rozklekotanego volkswagena, który w każdej chwili mógł wypowiedzieć posłuszeństwo. Gazeta, choć cieszyła się wzięciem w środowisku intelektualnych snobów,  miała mały nakład i była zbyt biedna, żeby sfinansować kupno wozu na wyprawę. Mimo to  dwoiłem  się i troiłem  w pracy i  redakcja była zadowolona z moich reportaży. Jedyną niezadowoloną osobą była główna księgowa . Jako osoba skrupulatna i pozbawiona  wyobraźni, domagała się rachunków.  Na próżno  tłumaczyłem, że czasami trzeba było  kupować benzynę do wozu w środku nocy, podczas kanonady artyleryjskiej w jakimś rozwalonym baraczku, a ten który sprzedawał był najczęściej analfabetą i nie wiedział nawet co jest  pokwitowanie. Księgowa była nieubłagana: nie ma pokwitowania, nie ma zwrotu pieniędzy – nawet kiedy zaistniał wydatek. W swej desperacji zacząłem fabrykować te papierki, prosząc kogo popadło o ich wypisywanie. Jako wystawcy figurowali na tych ręcznie wypisywanych świstkach, Mladic, Karadżić, Tudżman, Izetbegović, a nawet człowiek o tajemniczym nazwisku    Żivio Drugtito – kwity przełykane były gładko, pieniądze wypłacane…

Generał wymachiwał mi przed twarzą granatem. Przy dokładniejszych oględzinach granat jął  się wydłużać i stawać coraz mniej pękaty, aż przybrał postać butelki rakiji.

– Fuck the cola, hombre – wykrzykiwał wesoło dowódca czetników – fuck the pizza! All we need is shlivovitza! Podszyta gronostajem rektorska toga na sąsiedzie generała zamieniła się w najzwyklejszy cywilny przyodziewek, nie było więc powodu, by dowódca wojskowy mówił Wasza Magnificencjo, kiedy zwracał się do odzianego w szary garnitur melancholijnego mężczyzny w średnim wieku, z twarzą prowincjonalnego buchaltera cierpiącego na nadkwasotę…

– Doktorze Karadzić – zagadnął go najzwyczajniej – powiedz tylko czy jest na świecie inne lekarstwo, które leczyłoby tyle chorób naraz?

– Nie ma – przytaknął nauczyciel wszystkich bośniackich Serbów. No właśnie – zgodził się generał. Nie ma i być nie może! Bóg czuwa nad Serbią!  Jak widzisz, nic lepszego nigdzie nie dostaniesz – zwrócił się do mnie. Sam doktor Karadzić przypieczętował to swoim naukowym autorytetem. Napij się.

Podał mu butelkę.

-Zaraz, nie tak szybko – powiedział, kiedy zobaczył wyciągniętą  po napój rękę. Czy w twoim kraju lekarstwa są bezpłatne?

– Radowanie – zwrócił się znów  do Karadżicia. Ty  przecież mieszkałeś w Danmarku. Czy tam się nie płaci za lekarstwa?

– Płaci, płaci – przytaknął doktor.

– No to pięćdziesiąt – zawyrokował generał. Albo nawet cale sześćdziesiąt.

– Drogo jakby- zaoponowałem  nieśmiało.

– Jak ci drogo, to mogę się jeszcze za ciebie pomodlić. Ale tylko trochę, bo nie jestem aż tak silnie wierzący, a kiedy dłużej posiedzę w cerkwi, to mi od razu caban zaczyna trzeszczeć. Musi co kadzidło jest doprawione jakąś trucizną.

– Jak myślisz, doktorze – zapytał Karadżicia – czy dałoby się wprowadzić krztynę ekologii, czy jak  to tam zwać, do cerkiewnego rytuału? –

Trucizna, nie trucizna, a modlić się trzeba – powiedział Karadzić monotonnym tonem z nutą melancholii i lekkiego rozdrażnienia. Musimy  ratować wiarę prawosławną, bo z niej  krzepa serbska cała i narodowa tożsamość nasza. Oni powinni wreszcie zrozumieć, że my, Serbowie z krwi, dziada, kości i pradziada  nigdy nie pozwolimy na to, by…

– Bardzo słusznie, Radowanie – odrzekł pojednawczo generał, żeby zastopować tę patriotyczną tyradę. Najlepiej jak spiszesz to wszystko w formie poematu dla wzmocnienia bohaterstwa żołnierzy i patriotycznego wychowania przyszłych pokoleń.  Ale rakija za to – odwrócił znów głowę w moją stronę  – cackiekozackie! Ani miligrama trucizny! Nie to, co kadzidło…
Zachęcony generalskim zapewnieniem  sięgnąłem  do kieszeni i wydobyłem plik zmiętoszonych banknotów. Wybuch homeryckiego śmiechu wstrząsnął szopą..

– Popatrz tylko, doktorze, aż dziw bierze ile poczucia humoru może sie zmieścić w takim mizernym reporterzątku – powiedział generał, ocierając zwilgotniale od chichotu oczy. Moi chłopcy mają jednak rację, kiedy strzelają do nich w Sarajewie jak do kaczek. Doktorze, a wiesz ty jak długo żołnierz może patrzeć na dziennikarza? – zapytał Karadżicia. Dopóki  muszka nie zejdzie się ze szczerbinką…

– Marki, chłopcze, – pouczał łagodnie generał, odwróciwszy głowę ku mnie głowę  – dojczmarki, nie dinary. Są one wymienialne, nie powiem i dzisiejszy kurs wynosi funt suszonych tysiącdinarówek  za markę, ale – rozłożył bezradnie ręce – cóż nam z notowań, skoro  nie mamy tutaj wagi.

Kiedy zapłaciłem, dowódca Serbów zapytał na jaką sumę ma wystawić rachunek i co winno  być w nim wyszczególnione.

– I nie zapomnij wycałować ode mnie główną księgową w obydwa policzki – powiedział na pożegnanie generał, przykładając energicznie rękę do daszka…
Dopiero ten ruch sprężysty, dziarskość wyrywającej się w górę generalskiej ręki, wytrąciła  mnie  ze snu o immatrykulacji…

– Całkiem dobre – powiedział Kusturica, kiedy odczytałem mu swe ręcznie nagryzmolone bazgroły. Kupuję, kręcimy…
Do realizacji filmu nigdy jednak nie doszło. W chwilę po tej  decydującej rozmowie, lekarz  oznajmił mi, że zostaję wypisany i dalsza cześć kuracji będzie mogła odbywać się w domu.
– Ach, dziękuję – powiedziałem. Będę się kurował aż do całkowitego skogucenia.

nathan gurfinkiel

 

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Angor 2013-02-08
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com