2013-10-19. wczoraj wieczorem zadzwoniono do mnie z wiadomością, że umarła janina katz. po pół godzinie mogłem przeczytać nekrologi i noty biograficzne w internetowych wydaniach gazet.
urodzona w krakowie w roku 1939, ocalała z zagłady dzięki poświęceniu porządnych i odważnych ludzi, nie wytrzymała atmosfery, panującej w polsce po marcu ‘68.
z nazwiskiem janina katz zetknąłem się jeszcze za polskich czasów, bo pisała recenzje i eseje w krakowskim „życiu literackim”, którego bardzo nie lubiano w moim kręgu przyjaciół, nie przeczytałem więc żadnego jej tekstu. byłem jeszcze w wieku, kiedy rzeczywistość ma tylko biały i czarny kolor.
jankę poznałem już w danii, gdzie przybyła mniej więcej w tym samym czasie co ja, w 1969 roku. kiedy już po latach znajomości powiedziałem jej, że nie przeczytałem ani jednego jej tekstu roześmiała się głośno
– bardzo niewiele tracisz, więc słusznie unikałeś tych kobył.
prowadziliśmy niemal codziennie długie rozmowy, bo pracowaliśmy razem w bibliotece królewskiej. ja z powodu bezrobocia, skierowany tam na subsydiowane przez państwo półroczne zatrudnienie, by nie stracić prawa do zasiłku, janka miała tam nudną pracę od lat, której musiała się podjąć, bo dorywcza współpraca z RWE, polską sekcją BBC i paryską „kulturą” nie zapewniała utrzymania. musiało upłynąć 22 lata nim zadebiutowała na duńskim rynku księgarskim, by po dalszych kilku zaledwie latach stać się jedną z ważniejszych postaci tutejszego życia literackiego. prawdziwe powody tej kwarantanny w bibliotece wyszły na jaw, kiedy padł mur berliński i środowisku intelektualnych snobów zapanowała moda na ekspiację.
ulrik h., kierownik działu poważnego i opiniotwórczego tygodnika „weekendavisen” opublikował w nim niezwykły list:
„Droga Janino, drogi Bernardzie, drogi Bronku, droga Alicjo, moi drodzy polscy przyjaciele – brzmiał ten cytowany tutaj z pamięci list – czuję się przygnieciony ciężarem winy. Wszyscy my, ludzie z konserwatywnych środowisk, odwróciliśmy się od polskich intelektualistów, zmuszonych przez komunistów do opuszczenia swego kraju. Wydawało nam się, że powodowani goryczą za doznane krzywdy, zapałaliście żądzą zemsty i wygłaszacie krańcowo niezrównoważone opinie. Zamiast wyciągnąć do was pomocną dłoń, uniemożliwialiśmy wam start, zamykaliśmy wam drogę do mediów i wydawnictw. Wydaliśmy was na pastwę lewicowych demagogów, miotających kalumnie pod waszym adresem. A przecież to, co głosiliście i coście pisali na temat dławienia wolności przez reżim komunistyczny, nie stało się prawdą dopiero po runięciu muru berlińskiego – było nią zawsze. Zamykaliśmy nasze uszy i oczy, bo to, co mieliście do powiedzenia i co należało głosić, niweczyło nasz błogi spokój. Przypięto więc wam wszystkim łatkę propagatorów zimnej wojny, nie rozumiejących ducha epoki odprężenia. Nie jest mi łatwo o tym mówić, bo w rozmowach z wami sam zaprzeczałem istnieniu cichej zmowy, skazującej was na ostracyzm. To wy mieliście rację, a ja byłem tym, który się mylił”.
po spóźnionym o 22 lata debiucie janka zaprzyjaźniła się z oficyną „brøndum”, wyspecjalizowaną w poezji i wydawaniu, dzięki temu duńscy czytelnicy mogli poznać poezje herberta, miłosza, Różewicza, szymborskiej i lipskiej. tłumaczyła również prozę konwickiego i mrożka. samymi tłumaczeniami nie zdołałaby jednak zyskać tej popularności, którą od lat cieszyła się w danii. jest autorka pięciu powieści, jedenastu tomików poezji, dwóch tomów opowiadań i książki dla dzieci. jest laureatką kilku prestiżowych nagród. swoje wiersze i prozę tworzyła po duńsku, w języku, którym mówiła bardzo poprawnie, ale ze strasznym akcentem. dopiero za ostatni tom wierszy „skrevet på polsk” (pisane po polsku) została rok temu nominowana do najbardziej prestiżowej nagrody skandynawskiej – nagrody literackiej rady nordyckiej.
kilka jej książek, m.in. „pucka” i „moje życie barbarzyńcy” ukazało się w polskim przekładzie boguslawy sochańskiej, skandynawistki z poznania, która na przełomie lat dziewięćdziesiątych i początku obecnego stulecia była attaché kulturalnym ambasady RP w kopenahadze a potem stanęła na czele duńskiego instytutu kultury w warszawie.
janka – jak mi się długo wydawało – obnosiła się ze swą staroświeckością. nie miała komputera i wszystko co tworzyła było pisane na maszynie. kiedy powiedziałem jej, że to przywiązanie do maszyny bardzo mi imponuje, wprawiłem ją w dobry humor.
– nie mów tylko nikomu. mogłam już sto razy mieć komputer, ale bałam się, że nigdy nie okiełznam tego zwierzęcia…
nathan gurfinkiel


i tak działo się na całym zachodnim świecie. zwłaszcza europejskim.działały tu jednak nie tylko sympatie i antypatie, infiltracja przez kgb opiniotwórczych środowisk zachodnich jest powszwechnie znana, niestety ta powszechność ogranicza się, mam wrażenie, do obywateli państw byłych demoludów.
Nathanie, bardzo trafna jest ta wiadomosc o liscie Ulrika H. My marcowi emigranci tu w Dani bylismy wtedy dla niektorych lewicujacych intelektualistow dziwolagami.Jak mozna bylo opuscic ten komunistyczny raj, nie bylo dla nich do zrozumienia.