Mam sposobność wyrażania tu swoich poglądów zaledwie od roku, nie będę się więc wymądrzał i bawił w uogólnienia. Muszę zresztą wyznać, że większość mych wypowiedzi brała się po prostu z potrzeby ulżenia sobie (dixi et salvavi animam meam), z chęci nazwania rzeczy po imieniu i wyrzucenia z siebie niedobrych emocji.
Od jakiegoś czasu chodzi mi jednak po głowie myśl, że zamiast wymieniać się tymi samymi wciąż „odkryciami” (mówienie np. o społecznych podziałach jest już czystym banałem, za to potwierdza i utrwala same te podziały: słowa nie tylko „mówią”, lecz także „czynią”), zamiast umacniać się w swych opiniach i pozwalać na przyprawianie sobie „gęby” przez politycznych wandali, byłoby lepiej skupić się na czymś innym, własnym. Na robocie intelektualnej obejmującej rzeczy nie wynikające wprost z istnienia obecnej władzy.
Chodzi mi o to, by zapomnieć o Kaczyńskim. Ominąć go. Zignorować jego istnienie. Nie godzić się na to, by ta złowroga i komiczna figura zaprzątała niezmiennie uwagę. By stawał się bohaterem publicznych i prywatnych wypowiedzi, i by wzmacnianą w ten sposób obecnością odciskał piętno na rzeczywistości społecznej. Przypuszczam, że skupianie na sobie uwagi – nieważne nawet, wrogiej czy życzliwej – jest mu potrzebne psychologicznie i stanowi impuls do rozgrywania kolejnych partii politycznych warcabów (do szachów nie dorósł).
Z dawnych zajęć z logiki pamiętam o dwóch rodzajach przeciwieństw: kontradyktorycznych i kontraryjnych. Pierwsze opierają się na sprzeczności zupełnej: [A] – [nie-A], drugie na wyłączaniu: [A] – [B]. Praktyczny problem polega na tym, że dychotomiczna, oparta na całkowitym zaprzeczeniu odmienność kontradyktoryczna, ma charakter odmienności pozornej. Zwrot o sto osiemdziesiąt stopni oznacza pozostawanie na tej samej drodze myślowej, używanie tego samego języka, poruszanie tych samych kwestii itp. [A] i [nie-A] to zawsze [A], co teraz znaczy: zawsze Kaczyński. Szkoda na to czasu.
O trwających od roku pisowskich rządach powiedziano wystarczająco wiele. Ta partia pokazała wszystko, na co ją stać, wyjawiła swą bolszewicką gramatykę polityczną. Teraz może już tylko przykręcać lub odkręcać śruby w zainstalowanych bądź czekających na zainstalowanie narzędziach. Pisowskie osiągnięcia skrupulatnie wyliczył w „Wyborczej” Piotr Stasiński. Wskazywał m.in. na dewastację ustroju państwa (łamanie Konstytucji, zniszczenie TK, likwidacja niezależności prokuratury, kneblowanie opozycji sejmowej przez karną maszynkę do głosowania, personalne czystki w państwowych instytucjach) oraz na pozbawienie obywateli podstawowych w demokracji praw (inwigilacja policyjna, ograniczenie wolności słowa i zgromadzeń, podporządkowanie organizacji pozarządowych). Do tego dochodzą takie zjawiska, jak paranoja smoleńska, fałszowanie historii, odwrót od Europy i reguł zachodniej cywilizacji, zastąpienie informacji propagandą, demolowanie szkolnictwa, demolowanie struktur wojskowych, wzmacnianie postaw narodowo-klerykalnych i ksenofobicznych, niszczenie przyrody itd., itp.
Wszystkie te, ewidentne przecież, zjawiska nie mogą obudzić sumień czy choćby krytycznej samowiedzy marionetek poruszanych przez Kaczyńskiego (ostatnie wypowiedzi Kazimierza Michała Ujazdowskiego stanowią wyjątek potwierdzający regułę). Zamiast więc powtarzać to, co i tak wiadomo, warto zająć się sobą – powinnościami i możliwościami przynależnymi szeroko pojętej opozycji antypisowskiej. Zgodnie z dawną radą Wojciecha Młynarskiego – warto robić swoje. Znaczy to, że wiążącą z przeciwnikiem kontradyktorię (zwrot o 180°) trzeba zastąpić uwalniającą od niego kontrarią (zwrot o 90°). Tworzyć szkice programów, spierać się o wartości, pokazywać społeczne możliwości i sposoby ich realizowania. A poza tym zajmować się także problemami odległymi od politycznego młyna (sam odczuwam szczególną ulgę czytając w SO teksty Andrzeja Lewandowskiego o sporcie, czy przepisy kulinarne Aliny). W taki sposób zawiązuje się społeczna siatka trwalsza od bieżących porozumień, opartych na identyfikacji wspólnego przeciwnika.
Marcin Król mówił w świątecznym „Newsweeku”, że trzeba „już teraz przygotować się na nadejście czasów, kiedy otworzą się nowe możliwości. Trzeba ludziom coś zaoferować, aby w odpowiedniej chwili mieli się czego złapać”. Chodzi mu, jak widać, o programy partii pozostających dziś w opozycji – parlamentarnej i pozasejmowej.
Rzetelna przyjaźń, pisał La Rochefoucauld, nie polega na ukazywaniu swoich błędów przyjacielowi, lecz na odkrywaniu mu jego własnych. Myślę, że w imię przyjaźni – niechby oznaczała tylko pragmatyczne wsparcie polityczne – należy pokazywać takim partiom, jak Nowoczesna i PO, to, czego same nie potrafią, pewnie też nie chcą zobaczyć. Domagać się pracy na rzecz dobra wspólnego, nie zaś własnych ambicji. Żądać, by powiedzieli coś więcej o swoich zamiarach i programach dotyczących takich spraw, jak służba zdrowia, podatki, ochrona środowiska (węgiel!) czy sposób pojmowania sprawiedliwości społecznej. Mają na to niecałe trzy lata. Niech więc nie powtarzają wciąż, jaki to PiS obrzydliwy (owszem, jest, ale to już wiemy). Niech nie czekają z nadzieją na zapaść pisowskiej gospodarki. Niech nie ograniczają się do działań symbolicznych (udział w manifestacjach ulicznych, okupacja sali sejmowej), lub do zapowiedzi, kogo i za co postawią kiedyś przed sądem. Bo nikogo w ten sposób nie postawią, może poza sobą.
Wiele książek napisano na temat motywów, z których biorą się wybory i decyzje społeczne. Zazwyczaj decyzje te nie wynikają z myślowych analiz, ale z bezpośrednich doświadczeń życiowych, także z rozpaczy bądź nienawiści. (Logos [myśl] i ergon [czyn] w ogóle pozostają najczęściej w opozycji, o jakiej mówi w znanym monologu Hamlet: „A naszym ważkim i szczytnym zamiarom refleksja plącze szyki, zanim któryś zdąży przerodzić się w czyn”). W takich właśnie chwilach, gdy ważą się decyzje, silna jest potrzeba, by – jak mówi Marcin Król – „mieć się czego złapać”.
Widać dziś jasno, że większość polskich wyborców nie ulega podniosłym tyradom wypowiadanym przez największe nawet legendy bohaterskich czasów. Przemawia do nich wyrażony w ludzkim języku program zamierzeń i rejestr celów. Wzięci in gremio nie biorą pod uwagę tego, co mówią i piszą publicyści i eksperci (nie znają na przykład tekstów i polemik publikowanych w SO). Wszystkie te głosy powinny być jednak brane pod uwagę przez polityków, jeśli mają dość rozumu i jeśli chcą sformułować czytelną oraz wiarygodną ofertę polityczną.
Andrzej C. Leszczyński



Mam wątpliwości czy nie zmoknę ignorując deszcz. Ale może warto spróbować.
Póki co warto przeczytać komentarze pod tym doniesieniem. Nomen omen.
http://wiadomosci.onet.pl/swiat/usa-polonijna-organizacja-popiera-polski-rzad-i-ostrzega-przed-kod-em/wpbhslp
Autor nie namawia do tego, by ignorować deszcz, podpowiada, żeby przestać się na nim skupiać.
Pada. Odgradzam się od deszczu (JK) parasolem – deszcz nie ma do mnie dostępu, ja nie moknę, nie widzę deszczu, robię to, co mam do zrobienia. I sprawdzam prognozę pogody, żeby wiedzieć, czy nosić parasol.
Deszcz to dobra metafora. Znam osoby, którym potrafi zatruć cały dzień, nie potrafią skoncentrować się na niczym innym niż deszcz. I teraz jest podobnie. Wielu ludzi (ja też) pozwalamy się wodzić deszczowi za nos. Może lepiej zacząć planować, co zrobimy, kiedy wreszcie przestanie padać.
Można, przywołując kategorie logicznego rozumowania, uzasadniać potrzebę negacji Jarkacza, można ale będzie to raczej przypominało zachowania znane jako zachowania strusia – głowa w piach ale kuper do góry (nie wiem czy te zachowania przypisywane strusiom są prawdziwe ale w jako argument w dyskusjach pomiędzy ludźmi występują często)
Możemy ignorować rzeczywistość ale nie przestaje ona istnieć i być groźna.
Myślę, że autor, jak zawsze szlachetny i subtelny w doborze argumentów i cytatów, nie zna takiej, przypisywanej chyba żelaznemu kanclerzowi z pruskiej krainy sentencji – dwóch rzeczy nie należy pokazywać ludziom – tego jak się robi kiełbasę i jak się robi politykę.
A tak w ogóle to tekst świetny, jak zawsze u tego autora
Ja odczytuję intencję autora inaczej. Nie mówi do tych, którzy robią politykę, tylko do tych, którzy muszą z nią żyć. Skupiając się na JK wzmacniamy go i utrwalamy. Kiedy zajmuje nasze myśli, zatruwa serce, osłabia nas. Najlepszą bronią jest odebranie aktorowi uwagi. Proszę sobie wyobrazić co się stanie jeśli publiczność teatru odwróci się tyłem do aktorów. Stracą moc.
Mój komentarz w poczekalni i tu:
https://www.facebook.com/notes/konteksty/r%C3%B3bmy-swoje/1739432832972953
Kurtka z kapturem zamiast parasola. Pozwala pracować w deszczu, a nie czekać, aż przejdzie, bo prędko nie przejdzie…
Ma Pan rację, tylko aby pracować trzeba mieć z kim. I tak dochodzimy do jakości klasy politycznej RP. Tego rodzaju apele były już tutaj kilkakrotnie, sam ze dwa razy proponowałem konkretne działania na przyszłość. I wie Pan co? Nie było chętnych. Ani tu ani gdzie indziej. Ani propozycja nowej ordynacji wyborczej, ani nowego kształtu senatu, zabezpieczające nas na przyszłość nie zainteresowały nikogo. Jak Pan myśli: dlaczego? Oczywiście poza możliwością, że pomysły były głupie.
https://studioopinii.pl/jerzy-lukaszewski-cztery-szariki-i-senat/
Co zaś do „robić swoje” to akurat mam obawy, że to też nie będzie takie proste. Obawiam się, że w styczniu to przećwiczę i może się okazać, że to wcale nie jest już „moje” 🙂
Nie znałem tego tekstu, dziękuję. Cóż, w tej kwestii podzielam Pański pesymizm…
A tu dowód, że nasze skupianie się na Naczelniku robi mu dobrze
sondaże obecności w mediach
http://www.parlamentarny.pl/spoleczenstwo/partie-polityczne-w-mediach-prawo-i-sprawiedliwosc-liderem,19337.html
Nic nie daje zamykanie oczy na rzeczywistość. I w dodatku się nie udaje. W czasie trzęsienia ziemi nie czas na dyskutowanie o konstrukcjach antysejsmicznych.
Kaczyński nam konstruuje rzeczywistość i jeśli chcemy zrobić z nią coś sensownego, trzeba mu to uniemożliwić. Nie trzeba obalać, zabijać, sądzić i skazywać. Wygrać wybory i niech będzie znowu liderem pozostającej w mniejszości opozycji.
Tylko tyle i aż tyle. Jak na razie udaje się go jedynie zirytować. Nie mamy pomysłu jak nie dopuścić do korzystnej dla niego zmiany ordynacji wyborczej, a mamy się skupiać nad wizją wspaniałej przyszłości po Kaczyńskim, bardzo różną w różnych częściach opozycji. Nie wiemy kiedy odejdzie, jakie zgliszcza po sobie zostawi. Co trzeba będzie robić w pierwszej i drugiej kolejności.
A straci władzę nie wtedy kiedy naród pociągnie jakaś wizja szczęśliwej przyszłości bez niego. Wizja, która nigdy nie będzie wspólna i która mało kogo spoza klasy politycznej będzie obchodzić. Odejdzie kiedy ludzie centrum, ci decydujący o wyniku wyborów, zdadzą sobie sprawę, że przy Kaczyńskim nie idzie wytrzymać. Trzeba myśleć jak im to zrozumienie ułatwić, a nie uciekać od zgrzebnych realiów w przyjemną ułudę prac nad konstruowaniem nierealnej rzeczywistości.
„Nie mamy pomysłu jak nie dopuścić do korzystnej dla niego(JK) zmiany ordynacji wyborczej … A straci władzę … kiedy ludzie centrum, … zdadzą sobie sprawę, że przy Kaczyńskim nie idzie wytrzymać.”
A oni się urządzają.
Tzn. Jedni mają związane ręce, a drudzy nie interesują się polityką.
Paradoksalnie kapitalizm i gospodarka rynkowa jest doskonałym kneblem. Ludzie dorabiali się przez 25 lat, teraz ich dzieci mają kredyty i jak tu się wychylać?
Ten komentarz jest w poczekalni (źle zaadresowany).
Na dzien dzisiejszy ( widzac sile opozycji , a raczej jej bezsilnosc …) od Kaczynskiego wyzwolic nas moze tylko : 1. Mocne tapniecie gospodarki , a co za tym idzie zalamanie sie poparcia dla PIS …. 2. Smierc Kaczynskiego . Jesli Kaczynskiemu jakims cudem uda sie uniknac zalamania gospodarki , to z poparciem Kosciola moze swobodnie rzadzic do swej smierci…Oczywiscie wielka niewiadoma jest sytuacja miedzynarodowa wokol PL w przyszlosci ….Najbardziej pesymistyczny scenariusz to rozpad UE …i jej podzial ;tzn kraje Europy srodkowo wschodniej wracaja w do rosyjskiej strefy wplywow …O co walcza Putin z Orbanem . Mozliwa jest rowniez nowa Jalta Trump – Putin , ktorzy dziela sie na nowo strefa wplywow…Jestem przekonany ze polski KRK bez problemu zamieni UE na Unie z Rosja ….
„zamiast umacniać się w swych opiniach i pozwalać na przyprawianie sobie „gęby” … lepiej skupić się na czymś innym, własnym.
Chodzi mi o to, by zapomnieć o Kaczyńskim. Ominąć go. Zignorować jego istnienie.”
„Mówienie np. o społecznych podziałach jest już czystym banałem, za to potwierdza i utrwala same te podziały: słowa nie tylko „mówią”, lecz także „czynią” – „dobór słów kształtuje ludzkie przeznaczenie” Anthony Robbins. „Na poczatku było Słowo”. Taki link w tym miejscu to duże ryzyko, trudno 😉 ale zaryzykuję:
http://zwierciadlo.pl/psychologia/zrozumiec-siebie/jak-mowisz-tak-masz-slowa-wplywaja-na-zycie
Zamiast więc powtarzać to, co i tak wiadomo, warto zająć się sobą – powinnościam