Sławomir Popowski: Akademia Umiejętności, czyli jak wyjść z getta?16 min czytania

()

Na Stadionie Narodowym2013-06-07.

Jak wynika z raportu przygotowanego przez Rzecznika Praw Obywatelskich, w 2002 r – (to ostatnie dostępne dane oficjalne, co samo w sobie jest już skandalem!) – liczba osób niepełnosprawnych w sensie biologicznym wynosiła w Polsce 5,5 mln osób. Przy czym – według szacunków specjalistów – osoby z niepełnosprawnością intelektualną (z różnych przyczyn) stanowią najliczniejszą ich grupę, dochodzącą – zdaniem niektórych ekspertów –  nawet do 60 proc. wszystkich niepełnosprawnych. Ponad połowa z tych 60 proc nie ukończyła szkoły podstawowej. A przytłaczająca większość w wieku produkcyjnym pozostaje bez pracy, skazana na pomoc rodziny i opiekę społeczną oraz głodowe zasiłki. To właśnie dla nich, my –  rodzice osób z niepełnosprawnością intelektualną – wymyśliliśmy Akademię Umiejętności…

Po prawie rocznej działalności, (zajęcia prowadzimy od października 2012 r) – mogę powiedzieć jedno: pomysł jej założenia to był strzał w „dziesiątkę“.

Najpierw jednak kilka informacji: słuchaczami Akademii jest obecnie 10 osób, ale zgłaszają się kolejne. W przytłaczającej większości są to osoby z orzeczeniami o niepełnosprawności intelektualnej w stopniu lekkim bądź umiarkowanym. Tylko jedna osoba, która dołączyła z zewnątrz, ukończyła szkołę średnią, (ale bez zdawania matury). Pozostali mają za sobą szkołę specjalną zawodową. Różny jest natomiast charakter dysfunkcji – mniej więcej połowa ma problemy z czytaniem, inne z pisaniem. Ich wiek to 22 – 27 lat.

Czym zajmuje się Akademia

Trzy razy w tygodniu, po trzy godziny lekcyjne, prowadzone są dla nich zajęcia – „wykłady“ w czterech grupach tematycznych: Tadeusz Późniak, znakomity fotoreporter „Polityki“, w ramach cyklu „Cały świat – FOTO“, uczy naszych studentów trudnej sztuki fotografii. Także tej najpowszechniejszej, z użyciem telefonu komórkowego. Anna Skiba, nauczycielka z Zespołu Szkół Specjalnych przy ul. Długiej w Warszawie prowadzi zajęcia pod wspólnym tytułem „Ja i świat“, które są w istocie swego rodzaju treningiem, mającym na celu zbudowanie pozytywnego wizerunku samego siebie, wzmocnienie poczucia własnej wartości oraz pokonanie lęku przed otoczeniem. Z kolei Beata Kowalczyk, również nauczycielka z tej samej szkoły, uczy poruszania się w trudnym świecie internetu, komputerów i informatyki, a niżej podpisany prowadzi zajęcia pt. „Lekcje odbioru mediów“, w ramach których mówię, jak poruszać się w oceanie informacji, zalewających nas w mediach i w internecie, a przy okazji – możemy też porozmawiać o tym, co się dzieje w Polsce i na świecie. Do tego dochodzą jeszcze lekcje języka angielskiego (dwie godziny w tygodniu), prowadzone w systemie Callana, a także zajęcia z WF-u. Wszystko to zaś, (z wyjątkiem „angielskiego“) – nieodpłatnie i społecznie, tj non-profit.  Również dzięki pomocy kierownictwa szkoły przy ul. Długiej, które (bezpłatnie) udostępniło słuchaczom Akademii (w przytłaczającej większości swoim absolwentom) pomieszczenia klasowe, w tym salę wyposażoną w sprzęt komputerowy oraz salę gimnastyczną…

Gdy wydawało się, że już nic nie można zrobić

Skąd wziął się pomysł? – Akademia Umiejętności narodziła się z potrzeby chwili. Po zakończeniu nauki w szkole zawodowej, my – rodzice dorosłych już osób z niepełnosprawnością intelektualną, stanęliśmy przed problemem, jak zorganizować czas naszym podopiecznym w sytuacji, gdy ich szanse na znalezienie jakiejkolwiek pracy są praktycznie zerowe, a jednocześnie nie chcieliśmy dopuścić do sytuacji, aby tkwili oni bezczynnie przed telewizorami z pilotami w ręku, albo od świtu do nocy ślęczeli przed ekranem komputera. W obu przypadkach groziło to cofaniem się, utratą tych umiejętności, które nabyli w szkole i zamknięciem w domowym getcie. Przekonało nas też to, że część z nich, już po wakacjach, najwyraźniej zatęskniła za starą szkołą i jeździła do niej choćby po to, aby pograć w piłkę. Postanowiliśmy to wykorzystać i ułożyć program zajęć, który – z jednej strony – byłby atrakcyjny dla przyszłych słuchaczy, a z drugiej – nie był prostą kontynuacją szkoły.

Przyjęliśmy założenie, że będzie to Akademia, tj. coś w rodzaju szkoły wyższej, w której obowiązują już zupełnie inne reguły. Po pierwsze – udział w jej zajęciach jest absolutnie dobrowolny i w każdej chwili można z nich zrezygnować, a po drugie – są traktowani, jak studenci, a nie jak uczniowie; już nie ma „Zuzi“, czy „Pawełka“, ale jest „Pani Zuzanna“ i „Pan Paweł“, którzy w ramach grupy mogą demokratycznie współdecydować o programie zajęć i o tym, co robimy. Wreszcie – po trzecie (i chyba najważniejsze) – przyjęliśmy założenie, że naszym celem jest nie tyle przekazanie im jakiejś sumy wiedzy praktycznej, (bo tej, niezwykle ciężko pracując, uczyli się przez całe życie), ale przede wszystkim rozwój osobowości, ciekawości świata, a także ugruntowanie i – w miarę możliwości – rozwijanie tych umiejętności, które nabyli w szkole.

Jak to wygląda w praktyce

Już pierwsze zajęcia, które odbyły się w październiku ub. R. potwierdziły – naszym zdaniem –  słuszność takiego właśnie wyboru.

Jak to wygląda w praktyce? – Przede wszystkim ważne jest, aby – w miarę możliwości – „lekcja”, (każda w naszej Akademii), nie miała charakteru zwykłego wykładu. Ma to być bardziej rozmowa, niż monolog prowadzącego. Później zaś już samo życie podyktowało nowe pomysły.

Posłużę się swoim przykładem i doświadczeniem. Na pierwszych zajęciach, prowadzonych w ramach cyklu “Lekcje odbioru mediów” mówiłem o tym,  co to znaczy, że żyjemy w społeczeństwie informacyjnym i dlaczego warto czytać, słuchać i oglądać, a także – dlaczego nie możemy przed tym uciec, skoro informacja, przekaz, obraz atakują nas nieustannie i są naszym „środowiskiem naturalnym”. Mówiłem też, na czym polega rewolucja informacyjna; czym różnią się gazety opiniotwórcze i tabloidy; radio, TV oraz Internet. I co wybrać z tak wielkiej oferty, jak poruszać się w świecie informacji prawdziwej i zmanipulowanej? Wreszcie, jak je od siebie odróżnić?

Na jedną z moich “lekcji” przyniosłem wydane w tym dniu: „Gazetę Wyborczą”, „Rzeczpospolitą”, „Fakt”, „Superexpress” oraz bezpłatne „Metro” i była to znakomita okazja, aby porozmawiać nie tylko o tym, czym różnią się poszczególne tytuły. Również o tym, jak redagowane są gazety, czyli które strony i które miejsca w gazecie są najważniejsze. A także, jak czytać tytuły tekstów i ile można się z nich dowiedzieć, co w połączeniu z informacjami słuchanymi jednym uchem w radiu i tv – daje obraz wydarzeń. Wreszcie, dlaczego to jest ważne. Od tamtej pory ustaliła się praktyka, że na każde zajęcia przynoszę gazety – od bezpłatnego „Metra“, po najdroższą „Rzeczpospolitą“ – i najczęściej zaczynamy, od krótkiego ich przeglądu oraz lektury tytułów.

„Trotylowa“ prasówka

Tak narodził się jeszcze jeden pomysł. Jesienią ub r przyniosłem dla swoich słuchaczy „Gazetę Wyborczą” i „Rzeczpospolitą”, aby pokazać jakie są między nimi różnice. W tym akurat dniu w „Rzepie”, na czołówce ukazała się informacja o śladach trotylu odkrytych podobno na szczątkach prezydenckiego samolotu w Smoleńsku… Ta informacja wywróciła do góry nogami przygotowany plan zajęć i spowodowała, że na lekcji zajęliśmy się tylko tą jedną informacją. Mówiliśmy o tym, czym jest w mediach „news”, dlaczego ta informacja jest tak ważna i dlaczego przez wiele dni, jeśli nie tygodnie, polskie media będą zajmować się głównie tym tematem. Rozmowa o „trotylu“ pokazała też, że „lekcje odbioru mediów” mogą być również znakomitym pretekstem do prezentacji tego, co dzieje się w Polsce i na świecie. I przede wszystkim, że nie jest to obojętne dla moich studentów.

Teraz zajmujemy się tym już regularnie, co kilka spotkań. Przykład: na jednej z lekcji zadałem pytanie: co takiego ważnego wydarzyło się w ostatnim tygodniu i czym żyły media? Ktoś wymienił śmierć kardynała Glempa, ale większość wskazała na dyskusję o związkach partnerskich (sic!). To z kolei stało się pretekstem do dalszej rozmowy o tym, na czym polega problem, dlaczego jest on gorący, a także co to znaczy tolerancja, „szanować Innego” i czy niepełnosprawny to też jest ten „Inny“.

I kolejny przykład: abdykacja papieża. Mówiliśmy o historycznym wymiarze tej decyzji i dlaczego ma ona charakter rewolucyjny. Temat oczywiście ważny, ale najważniejsze –  twierdzę – było jednak to, że zgłosili go sami moi słuchacze. To oni dokonywali wyboru, co potwierdzało, wcześniej intuicyjnie rozpoznawany fakt, iż to co dzieje się w świecie zewnętrznym jest dla nich nie mniej istotne; że z tego szumu informacyjnego który codziennie, chcemy czy nie chcemy, dociera do każdego z nas – potrafią dokonać wyboru tego, co jest rzeczywiście ważne.

Akademia w szerokim świecie

Życie podyktowało jeszcze jedną formę zajęć. To Tadeusz Późniak pierwszy wpadł na pomysł, abyśmy połączyli nasze „wykłady“ i wybrali się wspólnie z naszymi studentami do ZPAF na wystawę. Jej temat wydawał się bardzo specjalistyczny: sztuka i propaganda w ZSRR w latach 1920-1940. A jednak nasi słuchacze znakomicie to „kupili“. Tadeusz opowiadał o nowatorstwie artystycznym radzieckiej fotografii w tamtych latach, a ja o realiach czasów stalinowskich i dlaczego na niktórych zdjęciach (prezentowanych zresztą na wystawie), na polecenie Stalina wymazywano „niesłuszne“ postacie…

Lekcja mediów w TVN 24I dalej już poszło. Dzięki Jackowi Pałasińskiemu, (który wziął na siebie rolę przewodnika), a także dzięki uprzejmości kierownictwa redakcji, zrobiono wyjątek dla naszej Akademii i jedną z lekcji „odbioru mediów“, poświęconą telewizjom informacyjnym – odbyliśmy w TVN 24. Nasi studenci mieli wyjątkową okazję bezpośrednio porozmawiać, i z Kamilem Durczokiem, i z Grzegorzem Miecugowem, i byliśmy niezwykle ciepło przyjmowani we wszystkich studiach, do których mogliśmy zajrzeć.

Erwitt-5

Była też wspólna wizyta na wystawie fotograficznej Elliotta Erwitta i na wystawie “Fotografia, radość życia”, a także na Stadionie Narodowym i w Muzeum… Legii. Pomysł tej ostatniej wizyty wziął się stąd, że wśród naszych słuchaczy jest jeden zagorzały kibic tego klubu. Postanowiliśmy “wyjść na przeciw” jego zainteresowaniom. Był tylko jeden warunek: to on miał być (i był!) przewodnikiem, oprowadzającym po klubowym muzeum.

W Muzeum Legii

 

Ważna była także nasza wizyta w Muzeum Narodowym. Zaplanowaliśmy ją nie po to, aby pokazywać wszystko, od starożytności do czasów współczesnych, lecz z konkretnym zadaniem, aby zrealizować jeden temat: pokazać naszym słuchaczom to, co stanowi kanon polskiej ikonografii – najważniejszych malarzy i ich dzieła. I były efekty. Po zakończonym zwiedzaniu poprosiłem,

Z Matejką w komplecie

aby przed snem każdy przypomniał sobie ten obraz, który najbardziej mu przypadł do serca, a następnego dnia, na kolejnych zajęciach spytałem, co wybrali. Komuś spodobał się obraz „Śmierć Barbary Radziwiłłówny“, Zuzanna wybrała portret dzieci Matejki, ktoś – „Babie lato“ Chełmońskiego, a jeszcze ktoś inny „Kazanie Skargi“. „Bitwy pod Grunwaldem“ nie wymienił nikt…

ŻIH - 10Wreszcie, już całkiem niedawno, byliśmy w Żydowskim Instytucie Historycznym, na wystawie „Sztuka polska wobec Holokaustu“. I nie tylko dlatego, że akurat wypadała rocznica powstania w Gettcie…

Już wcześniej rozmawialiśmy o faszyźmie i o trwającej na ten temat debacie, a także o potencjalnych zagrożeniach,  jakie niesie każdy radykalizm, także w dzisiejszych czasach. Ale była też dodatkowa okazja: po wystawie mógł nas oprowadzić, przebywający akurat w Polsce mój przyjaciel, Maciej Klauzner – autor jednej z wystawianych prac…

Po zakończeniu zwiedzania również zadałem pytanie, które z dzieł zrobiło na nich największe wrażenie. Najciekawsza była opinia Pawła. Wybrał słynną pracę – zdjęcia obozu koncentracyjnego, zrobionego z klocków lego. Na pytanie dlaczego, odpowiedział krótko, bardzo poważnie i w sposób ucinający wszelką dyskusję: „bo to już nie była zabawka“.

Nie ma rzeczy niemożliwych

I już tylko dla porządku: nasza Akademia zorganizowała (tym razem dla całej szkoły na Długiej) spotkanie z naszym podróżnikiem i twórcą szkół survivalu – Jackiem Pałkiewiczem. To również było pouczające doświadczenie. Ponieważ w programie spotkania przewidziano część na pytania, więc na poprzedzających go zajęciach, aby później uniknąć przygnębiającej ciszy, postanowiliśmy wspólnie, w ramach Akademii, zastanowić się nad pytaniami. Propozycje zgłaszane przez naszych słuchaczy były różne, od poważnego, co to znaczy być odważnym, po pytanie jak smakuje glista, gdy walczy się w dżungli o przetrwanie… A co najciekawsze, żadne z nich nie zostało zadane. I nie dlatego, że moi studenci zawiedli. Oni po prostu nie zostali dopuszczeni do głosu przez innych pytających.

Zwracam na to uwagę, bo myślę że często mamy – mówiąc delikatnie – mocno zniekształcony obraz nepełnosprawności, w tym zwłaszcza intelektualnej. Blisko roczne doświadczenie współpracy z taką właśnie grupą studentów przekonuje mnie, że zdecydowanie nie doceniamy ich możliwości, że dysfunkcja w jednej dziedzinie może być kompensowana w innej; że jeśli mają kłopoty z czytaniem i m.in. dlatego unikają książek, to przecież można zrobić tak, jak to uczyniła Anna Skiba: zamiast mówić  o poezji Krzysztofa Baczyńskiego, zabrała naszych studentów na film o Baczyńskim. A przecież są jeszcze i audiobooki.

Przytoczę inny przykład: moi studenci mają problemy z pisaniem, ale o dziwo: głównie wtedy gdy piszą piórem, bo już pisanie na komputerze idzie im o wiele łatwiej. I co z tego, że piszą krótko, jeśli mimo wszystko mogą się w ten sposób komunikować… Dlatego na facebooku założyliśmy własną grupę, której stronę traktujemy, jak naszą wewnętrzną gazetę i zamieszczamy tam wszystko, co nam się podoba: krótkie teksty, zdjęcia, filmiki ściągane z youtuba i piosenki.  W końcu nasze zajęcia o faszyźmie, które zaprowadziły nas na wystawę do ŻIH-u sprowokowane zostały… ściągniętym z internetu teledyskiem „Ostatnie pięć piw“, uzupełnionym skopiowaną z youtuba słynną sceną z filmu „Kabaret“, do której bezpośrednio nawiązywał…

Sposób na życie

Ważne jest to, że choć wszyscy mają orzeczenie niepełnosprawności intelektualnej, to – oczywiście w granicach swoich możliwości – mogą i są intelektualnie aktywni. Po roku pracy z moimi studentami już wiem, że nie ma takiego tematu, którego nie mógłbym z nimi poruszyć; że nie ma pytania „czy“, a jest tylko pytanie „jak“? Rolą zaś Akademii jest właśnie tworzenie warunków dla rozwoju takiej aktywności intelektualnej, nieustające jej pobudzanie i podnoszenie poprzeczki coraz wyżej. Na ile się da.

Dlatego jest to zapewne jedyna w kraju Akademia, która nigdy się nie kończy… Bo tak naprawdę – podkreślę to raz jeszcze – nie chodzi o to, aby nauczyć ich zawodu, jakichś konkretnych umiejętności, dla przyszłej pracy, (tę naukę mają już za sobą, a szanse na zatrudnienie i tak są zerowe). Chodzi o coś bardziej ulotnego, ale równie ważnego: o pewien sposób życia, rozwijanie ciekawości świata i otwarcie na świat. Kiedyś, bodajże w TOK FM, słyszałem wypowiedź bardzo mądrego ojca, który powiedział mniej więcej tyle: to moje niepełnosprawne dziecko od pierwszych lat życia pracowało ciężej od wszystkich innych dzieci; to był wielki wysiłek trwającej nieustannie rehabilitacji, zajęcia z logopedą, wielki trud wkładany w to, aby mogło przeskoczyć poprzeczkę swoich możliwości, zawieszoną nawet bardzo nisko nad ziemią. A teraz trzeba zrobić wszystko, aby po prostu czuło się bardziej szczęśliwe…

I o to nam właśnie chodzi. Dlatego z całą Akademią wybraliśmy się również na wspólny kulig, potem do kręgielni, a teraz planujemy jednodniowy spływ… Najważniejsze, że to się udaje. Niedawno nasi studenci zdali najtrudniejszy egzamin. W ramach założonej przez nas Fundacji „Też chcemy być“ podjęliśmy starania o utworzenie spółdzielni socjalnej, w której oni będą spółdzielcami. I to oni – taka jest nasza idea – będą zatrudniać pełnosprawnych do wykonywania prac, którym sami (i tylko takim) – nie są w stanie podołać.  A nie odwrotnie… W komplecie stawiliśmy się na spotkanie w Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, na którym musieli opowiedzieć o sobie, swoich zainteresowaniach, a także co chcą robić w przyszłości. I ten egzamin zdali „na piątkę“. Nasz projekt przeszedł w konkursie… Będzie realizowany!

*    *    *

Na koniec jeszcze krótki komentarz. Jesienią ub. r. Polska ratyfikowała Konwencję ONZ o Prawach Osób Niepełnosprawnych, której przyjęcie oznacza całkowitą zmianę podjeścia do niepełnosprawności i wymagać będzie przyjęcia odpowiednich rozwiązań prawnych. Dotyczy to również szczególnie drażliwej i trudnej kwestii niepełnosprawności intelektualnej, która dotychczas była spychana na dalszy plan.

I, wreszcie, sprawa ostatnia: chyba żadna grupa społeczna nie jest obiektem tylu uprzedzeń i mitów. Nawet dla osób dotkniętych innym rodzajem niepełnosprawności jest rodzajem zniewagi zaliczenie ich do tej samej grupy, co niepełnosprawni intelektualnie. I o ile środowiska osób z różnymi rodzajami niepełnosprawności fizycznej potrafią coraz skuteczniej walczyć z przejawami społecznego i zawodowego wykluczenia, dobijać się o korzystne dla nich rozwiązania prawne, o tyle osoby z niepełnosprawnością intelektualną pozostają w swoistym „getcie wykluczenia”. Stąd główne hasło naszej Fundacji „Też chcemy być“, że

NIEPEŁNOSPRAWNOŚĆ INTELEKTUALNA NIE WYKLUCZA Z ŻYCIA

Roczne doświadczenia Akademii Umiejętności w pełni potwierdziły jego słuszność. Chętnie się nimi podzielimy!

No i zapraszam do Akademii. A także na portal naszej Fundacji www.tezchcemybyc.com.pl oraz na jej stronę na Facebooku. Jeśli tam zajrzycie i „polubicie“ – bardzo nam pomożecie.

Sławomir Popowski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

11 komentarzy

  1. cheronea 07.06.2013
  2. sugadaddy 07.06.2013
    • sławomir Popowski 07.06.2013
    • Aleksy 08.06.2013
      • sugadaddy 08.06.2013
        • Aleksy 08.06.2013
      • Aleksy 08.06.2013
  3. Jerzy Łukaszewski 07.06.2013
    • sławomir Popowski 07.06.2013
  4. Kot Mordechaj 08.06.2013
  5. andrzej Pokonos 08.06.2013