Jak dobrze nazwać zło? Jak wyrazić ból, by do żywego dotknął także i innych? Czy określenie zbrodni w oczywisty sposób może zmienić jej wymiar lub przynieść nieznaczną choćby ulgę ofiarom? Czy głośniejsze wykrzyczenie prawdy o krzywdach wywoła wstyd i skruchę potomków oprawców? Jakich epitetów użyć wobec morderców, by przywrócić życie i honor bestialsko zabitym? Czy obecna postawa ma jątrzyć, czy raczej hamować krwawienie ran przeszłości? W końcu, czy słowa mają jednoczyć, czy dzielić?…
Wydaje się, że nie o problemie, ale o randze określeń debatowaliśmy ostatnio przy okazji uchwały dotyczącej 70. rocznicy „krwawej niedzieli” na Wołyniu. W ten jeden zaledwie dzień z rąk Ukraińskiej Powstańczej Armii w okrutnych męczarniach na Kresach zginęło tysiące Polaków, w tym dzieci, kobiety, a nawet starcy. Podczas tej kaźni nic nie działo się przypadkiem – jedne oddziały otaczały wsie kordonem, a kolejne zajmowały miejscowości, gromadziły ofiary i bez litości dokonywały masakry. Wyłapywaniem niedobitków oraz grabieżą zajmowali się ukraińscy chłopi wspierający UPA. Jak podają źródła, sąsiedzi mordowali bestialsko sąsiadów. Polacy ginęli od kul, siekier, wideł, kos, pił, noży, młotków i innych narzędzi. Ofiary rozrywano końmi, wielu stosowanych tortur trudno byłoby szukać nawet w średniowieczu. Podczas całej rzezi wołyńskiej mogło zginąć nawet ponad 100 tysięcy Polaków.
Warto rocznice, zwłaszcza tak smutne, traktować jako okazje do przypomnienia ofiar, ale i do potępiania ich oprawców. Warto wskrzeszać pamięć o wydarzeniach, ale i próbować pochylić się nad przyczynami, które pchnęły jednych ludzi do czynienia krzywdy drugim. Warto spojrzeć na odwieczny fenomen zła towarzyszący człowiekowi od zarania dziejów. Takie rocznice to jednak także okazja, by zadać sobie pytanie, jak złu zapobiegać oraz, jak budować na zgliszczach wzajemnych tragedii nowe stosunki z sąsiednimi państwami? Tak mogło być i tym razem, przy okazji uchwały o tragedii wołyńskiej. Ale nie było.
Uchwała, zamiast być przyczynkiem do głębokiej refleksji i stać się próbą włączenia Ukraińców w proces budowania pamięci, czci i niezgody na takie stany w przyszłości, stała się kolejnym polem bitwy w polsko-polskiej wojnie o to, kto jest większym patriotą, a kto już tylko zdrajcą. Część naszych polityków chciała, aby w ostrzejszych słowach nazwać tę zbrodnię. Tak, by bardziej dopiec Ukrainie, by wstrząsnąć Ukraińcami, by w końcu chyba pokazać naszą wyższość cywilizacyjną nad narodem, który dopiero buduje swoje suwerenne państwo.
W debacie padały propozycje, by wydać ostrą deklarację, która nie tyle skierowana byłyby na uczczenie ofiar wydarzeń, ale przede wszystkim dotknęłaby godność naszych sąsiadów. Tych, którzy nie byli oprawcami, tych, którzy oprawców sami powinni potępić, tych, z którymi razem chcemy tworzyć w przyszłości wolną od bratniej krwi Europę. Słowo za ból, nazwa za krew, odwrócone plecy za śmierć. Wyznawcy wojny na słowa w swoim zaślepieniu nie zwrócili uwagi, że o to właśnie chodziło ukraińskim komunistom z utęsknieniem spoglądającym w stronę Moskwy. Od jakiegoś już czasu apelowali do polskiego parlamentu o uchwałę z językiem wojny a nie pojednania. Im bowiem pojednanie Polski i Ukrainy nie jest na rękę, im bowiem kierunek Ukrainy do Europy nie po drodze. Wiemy, jakie miałoby to skutki – zniechęcenie Ukrainy do Polski oraz spadek zaufania we wzajemnych relacjach i to teraz, kiedy jest szansa na podpisanie umowy stowarzyszeniowej pomiędzy Ukrainą a Unią Europejską. Mogłoby to skutkować powrotem Kijowa w otwarte ramiona Rosji, upragnionego świata tamtejszych komunistów. Mieliśmy to ułatwić, mieliśmy w tym pomóc, mieliśmy tej prowokacji się poddać?…
Na szczęście zwyciężył rozsądek, umiar i racja stanu. Język dyplomacji i tak powiedział to, co myślą nasze serca, nie zamknął jednak przed Ukraińcami drzwi pojednania, nie zniechęcił tych, którzy tak samo jak my chcą utrwalenia prawdy. Upamiętniliśmy ludobójstwo, przypomnieliśmy je światu, ale nie spaliliśmy mostów między Polską a Ukrainą, między wschodem a zachodem. Nieuleganie naciskom radykałów na rodzimej scenie politycznej to coś więcej niż próba znalezienia złotego środka. To inwestycja w długoterminowe relacje. I jak każda inwestycja wymaga najpierw dania czegoś od siebie, a potem cierpliwości, by otrzymać coś w zamian. Jeśli bowiem komuś naprawdę zależy na silnej i bezpiecznej Polsce powinien zrozumieć politykę, która nie opiera się na poniżaniu sąsiadów, lecz budowaniu zrozumienia ponad dramatami i tragediami z przeszłości. To jest jak zwalczanie wendetty, ktoś musi przerwać krwawe żniwo pierwszy. Tym pierwszym musi być mądrzejszy.
Adam Szejnfeld
Poseł na Sejm RP



Co Pan z tą godnością? Czyją godność może urazić stwierdzenie faktów? Sugeruje Pan, że po stronie ukraińskiej jest wielu ludzi dobrej woli, którzy ubolewają nad tą rzezią, ale poczuli by się urażeni gdyby nazwać ją ludobójstwem?
Te zdarzenia w ogóle nie powinny być omawiane w Sejmie. Macie jakąś sekcję historyczną, która się zajmuje upamiętnianiem takich zdarzeń?
Ważne jest to, co teraz myślą potomkowie autorów rzezi i współcześni Ukraińcy, czy uważają że ta rzeź miała jakieś usprawiedliwienie? Jeśli tak, to nie ma co się z nimi bratać.
Niesmaczne i niemądre jest też formułowanie tu polskiej racji stanu, która każe wszystko ignorować jeśli taka postawa może spowodować odcięcie Ukrainy od Rosji. Gdyby to się działo za poprzedniego ustroju, w imię „przyjaźni”, to zapewne uważałby Pan taką postawę za obrzydliwą. Ale teraz Pan i PO (i cała niemal klasa polityczna) nie macie zastrzeżeń.
Jakieś 40 lat temu byłem w Zakopanem w domu towarowym. Tłok, mnóstwo ludzi. Jakaś góralka próbuje się dopchać do lady i coś kupić. Jej podchmielony ojciec stał sobie z boku i na całą salę wołał: „Pamiętaj Hanka, tylko nie ruskie! Tylko nie ruskie!”.
To wezwanie mogłoby być hasłem polskiej polityki wschodniej: „Wszystko, tylko nie Ruskie”.
Dla nas głównym motywem działań jest zwalczanie Rosji i dla tego celu jesteśmy gotowi występować wbrew własnym interesom. To się kupiło niepotrzebną rafinerię na Litwie, aby tylko Rosja jej nie dostała, to się odmówiło przeprowadzenia drugiej nitki gazociągu żeby walczyć o wątpliwy interes Ukrainy itp. A jak Rosja w porozumieniu z Niemcami puściła tę nitkę omijając Polskę, to nasz minister Spraw Zagranicznych (!) nazwał tę decyzję drugim paktem Ribbentrop-Mołotow.
Zwykle tak to się bawią dzieci w piaskownicy, a u nas elity.
Jedynym sensownym argumentem przeciw nazwaniu rzezi wołyńskiej ludobójstwem jest to, że taki krok niesie za sobą skutki prawne. W następstwie tego powinniśmy wnieść przeciw Ukrainie skargę do międzynarodowego trybunału, czego jak sądzę, robić nie zamierzamy. To tak, jakby twierdzić, że Kowalski nas okradł, ale nie zgłosić tego policji. Wychodzi się na głupa.
Wszystkie inne argumenty skomentował już mniej więcej PIRS, dodam tylko, że z niecierpliwością czekam na czasy, gdy jakaś sensowna partia zajmie się naszymi interesami, a nie Ukrainy „z nadzieją na bliżej w czasie nieokreśloną wzajemność”. Nie sądzę, by z tej strony było na co czekać. Poprzedniemu prezydentowi wszyscy włazili bez mydła, a ten na pożegnanie postawił pomnik Banderze. I nikogo to niczego nie nauczyło. Kto wam powiedział, że Ukraina chce w ogóle wejść do Unii? Może niech najpierw oni się określą, a potem ew, będziemy im pomagać, a nie odwrotnie?
Pamiętacie, kto pierwszy uznał niepodległość Litwy? I jak pięknie się odwdzięcza?
Skończmy wreszcie z polityką nacechowaną mania grandiosa, przestańmy uważać się za mocarstwo rozdające karty, zajmijmy się swoimi interesami, bo żadne inne „zaprzyjaźnione” państwo tego nie zrobi i jak zwykle zostaniemy z ręką w nocniku.
I nie uważam, by obecność Ukrainy w Unii leżała w naszym interesie. Bez trudu można wyliczyć sobie, że wręcz przeciwnie.
No, chyba że chce się prowadzić „politykę Briana”: „- Aleśmy Rosji pokazali!”.
@Jerzy Łukaszewski
Ależ tu wciąż panuje logika zapoczątkowana jeszcze przez Jerzego Giedroycia: Trzeba oderwać Ukrainę od Rosji i zrobić z niej bufor przed agresją Rosji, która wciąż tylko marzy o tym żeby zaanektować Polskę. Dlatego z Rosji robi się stale potwora, wzbudza nastroje niechętne Rosjanom itd. Niemcy zabili 6 milionów Polaków i jakoś to nie wpływa na stosunek obecnych Polaków do obecnych Niemców. A Rosjanie są uważani za spadkobierców ZSRR i wypomina im się wszystkie grzechy ZSRR. Tak, to polityka Briana.
@PIRS w sumie szkoda naszego gadania. I tak nikt tego nie czyta, bo kto by tam chciał rozmawiać z motłochem?
@Jerzy Łukaszewski
Piszcie piszcie. Kropla drąży skałę. Są tacy, co czytają, a ja się nawet całkowicie z wami zgadzam.