16.09.2023
Sprawy aborcji i LGBTQ powinny stanowić tło niebudzące w Polakach kontrowersji, tak jak bywało najczęściej, najgęściej ponad dwa tysiące lat temu, gdy powstawały zręby religii dominującej na Zachodzie. Tymczasem, przed wyborami A.D 2023 są w koszyku zasadniczych tematów ćwiczeń z prania mózgów. Przykre, że tak jest, ale tłum wie przecież lepiej.
Za pośrednictwem pożytecznego serwisu theconversation.com wpadły w oko dociekania pani Melanie A. Howard z chrześcijańskiego Fresno Pacific University w Kalifornii. Pani profesor jest specem od Biblii, można więc założyć, że księgę przeczytała, czyni wiele by ją zrozumieć i zna jej treści co najmniej ponadprzeciętnie.

I właśnie na podstawie tej gruntownej znajomości twierdzi, że dzieło nic nie mówi o aborcji, choć źródła potwierdzają, że usuwanie ciąż było oczywiście praktykowane w czasach zwanych biblijnymi. Grecki lekarz Soranus (z Efezu, lecz praktykujący w Aleksandrii), prekursor położnictwa, ginekologii i pediatrii, autor traktatu o sztuce położniczej, zalecał w sprawie niechcianych ciąż posty, krwi upuszczanie, dynamiczne skoki i ciężarów noszenie. Jego rady i dziś brzmią logicznie, bo np. mniejsza porcja kalorii dla przyszłej matki, to i płód słabszy.
Również wtedy zdania były oczywiście podzielone: część medyków nie uznawała aborcji, inni ją dopuszczali, ale nie wtedy np., gdy miała ukryć zdradę małżeńską lub jej motywem było utrzymanie nienagannej kobiecej piękności. Nawiasem, tzw. aspekt demograficzno-polityczny odgrywał wtedy wielokrotnie większe znaczenie niż dzisiaj, gdy ręce do pługa i miecza nie są już tak cenne, a mimo to spędzanie płodu nie budziło tysiące lata wielkich emocji społecznych.
Biblia była zatem pisana w czasach gdy aborcja była znana i praktykowana, a jednak, wyłączając z argumentacji fundamentalne lecz ogólne frazy o wartości ludzkiego życia, czy słowa z Psalmu 139 o tym, że Bóg „utkał mnie w łonie mojej matki”, autorzy nie zabrali bardzo wyraźnego zdania w tej sprawie. Zwolennicy dopuszczalności aborcji odwoływać mogą się natomiast np. do Księgi Wyjścia, gdzie wczytać się można w wyraźną sugestię, że życie kobiety jest cenniejsze od płodu. Mowa mianowicie o tym, że gdy pobita kobieta poroni, ale nie odniesie innych szkód (przynajmniej tych widocznych gołym okiem – przyp. JC), to sprawcy poniosą karę finansową wyznaczoną przez sędziów. Gdyby jednak (pomijając poronienie) ucierpiała na ciele, sprawa ma się znacznie gorzej, bo wówczas „oko za oko, ząb za ząb, ręka za rękę, oparzenie za oparzenie (…) śmierć za śmierć”.
Prof. Howard przywołuje też rozdział piąty Ewangelii wg św. Marka, w którym niewiasta z chorobą kobiecą sprawiającą, że krwawi nieustannie od 12 lat, zdobywa się na rzekomo uzdrawiający dotyk szat Jezusa, choć żyła w czasach, gdy dotyk menstruującej kobiety był rodzajem rytualnego skażenia dotykanego. Krwawienie natychmiast ustępuje, chora zdrowieje. Jezus czuje jednak dotyk i nieco zagniewany woła: Kto się dotknął mojego płaszcza? Kobieta przyznaje się, a Jezus mówi jednak do niej: Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości! (5:25 -34). Nie mnie, ateuszowi z zerową wiedzą w kwestiach biblijnych wyrokować, co kto miał wówczas na myśli. Dopuszczam wszakże możliwość, że krwawienie mogło być skutkiem ubocznym poronienia lub aborcji, a Jezus puścił owo domniemanie mimo uszu.
Na koniec swej oszczędnej noty prof. Howard uznaje za naturalne, że chrześcijanie po obu stron linii podziału w sprawie aborcji próbują powoływać się na Biblię i teksty około biblijne, lecz powtarza, że choć były pisane w czasach, gdy aborcja była znana i dokonywana, to nie znajdzie w nich nikt i nigdzie bezpośredniego do niej odniesienia.
LBGTQ to domena innej pani profesor. Tina Chronopoulos pracuje na amerykańskim stanowym Binghampton i jest badaczem czasów starożytnych w basenie śródziemnomorskim. Zwraca m.in. uwagę, że Grecy mieli dwupłciowego boga/boginię o imieniu Hermafrodyt lub Hermafrodyta, czczonego/czczoną na Rodos, ale także w Attyce. Za wiele o tym kulcie nie wiadomo, ale zdaje się, że zwracano się do niej/niego w kłopotach z płodnością i z opieką nad dziećmi. Brzmi wiarygodnie, bowiem dziecko to jednak efekt intymnego złączenia dwóch płci, a tu mały stałe połącznie. Uznanie natomiast, że Hermafrodyt to dowód akceptowania transseksualności przez (część) starożytnych Greków, byłoby nadkalibrowym nadużyciem, ale że nie dziwili się „takiemu czemuś”, jak powiedzieć mógłby ks. Dariusz Oko, założyć można, nie robiąc być może błędu.

W starożytności nie uznano za konieczne posługiwanie się konceptem homoseksualizmu. Nowożytne odchylenie było zjawiskiem przezroczystym, na tyle częstym, że nie wymagającym wyróżniania. Męska elita ateńska spełniała obowiązki małżeńskie wobec swych żon, a równolegle dogadzała sobie dokazując seksualnie z jurnymi (najchętniej) młodzieńcami. Jednak wiedzieć też trzeba, że Ateńczyk utrzymujący wyłącznie relacje homoseksualne i homoerotyczne bywał przedmiotem drwin i kpin towarzystwa.
„Koronnych dowodów obeznania i (być może) sympatyzowania starożytnych Greków z „lesbijstwem” dostarcza osoba poetki Safony z wyspy Lesbos żyjącej na przełomie VII i VI wieku p.n.e. Są doniesienia o jej rzekomym lub prawdziwym (kto to wie?) małżeństwie, ale dzięki gorącym uczuciom jakimi darzyła dziewczęta będące pod jej opieką i które to uczucia ubierała w słowa swoich liryk, od miejsca jej narodzin i bytowania mamy dziś słowo na związki homoseksualne i homoerotyczne kobiet.
Rzecz oczywista, tematyka homo- pociągała także innych starożytnych mistrzów słowa. Taki na przykład Lucjan (Lukian) z Samosaty żyjący 1900 lat temu, znany (niepowszechnie) jako twórca satyry społecznej. Nikt go dziś nie czyta, zapewne przede wszystkim z braku czasu, a warto by było. Dla takich jego epigramów, na ten – jak to mówią – przykład.
-Jeśli jesteś skwapliwy w jedzeniu, a opieszały w bieganiu, jedzże nogami, a biegaj ustami.
– Jeśli zobaczysz łysą głowę, piersi, barki, nie zadawaj głupich pytań: widzisz głupiego łysonia – wyzłośliwiał się złośliwiec syryjskiego pochodzenia.
W jednym z „dialogów” (tu forma literacka) Lucjana ówczesna pracownica seksualna opowiada przyjacielowi o przypadku jaki miała z dwoma innymi kobietami, z których jedna opisywała sama siebie jako „całkiem jakby mężczyznę”. Z dialogu „Rozmowy Heter” dowiedzieć się z kolei można o trybadyzmie, a więc seks niekonwencjonalny nie był tabu, choć z drugiej strony to „tylko” literatura, z trzeciej wszakże strony była to twórczość poczytna i niepokątna.
Jako naukowiec, pani profesor Chronopoulos mówi także o drugiej stronie medalu. W IV wieku n.e. grzmiał był na lud i ku swej zgubie także na władców arcybiskup Konstantynopola Jan Chryzostom, zwany także Janem Złotoustym. Pomstował m.in. na homoseksualistów, piętnując ich jako (uwaga) przestępców, chorych umysłowo, ludzi opętanych przez diabła. Grzmiał, bo nieustraszonym był obrońcą ortodoksyjnej moralności, chociaż rodzi się pytanie, czy np. związki homoseksualne były naonczas wbrew ortodoksji oznaczającej m.in. ścisłą wierność dogmatowi, jedynie słusznej doktrynie? Złotousty wyszedł źle na swej nieustępliwości. Cesarzowa Eudoksja, żona cesarza Arkadiusza doprowadziła w 403 r. do synodu „pod dębem”, podczas którego biskupi pozbawili Jana urzędu i zesłali. W drodze do miejsca wygnania wziął i umarł. Podobno z wycieńczenia, choć zapewne także ze zgryzoty w obliczu zepsucia świata.
Nazbyt skorym do brania się dziś do ziemskich spraw naprawy dodam od siebie ku przestrodze, że zepsucie jest stanem świata permanentnym, a także w pełni naturalnym, bo to co powstało musi kiedyś sczeznąć i zaniknąć, dając wreszcie całej reszcie, o ile taka istnieje, wielką, co ja piszę, przeogromną ulgę. Jest oczywiście wiele szczegółowych niewiadomych, np. który rodzaj zepsucia będzie w obecnej fazie dochodzenia do zniszczenia skuteczniejszy? Ten moralno-seksualny, klimatyczny, wojenny, jakiś jeszcze inny?
Jan Cipiur

Powyższa wypowiedź spełnia walory prawdy, która mnie przekonuje, zaś jako ojciec dzieciom i mąż żonie mam, jak mi się wydaje, małe conieco do dodania. To czego brak w języku polskim i w pozostałych językach, to określenia osób niebinarnych. Może moja propozycja jest nietrafna, ale nie ubliża i może być szczególnie przydatna w dyplomacji. Bo jak nazwać osobę towarzyszącą osobie piastującej najwyższy urząd z takiego związku? Proponuję ( na koszt mitów greckich ) tytułowanie: HESTIA i HESTOR ( osoby „ogarniające” prywatność). Z rozwinięciem tego pomysłu językoznawcy nie powinni mieć już problemu ,….