Andrzej Lewandowski: Cztery w jednym

Print Friendly, PDF & Email

2018-01-07.

ECHA WYDARZEŃ: Cztery – to suma zwycięstw w Konkursie Czterech Skoczni. „ W jednym” – to nawiązanie do Kamila Stocha, arcysolisty oraz dyrygenta. Wydarzenie w sporcie historyczne, nie znajduję wystarczających słów do pełnego opisania wrażeń oraz przekazania gratulacji.

Wygrał, jak chciał; bardzo chciał, więc wygrał. Długość skoków, elegancja stylu; takie opanowanie siebie, że ryzyko przeszło do tła, które nic nie znaczyło, a przecież mogło życie skomplikować, gdyby nerwy napięło. Jak wtedy, gdy długo czerwony sygnał zabraniał skoku, co musiało nieść jakiś stres. Albo – w ostatnim skoku ostatniego konkursu – decyzja, by skakać z niższego punktu niż rywale, co wprawdzie z jednej strony oznaczało większą premię punktową, z drugiej jednak ryzyko – da się tak daleko, jak trzeba? Pan Kamil ma klasę – zarówno w skakaniu jak w kalkulacji ryzyka oraz mądrości. Tak „grają” tylko arcymistrzowie sportu; łącząc pokorę z pewnością siebie…

Wyznam, że się trochę obawiałem. Nie tego, że konkursu nie wygra – bo zwycięstwa byłem pewien przed ostatnią próbą; ale że w pięknym serialu może się zdarzyć potknięcie za cenę raz niższego miejsca na podium. Nadzieje media i TVP w roli głównej tak wywindowały i nas wszystkich podnieciły, że pewnie byśmy się – tu przesadzę – zapłakali, gdyby w ostatniej próbie nie było prymatu. Ale tak to jest z apetytem oraz za tęsknotami kibicowania.

A że dla zawodnika to dodatkowy stres i presja? Nie dla Pana Kamila. Jak kiedyś nie dla dyrektora Adama Małysza. Który – przypomnę – zawsze twardo głosił, że celem nie musi być zwycięstwo, lecz dwa bardzo dobre skoki w konkursie; a pan Stoch twórczo tę myśl rozwija… I osobiście ( podobnie jak trener) mówi, że skoki, które nas tak urzekały, a rywali zostawiły w pobitym polu wcale idealne nie były…

Dalej? Jaskółka przybrała postać orła, ale zachowajmy umiar. Jest sukces, lecz nie daje on gwarancji, że w mistrzostwach świata czy igrzyskach olimpijskich musi być tak samo. Może, ale nie musi. Co piszę, jednak wierząc, że ten mistrz, i ta drużyna jeszcze sprawią, że ręce nas zabolą od bicia braw.

A w ogóle to dzięki skakaniu zima bezśnieżna już sportowo nam się pokazała z dobrej strony. Ciekawe wydaję się też dyskusje o skakaniu, które gdzieś się tam wciąż toczą. Jak np. wypowiedź norweskiego profesora, który zareagował na eksperymenty z ubiorem „dającym metry” oraz wywołał kontrole na miarę lotniskowych słowami, że najlepiej dla obiektywizmu, by skakali… na golasa. Potem dorzucił, że jednak zgoda na slipy, w obronie obyczaju…

Ktoś inny głosi, że absurdem zaczyna być wymaganie tzw. telemarku przy lądowaniu. Że to coś w rodzaju ukłonu w stronę sędziów, a przecież nie chodzi o wyrażania szacunku dla punktujących, lecz żeby pokonać najwięcej metrów z centymetrami… Oczywiście, bez upadku…

…ROK 2018 – ROKIEM ALEKSEGO ANTKIEWICZA

Uchwałą Polskiego Związku Bokserskiego sezon 2018 r. uznany został ROKIEM ALEKSEGO ANTKIEWICZA – pierwszego po wojnie polskiego medalisty olimpijskiego.

Boksu olimpijskiego na miarę wymagań igrzysk nie mamy od czasu brązowego medalu (brąz) Wojciecha Bartnika, z Barcelony, ale pamięć o tym, że kiedyś ten sport w polskim wydaniu błyszczał – trzeba kultywować. Pan Aleksy zdobył pierwszy po wojnie medal olimpijski. Brązowy: Londyn – 1948. Po czterech latach jeszcze srebrny.

Kończył karierę brązem w warszawskich mistrzostwach Europy – 1953. Stoczył 250 walk, z których 215 wygrał, 8 zremisował i 27 przegrał, potem był uznanym trenerem. Dziś mógłby mieć kłopoty emerytalne, jako oficer MO, ale miałby jednak emeryturę dla medalistów olimpijskich. Nazywano go „Bombardierem z Wybrzeża”…

Słupskie rondo u zbiegu ulic Kaszubskiej, Madalińskiego i Kościuszki od 2005 roku nosi imię Aleksego Antkiewicza.

Jest sygnał alarmowy.

„Pływalnia jak marzenie – tak było 25 lat temu. Pierwszy w Polsce aquapark i pierwsza tak wielka zjeżdżalnia były powodami do dumy i to nie tylko w Lesznie. Dzisiaj aquapark „Akwawit” jest nieczynny. Powód? Właściciele pływalni nie dogadali się z władzami miasta”.

Byłem, widziałem, podziwiałem, zazdrościłem. Dziś głośno uczestniczę w alarmie. Coś jak z tymi „orlikami”, którymi często nie ma się kto zająć – dla modernizacji, remontów, wykorzystania itd.? Żal serce ściska…

Andrzej Lewandowski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)