napisałem kilka dni temu krotochwilny tekst, dotyczący zasypywania dołów psychicznych, w jakie wpędza mnie przyglądnie się sytuacji w kraju ojczystym.
już nawet sama polszczyzna, która umeblowała mi wnętrze, czyniąc mnie odpornym na niedole emigracji – nie jest tym, co tak lubię, i bez czego nie potrafiłbym żyć.
kiedy rok temu byłem na węgierskiej prowincji w okolicach egeru, mój tamtejszy przyjaciel, skądinąd wielki entuzjasta naszego kraju mówił, że lengyel nyelv na słuch składa się kilku szeleszczących dźwięków jak ż, szy, cz, brz i wyrazu kurwa. język dość szybko ewoluuje i chociaż zacytowany wyraz nadal bardzo jest obecny w mowie potocznej, to w języku politycznym został ostatnio wyparty przez wyrazy tusk i kaczyński. sam już nie wiem czego bardziej nie lubię słuchać – i choć ostatni felieton antoniego kopffa bardzo mi się podobał, nie podążę tym tropem. jeżeli już mam popaść w melancholię, to od jesiennej aury, a nie od tandemu tusk-kaczyński.
miałem dziś (mimo że nie czwartek, mój pechowy dzień) gwałtowną potrzebę rozgarniania ziemi i zasypywania psychicznych dołów. rozmyślania nad celowością machania łopatą trwały dość długo, co samo przez się jest niezawodnym objawem istnienia takiej potrzeby. po długim medytowaniu zebrałem się w sobie i, naciągnąwszy na grzbiet wierzchni przyodziewek, wyszedłem na miasto. postanowiłem kupić sobie jakiś ciuch dla poprawienia nastroju (mówię to w zaufaniu i ewentualnych przeczytywaczy proszę o nierozpowiadanie, bo ogół ludności jeszcze pomyślałby żem żydogej jakiś – tak jakby nie dość było każdego z tych nieszczęść oddzielnie).
wszedłem zatem do butiku i zobaczyłem sweter. był mięciutki i wygodny, z cienkiej czarnej lambwełny – taki, co to może pogodzić macho z gejem, antysemitę z żydem i wandę z niemcem.
krztynę mi odpuściło, zwłaszcza, że dziewczyna w sklepie bezbłędnie wyczuła mój buying mood i szybko podsunęła mi szalik. ten który miałem na sobie, już od jakiegoś czasu mi się odpodobał, mógł więc jeszcze na miejscu zostać przeznaczony na surowiec wtórny, a kiedy pomyślałem sobie, że zostanie przerobiony na papier, który wchłonie tyle wspaniałych osiągnięć ducha ludzkiego, wdziałem natychmiast na siebie nowy nabytek i przejrzałem się w najbliższej szybie. w tym nowym szaliku tak jakbym odmłodniał i gruntownie się odohydził, więc pomyślałem sobie, że trup damski już za moment zacznie słać się gęsto u moich stóp. nie wiem co się takiego stało, może lustra, które długo już pogarszały się w zastraszającym tempie, nagle sprężyły się w sobie i jednym bohaterskim zrywem podniosły jakość swą o całe 97, 4 % . wskutek tej zwierciadlanej metamorfozy tak żem w sobie samym sobie zagustował, że postanowiłem być dla siebie dobry. dotarłem szybko do jednego z nielicznych już w mieście eleganckich sklepów kolonialnych. nie jest on może całkiem jak paryski fauchon na place de la madeleine, ale jak na kopenhagę (jak na garbatego) wręcz rewelacyjny. dobrnąwszy do sklepu poprosiłem o etiopską sidamo. subiekt dyskretnie upewniał się czy wiem o czym mówię, bo istnieje jeszcze kawa o tej samej nazwie, uprawiana w kenii przez jakichś tam duchowych spadkobierców baronowej blixen. aby unaocznić wszystkim przeczytywaczom na czym polega ta kenijska odmiana w odróżnieniu od etiopskiego oryginału, muszę zrobić niewielką dygresję…
kiedy we wczesnych latach sześćdziesiątych bułganin i chruszczow zjawili się z wizytą w londynie i byli podejmowani z należnymi honorami, miesięcznik „vogue hommes international” zamieścił opis ich pobytu. „obydwaj panowie byli bardzo dobrze ubrani” – można było przeczytać – „z tym tylko, że mieli na sobie garnitury koloru brązowego. trudno nam powstrzymać się od uwagi, że kolor brązowy może dotyczyć dżentelmena jedynie w czasie polowania i to wyłącznie na bryczesach. ponadto nosili krawaty na gumce, co nie powinno mieć miejsca w żadnych okolicznościach”
gdy więc po tym tak udanym spacerze dobrnąłem do domu, zamierzałem usiąść nad filiżanką świeżo zaparzonej kawy, by porozmyślać o życiu, które nagle ukazało mi swą mniej ciemną stronę. przesypawszy ziarenka do młynka, napawałem się jeszcze przez długą chwilę ich niepowtarzalnym aromatem, nim zamknąłem wieko. po kilku wstępnych niepowodzeniach ze zmianą konsystencji kawy, stwierdziłem, że młynek stanowczo odmawia uruchomienia samego siebie. muszę jutro wyruszyć na poszukiwanie odpowiedniego przyrządu do przekształcania sidamo (matari i przeróżnych innych ziarenek) w proszek. subiekt odważył mi przecież całe pół funta i tyle dobra nie może się zmarnować…
(na robotach fizycznych w kopenhadze, zimnym jak jasny gwint wrześniem 2013)
appendix
nie samą kawą człowiek żyje. kiedym nieco później zgłodniał, wyprodukował podstawowe żołnierskie danie i zasiadł do posiłku, wydudliłem z zupełnym wyłączeniem świadomości pół butelki falasco valpolicella ripasso. pamiętałem to wino jako nader przyzwoity napitek i często zdarzało mi się bez żadnych przykrych skutków wypijać z dziecięciem mym po butelce na łeb w czasie dłuższej biesiady.
tym razem był to jakiś mózgotrzep. dopiero uważniejsze spojrzenie na etykietkę rozświetliło mi wnętrze pustaka – to, które teraz piłem, jest z 2009, tamto było z rocznika 2011. na wszelki wypadek bądźmy czujni. gdy chodzi o wina torre del falasco (z prowincji veneto na północy włoch) 2011…
salute!
nathan gurfinkiel



Panie Nathanie, proszę sprawdzić skrzynkę facebook – wysłałam tam niegdyś wiadomość i cierpliwie czekam na odpowiedź 🙂
Pozdrawiam serdecznie
Cóż – Ripasso, dosłownie „ponowne przejście”, to jedna z bardziej cynicznych operacji enologicznych w Europie… Polega na pozostawieniu zazwyczaj wyrzucanych wytłoczyn z wina, wpakowaniu ich jeszcze raz do tłoczni, dodaniu kilku procent „przejrzałych” winogron i ponownym wytłaczaniu… Samo konsorcjum Valpolicelli tłumaczy, że ten zajzajer przeznaczony jest dla …młodzieży. Ja wiem, zdarza się, że czasami wyjdzie z tego coś nietrującego, ale to raz na 10 lat. Innymi słowy: Amarone tak, Ripasso, jeśli p. Natanowi i czytelnikom żołądek i głowa miłe, pozostawmy narąbanym nastolatkom z wysp brytyjskich…