Andrzej C. Leszczyński: Po roku

2016-12-27.

Mam sposobność wyrażania tu swoich poglądów zaledwie od roku, nie będę się więc wymądrzał i bawił w uogólnienia. Muszę zresztą wyznać, że większość mych wypowiedzi brała się po prostu z potrzeby ulżenia sobie (dixi et salvavi animam meam), z chęci nazwania rzeczy po imieniu i wyrzucenia z siebie niedobrych emocji.

Od jakiegoś czasu chodzi mi jednak po głowie myśl, że zamiast wymieniać się tymi samymi wciąż „odkryciami” (mówienie np. o społecznych podziałach jest już czystym banałem, za to potwierdza i utrwala same te podziały: słowa nie tylko „mówią”, lecz także „czynią”), zamiast umacniać się w swych opiniach i pozwalać na przyprawianie sobie „gęby” przez politycznych wandali, byłoby lepiej skupić się na czymś innym, własnym. Na robocie intelektualnej obejmującej rzeczy nie wynikające wprost z istnienia obecnej władzy.

Chodzi mi o to, by zapomnieć o Kaczyńskim. Ominąć go. Zignorować jego istnienie. Nie godzić się na to, by ta złowroga i komiczna figura zaprzątała niezmiennie uwagę. By stawał się bohaterem publicznych i prywatnych wypowiedzi, i by wzmacnianą w ten sposób obecnością odciskał piętno na rzeczywistości społecznej. Przypuszczam, że skupianie na sobie uwagi – nieważne nawet, wrogiej czy życzliwej – jest mu potrzebne psychologicznie i stanowi impuls do rozgrywania kolejnych partii politycznych warcabów (do szachów nie dorósł).

Z dawnych zajęć z logiki pamiętam o dwóch rodzajach przeciwieństw: kontradyktorycznych i kontraryjnych. Pierwsze opierają się na sprzeczności zupełnej: [A] – [nie-A], drugie na wyłączaniu: [A] – [B]. Praktyczny problem polega na tym, że dychotomiczna, oparta na całkowitym zaprzeczeniu odmienność kontradyktoryczna, ma charakter odmienności pozornej. Zwrot o sto osiemdziesiąt stopni oznacza pozostawanie na tej samej drodze myślowej, używanie tego samego języka, poruszanie tych samych kwestii itp. [A] i [nie-A] to zawsze [A], co teraz znaczy: zawsze Kaczyński. Szkoda na to czasu.

O trwających od roku pisowskich rządach powiedziano wystarczająco wiele. Ta partia pokazała wszystko, na co ją stać, wyjawiła swą bolszewicką gramatykę polityczną. Teraz może już tylko przykręcać lub odkręcać śruby w zainstalowanych bądź czekających na zainstalowanie narzędziach. Pisowskie osiągnięcia skrupulatnie wyliczył w „Wyborczej” Piotr Stasiński. Wskazywał m.in. na dewastację ustroju państwa  (łamanie Konstytucji, zniszczenie TK, likwidacja niezależności prokuratury, kneblowanie opozycji sejmowej przez karną maszynkę do głosowania, personalne czystki w państwowych instytucjach) oraz na pozbawienie obywateli podstawowych w demokracji praw (inwigilacja policyjna, ograniczenie wolności słowa i zgromadzeń, podporządkowanie organizacji pozarządowych). Do tego dochodzą takie zjawiska, jak paranoja smoleńska, fałszowanie historii, odwrót od Europy i reguł zachodniej cywilizacji, zastąpienie informacji propagandą, demolowanie szkolnictwa, demolowanie struktur wojskowych, wzmacnianie postaw narodowo-klerykalnych i ksenofobicznych, niszczenie przyrody itd., itp.

Wszystkie te, ewidentne przecież, zjawiska nie mogą obudzić sumień czy choćby krytycznej samowiedzy marionetek poruszanych przez Kaczyńskiego (ostatnie wypowiedzi Kazimierza Michała Ujazdowskiego stanowią wyjątek potwierdzający regułę). Zamiast więc powtarzać to, co i tak wiadomo, warto zająć się sobą – powinnościami i możliwościami przynależnymi szeroko pojętej opozycji antypisowskiej. Zgodnie z dawną radą Wojciecha Młynarskiego – warto robić swoje. Znaczy to, że wiążącą z przeciwnikiem kontradyktorię (zwrot o 180°) trzeba zastąpić uwalniającą od niego kontrarią (zwrot o 90°). Tworzyć szkice programów, spierać się o wartości, pokazywać społeczne możliwości i sposoby ich realizowania. A poza tym zajmować się także problemami odległymi od politycznego młyna (sam odczuwam szczególną ulgę czytając w SO teksty Andrzeja Lewandowskiego o sporcie, czy przepisy kulinarne Aliny). W taki sposób zawiązuje się społeczna siatka trwalsza od bieżących porozumień, opartych na identyfikacji wspólnego przeciwnika.

Marcin Król mówił w świątecznym „Newsweeku”, że trzeba „już teraz przygotować się na nadejście czasów, kiedy otworzą się nowe możliwości. Trzeba ludziom coś zaoferować, aby w odpowiedniej chwili mieli się czego złapać”. Chodzi mu, jak widać, o programy partii pozostających dziś w opozycji – parlamentarnej i pozasejmowej.

Rzetelna przyjaźń, pisał La Rochefoucauld, nie polega na ukazywaniu swoich błędów przyjacielowi, lecz na odkrywaniu mu jego własnych. Myślę, że w imię przyjaźni – niechby oznaczała tylko pragmatyczne wsparcie polityczne – należy pokazywać takim partiom, jak Nowoczesna i PO, to, czego same nie potrafią, pewnie też nie chcą zobaczyć. Domagać się pracy na rzecz dobra wspólnego, nie zaś własnych ambicji. Żądać, by powiedzieli coś więcej o swoich zamiarach i programach dotyczących takich spraw, jak służba zdrowia, podatki, ochrona środowiska (węgiel!) czy sposób pojmowania sprawiedliwości społecznej. Mają na to niecałe trzy lata. Niech więc nie powtarzają wciąż, jaki to PiS obrzydliwy (owszem, jest, ale to już wiemy). Niech nie czekają z nadzieją na zapaść pisowskiej gospodarki. Niech nie ograniczają się do działań symbolicznych (udział w manifestacjach ulicznych, okupacja sali sejmowej), lub do zapowiedzi, kogo i za co postawią kiedyś przed sądem. Bo nikogo w ten sposób nie postawią, może poza sobą.

Wiele książek napisano na temat motywów, z których biorą się wybory i decyzje społeczne. Zazwyczaj decyzje te nie wynikają z myślowych analiz, ale z bezpośrednich doświadczeń życiowych, także z rozpaczy bądź nienawiści. (Logos [myśl] i ergon [czyn] w ogóle pozostają najczęściej w opozycji, o jakiej mówi w znanym monologu Hamlet: „A naszym ważkim i szczytnym zamiarom refleksja plącze szyki, zanim któryś zdąży przerodzić się w czyn”). W takich właśnie chwilach, gdy ważą się decyzje, silna jest potrzeba, by – jak mówi Marcin Król – „mieć się czego złapać”.

Widać dziś jasno, że większość polskich wyborców nie ulega podniosłym tyradom wypowiadanym przez największe nawet legendy bohaterskich czasów. Przemawia do nich wyrażony w ludzkim języku program zamierzeń i rejestr celów. Wzięci in gremio nie biorą pod uwagę tego, co mówią i piszą publicyści i eksperci (nie znają na przykład tekstów i polemik publikowanych w SO). Wszystkie te głosy powinny być jednak brane pod uwagę przez polityków, jeśli mają dość rozumu i jeśli chcą sformułować czytelną oraz wiarygodną ofertę polityczną.

Andrzej C. Leszczyński

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.2/10 (25 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +36 (from 38 votes)
Andrzej C. Leszczyński: Po roku, 9.2 out of 10 based on 25 ratings

33 komentarze

  1. j.Luk 2016-12-27
    • Konteksty 2016-12-27
  2. Zbyszek123 2016-12-27
    • Konteksty 2016-12-27
    • acleszcz 2016-12-28
      • j.Luk 2016-12-28
        • acleszcz 2016-12-28
      • Pat 2017-01-03
  3. Ernest Skalski 2016-12-27
    • Konteksty 2016-12-29
    • jacekm 2016-12-29
  4. Konteksty 2016-12-27
  5. narciarz2 2016-12-27
  6. PIRS 2016-12-28
  7. jureg 2016-12-28
  8. hazelhard 2016-12-28
  9. Magog 2016-12-28
    • j.Luk 2016-12-28
      • Magog 2016-12-28
        • j.Luk 2016-12-28
  10. Stary outsider 2016-12-28
  11. Magog 2016-12-29
  12. komorowski 2016-12-29
    • Konteksty 2016-12-29
  13. Konteksty 2016-12-29
    • BM 2016-12-29
      • Konteksty 2016-12-30
        • BM 2016-12-30
        • Konteksty 2016-12-30
        • BM 2017-01-01
  14. narciarz2 2016-12-29
  15. jmp eip 2016-12-30
  16. Konteksty 2016-12-30