Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (3)

Katarzyna Wielka

2012-07-15. Iwan Groźny skazał republikę Nowogrodu Wielkiego, niemożliwą do zaakceptowania demokrację, na śmierć. Nie tylko na śmierć. Skazał i na zapomnienie. Nowogród Wielki miał zniknąć z pamięci Rosjan. Na zawsze.

3. Wyrok skreślenia z pamięci

Przez ponad czterysta lat od egzekucji 1570 roku oficjalna historia Rosji trzymała się z daleka od historii uśmierconego Nowogrodu Wielkiego.  Nie można mu było darować, mimo upływu czasu. Nikt rządzący Rosją, nawet obcego pochodzenia, nie mógł pozwolić sobie na litość, bo rozumiał wagę wyroku.

Książęta Holstein-Gottorp, którzy, udając Romanowów, panowali Rosji od śmierci carycy Elżbiety, byli prawdziwymi patriotami swej ojczyzny-władzy i pilnowali, by tradycja państwa rosyjskiego i rosyjskiej pamięci nigdy nie zboczyła z właściwej drogi.

Elżbieta wyznaczyła swoim następcą Karola Piotra, siostrzeńca po swej siostrze Annie, którą wydano za księcia niemiecko-duńskiego Holsztynu. Ten Karol Piotr, już Romanow pół krwi, tylko po matce, nie znosił Rosji i uwielbiał Fryderyka Wielkiego. Jako Piotra III ożeniono go, siedemnastoletniego, w 1745 r. z córką jednego z najmniej znaczących rodów książąt niemieckich, Anhalt-Zerbst, Zofią Augustą. Zofia Augusta przyjęła prawosławie pod imieniem Katarzyny, a jej syn Paweł miał krwi Romanowów jeszcze mniej – jeśli w ogóle był synem jej męża. Kiedy umarła Elżbieta, po paru miesiącach Katarzyna w 1762 roku wyprawiła Piotra III na tamten świat i zaczęła rządzić sama. By Rosję i historię uporządkować po swojemu na dalsze sto kilkadziesiąt lat.

W 1764 roku wydała „ukaz”, który miał „uporządkować” finanse cerkwi, redukując etaty cerkiewne i zakonne. Dla resztek Nowogrodu oznaczało to opuszczenie połowy, około czterdziestu, jego starych cerkwi, które dzięki popom i zakonnikom uchowały się mimo wyroku Iwana Groźnego po upadku jego państwa i po Wielkiej Smucie. Teraz wyjątkowej urody cerkwie nowogrodzkie, puste i pozamykane, zaczęły niszczeć.

To nie był cios ostatni. Katarzyna wiedziała, co myśleć o Panu Nowogrodzie Wielkim. W 1778 roku dwór obchodził trzechsetną rocznicę powstania państwa, co charakterystyczne! – dokładnie w rocznicę podporządkowania Moskwie Nowogrodu Wielkiego. I wtedy zdecydowano, że Nowogród przebuduje się – w „nowoczesnym”, „stołecznym” stylu. Wytyczono więc nowe ulice, ignorując stary ich, naturalny układ, połowa starych budynków poszła w ruinę, choć autor nowego planu miasta, Mikołaj Cziczerin, i tak zdołał uchronić co piękniejsze cerkwie i stare baszty.

Mamy dowody, że Katarzyna nie decydowała o tym w przelotnym geście ani przypadkiem. Przytacza owe dowody w swej zgrzebnie wydanej w roku 1992 książce Orest Martyszyn, i to przytacza w pełnym wyborze. Naszą polską o tym wiedzę wspiera praca Władysława Serczyka o „Kulturze rosyjskiej XVIII wieku”. Katarzyna przeczytała wydane pośmiertnie, dopiero w 1768 roku, dzieło pierwszego wielkiego historyka rosyjskiego, Wasilija Tatiszczewa, pięciotomową „Historię rosyjską”.

Z poszukiwań i odkryć Tatiszczewa będziemy tu nie raz korzystali, zapoznamy się z nimi bliżej, ale tym historykiem został…inżynier wojskowy po szkole założonej przez Piotra Wielkiego. Był zdecydowanym zwolennikiem monarchii absolutnej, która na jego oczach cywilizowała Rosję; jego zdaniem dla Rosji nie było innej drogi w przyszłość. Republikanizm Nowogrodu miał Tatiszczew za uzurpację, to się w jego historii Katarzynie podobało… Niemniej Nowogród musiał wydawać się nadal niebezpieczny i Katarzyna zamówiła u swego „radcy honorowego”, niejakiego Wasilija Grigoriewicza Lizakiewicza, napisanie po francusku dziełka pt. „Krótki szkic historii Nowogrodu”, co wydano w 1771 roku… w Kopenhadze, gdzie autor posłował. Wypędziwszy bowiem przed setkami lat kniazia Wsiewołoda Mścisławicza, Nowogrodźcy samym wspomnieniem kontynuowali swój bunt przeciwko prawowitej władzy.

Caryca niedługo potem sama napisała swoje „Kartki dotyczące historii rosyjskiej”, a wreszcie – sztukę: „Przedstawienie historyczne… z życia Ruryka”. O wolnościach nowogrodzkich nie mówiło się tam nic. Czytelnika i widza autorka inteligentnie przekonywała o niezbędności kniaziów; Wadim, oponent pierwszego władcy, Ruryka, okazywał się egoistą o niepohamowanych ambicjach. XVIII-wieczny los Polski, z jej „anarchią szlachecką”, ilustrował, czym grozi taki egoizm.

Niedługo później, w tym samym roku, w którym Katarzyna podpisała konwencję rozbioru Polski, wojskom carycy przyszło pacyfikować największy bunt chłopski w historii Rosji carskiej. Przywodził mu bystry ataman kozacki znad Tereku, Jemielian Pugaczow, który podawał się za uratowanego Piotra III. Ujętego podstępem Pugaczowa ścięto w Moskwie dopiero 10 stycznia 1775 r., Katarzyna zaś zreorganizowała swe państwo, nadając mu iście żelazną administrację. To ona była twórczynią tego caratu, którzy przetrwał do roku 1917.

Temat Nowogrodu Wielkiego mimo to nie wygasł. Przyszła Wielka Rewolucja Francuska. I wtedy szef trupy aktorskiej teatru w Petersburgu, 31-letni Piotr Aleksiejewicz Pławilszczikow, starszy brat przyszłego znakomitego wydawcy, sam aktor i autor, przy tym i publicysta petersburskiego „Zritiela”, napisał i wystawił tragedię wierszem „Wszesław” (Martyszin cytuje sztukę pod jej późniejszym tytułem „Ruryk”). Katarzynie bardzo się sztuka podobała. Ale bo też i była słuszna w każdym swym słowie.

Tak samo, a nawet tym bardziej – nowy poemat jej podopiecznego, sędziwego teraz kuratora uniwersytetu moskiewskiego, Michaiła Matwiejewicza Chieraskowa, którego portret oglądamy w książce Władysława Serczyka. Chieraskow poematem „Rossjada”, o podboju chanatu kazańskiego przez Iwana Groźnego, uczcił sukcesy państwa carycy w wojnie z Turcją. Teraz, w roku 1800, spłodził poemat „Car, czyli Nowogród ocalony”; ci, co byli przeciw Rurykowi, byli jak Pugaczow, gorsi niżeli ci przerażający rewolucjoniści Francji.

Nowogród ciągle był groźny. I nawet państwowo-twórcza legenda mogła brzmieć podejrzanie, dwuznacznie. Po dziś dzień nie ma stuprocentowej pewności, że to nie sam hrabia Aleksiej Iwanowicz Musin-Puszkin, zapalony zbieracz starożytności ruskich, wzorem MacPhersona, autora tak modnych, „staroceltyckich”, sfingowanych przezeń z talentem „Pieśni Osjana”, zmajstrował przy współpracy znawców epoki wspaniały, XII-wieczny poemat ruski, „Słowo o połku Igoriewie”, „Słowo o Igorowej drużynie”. Wydał go akurat w tymże samym roku 1800, a jakże ten epos był na czasie! Jakże doskonale trafiał w potrzeby dnia: głosił chwałę jedności Rusi wobec wroga. Dał się znaleźć w chwili, gdy niedawno właśnie udało się przyłączyć kolejne „odwieczne ziemie ruskie”, tym razem aż po Grodno, zaś „połki” Suworowa, syna zruszczonego Szweda, wojowały we Włoszech z nowymi strasznymi Połowcami Europy, armiami Rewolucji Francuskiej – to było jak znalazł! Przeszkadzać mógł jedynie drobny szczegół: Ruś prowadził do walki kniaź – nowogrodzki, zatem nie za bardzo politycznie właściwy…

Później, z początkiem XIX wieku, reżim Arakczejewa kontynuował dzieło Katarzyny – zrobił z Nowogrodu Wielkiego centrum swojego specyficznego osadnictwa, ze składami prowiantów, maneżami do ćwiczeń jazdy konnej, szpitalami wojskowymi, placami parad; miało to zarazem być miejsce zsyłki urzędniczej. Nie darmo napisał później Hercen o Nowogrodzie: „To wielkie koszary, nabite sołdatami, i maleńka kancelaria, nabita czynownikami”. Nie tylko więc wyosobniono dzieje Nowogrodu Wielkiego poza dzieje Rosji, poza jej tradycje, ale w jakiś sensie nawet poza jej geografię, bo i fizycznie Nowogród Wielki przestał być Nowogrodem.

Kiedy swą „Historię państwa rosyjskiego” po klęsce Napoleona opublikował wielki historyk i wybitny pisarz zarazem, Mikołaj Michajłowicz Karamzin, sam Puszkin o nim napisał, że odkrył starą Rosję jak Kolumb Amerykę. Karamzin wyznawał samodzierżawie niekłamanie i uczciwie, gromił Nowogród z głębokim przekonaniem już wcześniej, ale był historykiem naprawdę, trzymał się źródeł, nie zamienił swej historii w poemat, jak w naszych czasach Lew Gumilow,

skądinąd czcigodny więzień stalinizmu. Karamzin zakorzeniał samodzierżawie w przeszłości Rusi solidnie i kompetentnie.

Taka przeszłość pracowała dla carów. Ciągle odżywający Nowogród Wielki mógł pobudzać tylko wyobraźnię ich wrogów. A tu młody pisarz i dramaturg, autor wziętych komedii, były oficer, Fiodor Fiodorycz Iwanow, pisze w 1809 roku tragedię wierszem „Marfa Posadnica”, protest jakby wobec powieści, którą spłodził sam Karamzin w roku 1803 o przywódczyni i bohaterce obrony Nowogrodu przeciw kniaziowi Moskwy! I to nie jakiś zbieg okoliczności, że potem zafascynował Nowogród – czyż nie znamienne? – tych okropnych dekabrystów, których za krytykę dzieła Karamzina nazwał Puszkin „jakobinami”. Paweł Pestel studiował historię Nowogrodu, Rylejew entuzjazmował się ustrojem nowogrodzkiej republiki, w planach przyszłości dekabryści lokowali starodawne instytucje i nazwy, ba, nosili się w domu po starorusku i na stół kazali podawać to, co jadała stara Ruś nowogrodzka…

Nie, nawet kiełek wspomnień o Wielkim Nowogrodzie nie powinien był przebić się na światło dzienne, skoro już sama kuchnia zdradzała bunt i niewierność. No i ten podejrzany Lermontow! Adresował swój urwany „Nowgorod” w roku 1830 tak jednoznacznie, że go sam zamazał (nie muszę jego tekstu przekładać na polski, tak jest zrozumiały):

Syny sniegow, syny sławian,
Zacziem wy mużiestwiem upali?
Zacziem?… Pogibniet wasz tiran,
Kak wsje tirany pogibali!…

Do naszych dniej pri imieni swobody
Triepieszcziet wasze sierdce i kipit!…
Jest’ biednyj grad, tam widieli narody
Wsjo to, k czemu tiepier wasz duch lietit.

Potem Hercen, ten wywrotowiec bez czci i sumienia, napisze – „Moskwa ocaliła Rosję, zadusiwszy wszystko, co było w życiu ruskim wolnego”.

Dlatego to historycy, nie kto inny, historycy ze szkoły „państwowców” będą perswadowali rodakom, że receptą na wielkość i potęgę Rosji mogła być tylko władza silna, która nie wchodzi z obywatelami w żadne porozumienia. Wiem coś o tym. Moja pierwsza książka o prawdziwych narodzinach Rusi więcej wzbudziła zainteresowania w Polsce, niż w Rosji, zwłaszcza w tej oficjalnej, ciążącej ku tradycjom imperium. Ciepło odezwał się mój późniejszy przyjaciel, prof. Aleksander Lipatow, historyk kultury, umiejący określić przedział między „Rosją władzy” a upaństwowionym przez nią społeczeństwem; dostałem kilka listów od ludzi, którzy byliby radzi odzyskać dla Rosji inną przeszłość. Nie wszyscy odzywali się pełnym głosem, z przekonaniem o swojej słuszności. Niektóre głosy, przytłumione jakby, dochodziły spod ciężkiego brzemienia imperialnej świadomości. Albo też odzywał się w nich smutek Czaadajewa, najgłębszy pesymizm co do szczególnej drogi Rosji przez historię. Czasem znów okazywało się, że w umysłach najwybitniejszych nawet Rosjan po prostu Nowogrodu Wielkiego nie ma, bo z pamięci rosyjskiej wycięto integralną, i to prawdziwą część historii Rosji.

Ba, nasz wielki Czesław Miłosz w „Zniewolonym umyśle” napisał o Rosjanach, że to „naród, który nigdy nie umiał się rządzić nawet u siebie, i który, jak daleko sięgnąć w przeszłość, nigdy nie znał szczęścia i wolności”. Nigdy nie znał wolności! A przecie Miłosz na swój sposób kochał tę wielką, nieszczęsną Rosję z jej genialną literaturą i tragizmem losów… Teraz niby Nowogród Wielki jest już w rosyjskich podręcznikach szkolnych, ale rosyjska studentka, oddając polskiemu koledze mojego „Pana Nowogród Wielki”, nie kryła oburzenia! Obraziłem majestat, podważając oficjalną, moskiewską wersję narodzin Rosji.

Ta Atlantyda znikła i z horyzontu intelektualnej tradycji. Utonęła w „myśli rosyjskiej”. Z topieli słów nie wydobył jej świat intelektualny Zachodu. Wielu jego intelektualistów urzeka Rosja właśnie odrębna i odmienna, tym samym – tajemnicza, Sfinks z poematu Błoka „Scytowie”. Czar działa tym mocniej, im trudniej znaleźć w Rosji coś dającego się porównać z analogicznymi zjawiskami we własnej, europejskiej tradycji kulturowej. Ileż wyrozumiałej sympatii dla mentalności, uważanej za rosyjską, objawił był czeski jezuita, Tomasz Szpidlik, autor francuskiej „Myśli rosyjskiej”! Jego zdaniem, gdyby tę „myśl” trochę uporządkować, uchwycić jej logikę wśród słownego rozwichrzenia, mogłaby wręcz dopełnić spustoszoną duchowo cywilizację Europy Zachodniej.

Ojca Szpidlika urzekali anachoreci i zapomniani dziś „wyciszeni wewnętrznie” hezychaści, pogrążający się w modlitwie aż po ekstazę. Nie zauważał w głębiach duchowego przeżycia,  w pobożnej wielomówności, w powodzi słów co krok pisanych dużymi literami – ani egocentryzmu, ani – etnocentryzmu. Nie zauważał, że do boskości zbliżać miała sama Rosja. I to nie Rosja Czechowa i Sołżenicyna. Nie Rosja Nowogrodu Wielkiego. Rosja – samodzierżawia. To jej ma służyć prawosławie. Choć prawosławie na wschodnią Słowiańszczyznę przychodziło, co się tu ujawni, z misją zgoła inną.

Jeśli mitologizował Rosję wygnaniec lub inny Rosjanin odrzucony, zrozumiałe, że pociechy szukał w Rosji-Baśni. Ale i mój młodszy kolega polski, bardzo zdolny pisarz, syn polskiej, prawosławnej rodziny kresowej, zesłanej do łagrów, dostrzegał w dawnej Rosji, uśmierconej przez bolszewię, ową świętą Ruś, co to ją pierwszy zabijał europeizacją Piotr Wielki (!). Święta Ruś otwierała drogę do lepszego, bo łaskawszego Boga – prawosławie ze swoją, słowiańską podobno skłonnością do mistycyzmu, jedyne obiecuje w planie boskiego jutra apokatastazę, oczyszczenie, odnowienie wszystkiego, co istnieje, zatem zbawienie i dla Szatana. Nie wiem, gdzie mój młodszy kolega takie łaski dla Szatana wygrzebał, to akurat herezja Orygenesa; przed wiekami analizował ją i potępił Epifaniusz, jeden z Ojców Kościoła, zwłaszcza Wschodniego, który tu wystąpi w roli całkiem nieoczekiwanej, a wartej przypomnienia.

Wyjątkowość miała przenikać Ruś od jej chrztu niemal. W rzeczywistości wyjątkowym zjawiskiem był we wschodniej Europie właśnie Nowogród Wielki, reszta przyszłej Rosji i Rusi nie różniła się w swych wojnach i wzajemnych grabieżach od innych krajów Europy. Potem zaś to Moskwa ambitnych kniaziów przybierała, też stopniowo, na „wyjątkowości”. I musimy pogodzić się z przykrym odkryciem, że dopiero wiek XIX, wiek Imperium, zrodzi „myśl rosyjską”. Zwycięskie Imperium uwiedzie wielu rosyjskich intelektualistów. Największe umysły Rosji, miotając się między uniesieniami boskości a kompleksem zacofania, uwalniając się od niego, ulegały co rusz porywom świętej, narodowej pychy. Idea demokracji, zwłaszcza mocno kupieckiej, boskości skąpiła.

Nigdzie w kolejnych generacjach postacie tej miary nie produkowały mesjanistycznych przekazów „idei francuskiej”, „idei angielskiej” czy „amerykańskiej” – choć wiek XVIII na pewno był „wiekiem francuskim”, wiek XIX „angielskim”, zaś wiek XX – „amerykańskim”. A znowuż mesjanizm naszego Augusta Cieszkowskiego niósł całkiem odmienne przesłania – nasz mesjanista uczył zaradności i poczucia obowiązku, swoim francuskim czytelnikom wykładał podstawy długoterminowego kredytu hipotecznego, zaś pracownikom swego majątku zapewnił udział w zyskach.

Nie ma co oskarżać apostołów „idei rosyjskiej”. Wcale nie czuli się sługusami Imperium. Aleksy Chomiakow, ojciec „słowianofilstwa” i panslawizmu, zamożny ziemianin, były oficer gwardii carskiej, chciał, jak inni słowianofile, zniesienia poddaństwa, chciał wolności słowa i – ku zgorszeniu caratu – zwołania Soboru Ziemskiego, szlacheckiego parlamentu Rosji. Niemniej samodzierżawia obalać nie zamierzał. Przeciwnie, żywił iście czaadajewowskie poczucie tragizmu rosyjskiego losu, nie widział innego dla swej ojczyzny wariantu władzy. Jego zdaniem – zacytuję go za nieocenionym przyjacielem moim, Aleksandrem Lipatowem – „samodzierżawna monarchia rosyjska jest państwowością bezpaństwowego ludu”.

W Chomiakowa filozofii religii kryło się wyjątkowe przeznaczenie Rosji: to Bóg powołał naród wybrany do jego roli. Skoro katolicyzm wybrał jedność bez wolności, a reformacja – wolność bez jedności, to Cerkiew prawosławną, lud chrześcijański, cechować powinna „sobornost’”, czysta zespołowość, wolna, doskonała jednomyślność – przeciwstawiona zachodniej „asocjacyjności”, ludzkiej zdolności zrzeszania się. Proklamował to Chomiakow akurat wkrótce po tym, jak Charles Fourier uznał odkrycie tajemnicy zrzeszania się ludzi za swe największe, na dziejową miarę, osiągnięcie!

Nic tu nie mogło być jak gdzieindziej, a wszystko nad zdolność umysłów postronnych. Rówieśnik Chomiakowa, wielki poeta, przewrażliwiony liryk pesymista, ale były dyplomata carski i były cenzor, oczywiście słowianofil, czyli jeden z tych, co chcieli skupić wszystkich Słowian pod miłościwym patronatem carów, Fiodor Iwanowicz Tiutczew, głosił, przeniknąwszy tajnie istnienia, że „w Rosję można tylko wierzyć”. A ich Rosja nie wierzyła w Nowogród Wielki…

Stefan Bratkowski

Print Friendly, PDF & Email

4 komentarze

  1. elkaem 2012-07-16
  2. Długi Targ 2012-07-16
  3. elkaem 2012-07-17
  4. Nowogrodzki 2012-07-19
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com