2012-05-12. Redaktor Irena Dryll postanowiła zrobić ze mną wywiad. Redaktor Dryll ma kilka zalet: jest rasową dziennikarką, zaraz po dzień dobry „rzuca kurwami” oraz ma poczucie rzeczywistości. Chodzi o to, że ekipa dziennikarzy, która zadała się z „Życiem Gospodarczym” i potem NŻG, wymiera i trzeba się spieszyć. Powód dodatkowy jest taki, że Irena nie może zrozumieć, jakim cudem „Nowe Życie Gospodarcze” utrzymuje się na rynku. Dwa lata temu, kiedy Fundacja Klubu 500, poprzedni przejściowy wydawca NŻG, dokonała fikołka w niebyt, nawet redaktor Marcin Makowiecki, oaza spokoju i dobrego wychowania, zwątpił, że da się jeszcze coś wygrzebać z pogorzeliska. Odbudowywanie zaufania do świetlanej przyszłości trwało u redaktora Makowieckiego około roku, ale się przemógł. Aż do tego stopnia, że pochwalił decyzję o ustanowieniu redaktora Piotra Rachtana sekretarzem redakcji.
Red. Rachtan od razu zgodził się na to zaszczytne wyróżnienie, chociaż to najgorsza robota, a jego pracodawca od razu się zgodził, że będzie to umowa śmieciowa. Piotr, mając w pamięci, że relacje osobnicze w naszej redakcji były przykładem, wykombinował sobie, jak myślę, że znalazł bezpieczną przystań.
W gruncie rzeczy reszta „zespołu” nie jest mu do niczego potrzebna. Wcale się nie napinając, sam mógłby zrobić numer. Jedyna okoliczność utrudniająca to liczba nazwisk, które musiałby wymyślić, żeby podpisać teksty.
„Zespół” podany został w cudzysłowie, bo w komplecie materializuje się tylko podczas proszonego posiłku a 40 zł na osobę w zaprzyjaźnionej knajpie w okresie wzwodu budżetowego, co – ma się rozumieć – przy naszym stażu zdarza się rzadko i żadna reklama na erekcję nie jest wartością dodaną.
Mamy więc pierwszy powód cudu na ulicy Pięknej, gdzie się mieścimy – dobry zespół, to znaczy taki, który dziwi się, że dostaje honoraria. Zaraz po docenieniu zespołu, źródłem powodzenia jest niechęć do zadawania się z ZUS-em. Jest to instytucja tak samo groźna dla firmy jak Urząd Skarbowy, tylko gorsza. Bo bierze niewinnie.
W okresie szczytowania, jakieś osiemnaście lat temu, Towarzystwo Autorów „Nowe Życie Gospodarcze”, wydawca pisma, zatrudniało 43 osoby na etatach i jeszcze się tym chwaliło. Wszystkie okoliczne banki składały się na utrzymanie tego twórczego potencjału (takie miał kontakty ówczesny red. naczelny), ale ZUS i tak je przebił i nastąpiła restrukturyzacja, czyli wywalanie na bruk. Nie zapomnę, jak w pierwszej kolejności skreślony został Grzesiu, nasz kierowca, który nie mógł zrozumieć, jak człowiek, któremu szefowie się zwierzają, nagle staje się nieważny. W niszowym piśmie dobrze jest też nie chcieć za dużo. Ta zasada obejmuje nie tylko wycenę kolumny sponsorowanej. W 1992 roku na szkoleniu w Voice of America dla kandydatów na wydawców, czego sobie jeszcze nie uświadomiłem, zapisałem, że 5% czytelników rozstaje się z gazetą, którą czytali, z powodu śmierci, a aż 78% z przekonania, że się ich lekceważy.
Szacunek dla tych, którzy chcą się z nami zadawać (poza panienkami z PR, które chcą nas wpędzić w koszty) procentuje, jeśli nie zaraz, to w innym czasie, a poza tym jest źródłem dobrego samopoczucia.
Jeśli chce się przetrwać, ciągle wzmacniając się nadzieją, że podłapie się partnera strategicznego, i on się będzie martwił, jak związać koniec z końcem, nie należy być nadmiernie ambitnym. Miałem znajomego, z którym wybrałem się do kolegi z pieniędzmi – z którym wcześniej ustaliłem co i jak – i chodziło o dopełnienie formalności. Napiliśmy się kawy z koniakiem i znajomy przystąpił do referowania, co zapisał w umowie, którą miał sporządzić. Nagle słyszę, że projekt ma kosztować pięć razy tyle, co ustaliłem z kolegą. W rezultacie stosunki uległy ochłodzeniu, nie na tyle jednak, żeby kolega nie opieprzył mnie, że powinienem czytać umowy, które chcę podpisać.
Szacunek do utrzymujących kontakty z gazetą to jedno. Trzeba też mieć szacunek do siebie. To znaczy szukać takich partnerów, którzy muszą wydać pieniądze. W okresie prosperity różnych programów edukacyjnych i w ogóle rozwojowych, finansowanych z Brukseli, byłby działaniem na szkodę firmy brak wysiłku, by pochylić się nad tymi środkami. Trudność polega na ich znalezieniu przed konkurencją.
Wszystkie te mądre dokonania można potłuc o kant, jeśli nie nauczymy się zasypiać z bilansem w pamięci. Kto nie potrafi zakolegować się z bilansem, lub – co niedopuszczalne – lekceważy go, czyli nie traktuje równie skrupulatnie drobnych wydatków, jak większe, ten ma marne widoki. Kiedy staram się o pieniądze i słyszę, że korporacja właśnie przycięła środki na długopisy i prenumeratę gazet, to jak automat myślę, że tam mają nie po kolei. Są w końcu granice śmieszności. Podsumowując: jest ważne, żeby samo nie wyciekało.
Jerzy Dzięciołowski
źródła obrazu
- dzieciol: BM


Autor: Nie pochwalam Pańskiego stylu. On mi się – zwyczajnie – bardzo podoba.
Aż przypomniał mi się „Marsz Mokotowa”: „Bez zbędnych łez/ i próżnych słów”. Natomiast ostatni skrót myślowy był ponad mój IQ. I ostatnia pointa mi wyciekła, ( albo „powyginała”). Nichtdestoweniger – dzięki!