kiedyś, w latach 90., jeszcze za życia JP2, w czasach, kiedy koncern medialny toruńskiego redemptorysty stawiał dopiero pierwsze kroki, w niszowym, ale poważnym i wciąż jeszcze wówczas opiniotwórczym duńskim dzienniku „information” – moim dawnym miejscu pracy, ukazał się artykuł, w którym polska została przedstawiona jako teokracja, zawłaszczająca bez reszty sferę publiczną. autorem był nowy naonczas redakcyjny nabytek, dziennikarz znany z efektownych, acz pustych intelektualnie stylistycznych fajerwerków i pochopnych konkluzji.
po dwóch bodaj dniach przeczytałem ze zdumieniem list do redakcji, pod którym podpisał się ambasador RP w danii, jerzy j. sito.
znałem go jeszcze z warszawskich czasów, kiedy chętnie przesiadywał w słynnej kawiarni PIW przy ul. foksal 17. zwrócenie się do niegdysiejszego wpółbywalca kawiarni pozwalało mi uniknąć stawiania się w niezręcznej sytuacji jako osoba, pouczająca ambasadora.
wdawanie się w polemikę z gazetą – wywodziłem – a zwłaszcza z dziennikarzem nie najwyższego lotu obniża powagę urzędu ambasadora. jeżeli więc odczuwał nieodparty imperatyw odparcia kalumnii wobec państwa polskiego, mógł zlecić stanięcie do pojedynku na argumenty któremuś z młodszych rangą dyplomatów. miało by to tę dodatkową korzyść, że w przyszłości może zaistnieć jakiś poważniejszy incydent, gdzie potrzeba autorytetu ambasadora będzie większa, nie należy więc zawczasu wyzbywać się całego zapasu amunicji.
zreferewałem wówczas sprawę artykułu, łącznie z listem ambasadora do redakcji i moją polemiką z ambasadorem w korespondencji do „rzepy”, dla której naonczas pracowałem. naraziłem się z tego powodu, ale potem ekscelencja się udobruchał i podczas jakiegoś koktajlu zapewnił mnie, że jego reakcja była być może zanadto impulsywna i że puścił epizod w niepamięć.
jak mawiał znakomity duński humorysta „storm p.” (robert storm petersen) – trudno jest robić przewidywania, zwłaszcza na temat przyszłości.
dziś, kiedy supremacja kościoła w przestrzeni publicznej zaszła tak daleko, że kłuje boleśnie w oczy, mimo formalnie świeckiego charakteru państwa, nie polemizowałbym z autorem nieszczęsnego artykułu. na polemikę bardziej zasługiwałby ambasador.
nie tylko jednak kościół przekracza granice rozsądku i wbrew najoczywistszym faktom dowodzi, że nadal pada ofiarą prześladowań. środowiska ateistyczne, lub choćby tylko antyklerykalne, w swoich usiłowaniach przeciwstawienia się fanatyzmowi kleru, same popadają w antyreligijny obłęd, odsądzając kościół od wszelkiej czci i wiary.
ta karuzela kręci się na pełnych obrotach, bo zachowanie jednych staje się lustrzanym odbiciem postępowania drugich i obydwie strony potrzebują siebie nawzajem. ta droga prowadzi donikąd, bo nie da się zlaicyzować społeczeństwa z tak długą i do tego stopnia zrośniętą z historią kraju tradycją religijną. nawet komuniści, zgrzytając zębami, rozumieli, że katolicyzm jest w polsce nie do pokonania.
ale również najbardziej fanatyczni zwolennicy kościoła muszą pojąć, że czasy inkwizycji i wypraw krzyżowych nie mają szans na wskrzeszenie i „prawdziwy” polak nie musi koniecznie być (wojującym) katolikiem – może być żydem, protestantem, prawosławnym, muzułmaninem, buddystą, gejem, ateistą…
uznajmy wszyscy, że tak być może, a nawet powinno bo inaczej historia przemknie nam koło nosa, a my, pogrążeni w naszych sporach, nie zauważymy nawet łopotania jej skrzydeł i będziemy tkwili w coraz dalszej przeszłości…
nathan gurfinkiel



Mam wątpliwości, czy nawet tylko formalnie jesteśmy państwem świeckim.
Gdyby tak było, to żaden sąd powszechny nie powoływałby się na prawo kanoniczne.
http://wyborcza.pl/1,75478,15037000,Precedensowy_wyrok_Sadu_Najwyzszego__Nie_mozna_namaszczac.html
I jeszcze jedno; kiedy czytam coś takiego:
http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127823,15031715,Molestowanie_15_latki_to_nie_pedofilia__Arcybiskup.html
to faktycznie jestem bliski popadnięcia w obłęd antyreligijny.
Na razie czuję odrazę do przedstawicieli Boga w naszym kraju.
Cześć, w pierwszym momencie, jak to przeczytałem dwa dni temu, przeleciało mi przez głowę, czy nie skomentować tego banalnie w rodzaju „tańcowały dwa Michały”. Ale na ogół mam hamulec (jeśli nie wypiłem) by się zbytnio nie bałwanić. Więc sobie poszedłem. Jednak potem zaczęła mi kiełkować w pamięci jakaś nie całkiem jeszcze otorbiona zadra. Gdzieś tam 35 lat temu, jak wykładałem na ASP w naszej Corazbrzydszej, studiowałem do opracowywanego wtedy programu genezę ekspresji ruchowych wrodzoną, w odróżnieniu od nabytych kulturowo. I oczywiście nie mogłem pominąć mojego świętego patrona, Konrada Lorenza (Die Kehrseite des Spiegels). Więc zamiast sam się mądrzyć cytuję (za polskim wydaniem z 1977):
Oscylacje opinii publicznej i sprawowana przez nie funkcja poznawcza należą do tych procesów fizjologicznych, na których obecność zwraca uwagę dopiero patologiczny błąd w działaniu. Zaznaczyłem już, że poszukiwanie argumentów za i przeciw aktywowane jest przez bardzo silne motywacje. Dopóki wywodzą się one tylko z czystego utęsknienia prawdy, oscylacje są tłumione i ustają we właściwym punkcie. Skoro jednak wchodzą w grę mocniejsze, instynktowe pobudki, zachodzi niebezpieczeństwo, że odmienność dwóch opinii doprowadzi do powstania dwóch grup etnicznych, każda zaś z nich będzie przeświadczona o słuszności własnego poglądu i popadnie w stan wojowniczego zapału, o którego niebezpiecznym charakterze pisałem obszernie w książce o agresji.
Ingerencja pobudek instynktowych prowadzi wówczas do opanowania przez podwzgórze działalności kresomózgowia i tym samym do spadku prawdziwości obu przeciwstawnych poglądów. Przyczynia się do tego okoliczność, że w celu werbowania zwolenników każde stronnictwo wtłacza swój pogląd w możliwie proste i łatwo zrozumiałe formułki, w miarę możności takie, by dało się je odmawiać chóralnie. Ponieważ wskutek tej symplifikacji poglądy obu stron faktycznie stają się głupsze, są w rezultacie coraz bardziej nie do przyjęcia dla przeciwników i to prowadzi do oscylacji samowzbudnej, która może się zakończyć „regulacyjną katastrofą”.
_______________________________________________________
I wtedy zanik tej oscylacji zarejestrujemy w naszej bardzo czarnej skrzynce jako rzężenie zwrotne, ujemne. (to już moje, a wypiłem tylko jednego fajfokloka przy niedzieli.)