W jednym z wystąpień okraszających nudną w sumie kampanię prezydencką, kandydat na cztery litery (podpowiedź: pierwsza to „d”, ale nie to co myślisz, nie nie) użalał się nad losem polskich emigrantów, obiecując oczywiście pomoc w powrocie do Ojczyzny.
Z braku czasu zapewne nie zdążył ich zapytać, czy aby oni wszyscy chcą tego powrotu i to na dodatek w sytuacji, gdy on obejmie najwyższy urząd w państwie. Szczegół zupełnie nieistotny, ponieważ kandydat reprezentuje partię, która zwyczajem z epoki słusznie minionej i tak wie wszystko lepiej.
Pisałem kiedyś o historii polskiej emigracji i pewnie nie wracałbym do tego tematu, gdyby nie zwiększony wysyp tych użalających się osób i to nad tym, że Polacy korzystają z nabytego po ’89 roku prawa do swobodnego przemieszczania się, z różnych powodów.
Nie są wcale tematem do żartów wypowiedzi prominentnych działaczy partyjnych, którzy najwyraźniej tęsknią do czasów, gdy zdobycie paszportu przez szarego obywatela wymagało cyrkowej ekwilibrystyki i o każdym takim cudzie decydowali „oni”. Najwyraźniej zakres władzy „onych” do dziś niektórym imponuje i zakłóca sen niespełnionymi tęsknotami.
Bezpośrednio sprowokowała mnie wypowiedź jednego z młodszych działaczy rozmawiającego z dziennikarzem stacji telewizyjnej, której nazwa nie chce mi przejść przez klawiaturę, a który w głębokiej zadumie i zatroskaniu rzucił w przestrzeń pytanie : – Czy takie wyjazdy za chlebem są zgodne z Konstytucją?
Też się zadumałem, bo skala głupoty, do której powinienem się już dawno przyzwyczaić, ciągle mnie zaskakuje i powoduje wstrzymanie oddechu, co kiedyś może się źle skończyć.
Samo zjawisko emigracji ekonomicznej nie jest niczym nowym. Wręcz przeciwnie – znane jest od najdawniejszej starożytności, trwa i trwać będzie i to nie tylko z kierunków skrajnego ubóstwa do rajów na ziemi, ale nawet z takich trochę mniejszych rajów do większych. Skala zawsze jest uzależniona od aktualnej sytuacji tu i tam i na ogół charakteryzuje się dużą zmiennością.
Zwiększona powoduje czasem problemy i w punkcie wyjścia i w punkcie docelowym. To nieuniknione. W latach 50tych XIX wieku władze Badenii Wirtembergii usiłowały środkami prawnymi ograniczyć emigrację (w tym do Polski), ponieważ na miejscu zaczynało brakować rąk do pracy.
Ciekawy wydaje mi się przypadek jeszcze starszy, a dotyczący kraju, w którym dziś Polscy stanowią najliczniejszą bodaj grupę imigrantów, a mianowicie Szkocji.
Pierwsi Szkoci pojawili się na Pomorzu jeszcze krzyżackim w XIV wieku.
Wraz z bogaceniem się Gdańska po wojnie trzynastoletniej pojawiało się ich tu coraz więcej. Na początku XVI wieku pod Gdańskiem istniała już liczna osada szkockich tkaczy. Wkrótce nazwano ją Starymi Szkotami, bo powstała kolejna – Nowe Szkoty.
Powody były tak zwyczajne, jak zwyczajne jest życie bez politycznych haseł i „zadumań”.
Szkocja była państwem jeszcze biednym i to trochę na własne życzenie. Wciąż obowiązywało tam prawo, które w średniowiecznej Europie było jednym ze źródeł wypraw krzyżowych – cała masa ludzi z rodzin rycerskich pozbawiona majątku, który w całości należał się jedynie pierworodnemu.
Niesprzyjający klimat powodujący długie czasem okresy głodu. Do tego ciągłe utarczki i wojny z Anglią pustoszące kraj.
No i last but not least – prześladowania religijne, gdy po schizmie króla Henryka Szkoci pozostali wierni katolicyzmowi.
Ta ostatnia przyczyna jest o tyle ciekawa, że katoliccy Szkoci nie widzieli nic niezwykłego w ucieczce przed prześladowaniami na … luterańskie w dużym stopniu Pomorze. Tajemnica tego zjawiska też wiele mówi – nie chodziło o żadną tolerancję, otwartość czy inne zjawiska nadprzyrodzone tak chętnie dziś lansowane przez narodowych mitomanów, lecz o wykazywany przez naszych rodaków pragmatyzm. To on nie pozwalał im zwalczać ludzi innego pochodzenia czy wyznania, jeśli coś mogli wnieść do wspólnego garnuszka. A tak się złożyło, że np. wspomniani tkacze mogli.
Pod koniec XVI wieku było ich w okolicach Gdańska ok. 40 tysięcy – jak na tamte czasy i zaludnienie liczba ogromna.
W czasie wojny Gdańska z królem Batorym, wojny bezsensownie wywołanej przez króla i de facto sromotnie przez niego przegranej (mimo wysiłku polskiej historiografii usiłującej nam wmówić co innego), Szkoci wnieśli swój wkład w obronę swej przybranej Ojczyzny. To oni pod dowództwem Williama Stewarta bronili murów Gdańska oraz Latarni (późniejsza twierdza Wisłoujście) i nie pozwolili się pokonać wojskom królewskim. Batory usiłował nawet przekupić Stewarta i przeciągnąć go na swoją stronę. Stewart odmówił stanowczo.
Ciekawostka z tej wojny: podczas obrony Latarni zginął kapitan Robert Gourlay. Uroczysty pogrzeb wyprawiła mu Rada Miasta w gdańskiej bazylice mariackiej. Sęk w tym, że Gourlay był katolikiem, a bazylika już od jakiegoś czasu luterańska. I jakoś to nikomu nie przeszkadzało.
Jego potomkowie mieszkają tu do dziś i noszą nazwisko Gurlewicz. Jak wielu innych im podobnych.
Inny Szkot, James Murray w 1620 roku dostał miejską posadę „budowniczego floty królewskiej”, a w siedem lat później dowodził „Królem Dawidem” w bitwie oliwskiej.
Oczywiście nie wszyscy traktowani byli równo. Biedota szkocka nie otrzymywała praw miejskich. „Zaopiekował” się nią biskup włocławski (Pomorze należało do jego diecezji) tworząc w swoich włościach przy granicy Gdańska osady tzw. partaczy, traktowane przez Gdańszczan jako nieuczciwa konkurencja. Biskup uzasadniał swoją decyzję wyłącznie względami religijnymi – opiece nad katolikami. Dziwne, ale jakoś niewielu było gotowych mu uwierzyć. Co za nieufni ludzie…
Jeszcze jedno zjawisko warte wspomnienia z przyczyn całkiem współczesnych, kiedy to i w naszych mediach pojawiają się doniesienia o przestępstwach i nadużyciach popełnianych na Wyspach przez naszych rodaków podawane do wiadomości w taki sposób, jak gdyby było to obraz typowego Polaka w Wielkiej Brytanii.
Tymczasem już kilkaset lat temu mieliśmy z czymś takim do czynienia, ale reakcja była inna.
W 1592 roku grupa Szkotów gdańskich wystosowała na adres Rady Miejskiej skargę na… napływ imigrantów szkockich sprawiających kłopoty i będących ciężarem dla miejscowej społeczności. To oni wskazywali na szkodliwe zjawisko nie chowając się za fałszywie rozumianą lojalnością etniczną nie chcąc, by łatka Szkota – chuligana przyrosła do wszystkich.
Oczywiście w Szkocji też byli tacy, którzy ubolewali nad emigracją, choć nie na cztery litery i nie zaczynali się na „d”.
W 1615 roku rezydent angielski w Gdańsku Patric Gordon donosił królowi Jakubowi o „niespotykanym upadku moralności wśród miejscowych Szkotów, o zaniku wstydu i zarzucaniu dawnych zwyczajów, rozpuście” i czym tam jeszcze można było króla zachwycić.
Raport miał niewiele wspólnego z rzeczywistością i był pisany na wyraźne polityczne zamówienie. Król Jakub planował ograniczenie swobody emigracyjnej i potrzebował w tym celu „argumentów”. Planował ograniczenie emigracji, ale nie zamierzał robić niczego, co by ją w sposób naturalny ograniczyło. Pozostała mu więc propaganda, a nic tak dobrze nie wychodzi propagandzie jak powoływanie się na kwestie moralne.
Polecam to uwadze współczesnych zatroskanych.
Tak czy owak edykt królewski wyszedł, zakazano wpuszczania na polskie statki młodych ludzi, z wyjątkiem tych, którzy mogli wylegitymować się wezwaniami rodzinnymi (PRL-owskie zaproszenia same przychodzą na myśl), a później i tych, którzy mogli wykazać się majątkiem, pozwalającym na przeżycie roku w nowym miejscu. Logika zagrała jak u rasowego polityka – król Jakub zgodził się na odpływ bogatszych, biedotę pozostawiając sobie. Dziś mógłby być u nas prezesem.
Edykt jednak spełnił swoją rolę i po 1615 roku fala szkockiej emigracji do Polski znacznie się zmniejszyła.
Dziś między nami mieszka mnóstwo potomków tych kilkudziesięciu tysięcy, które osiadły w Gdańsku i na Kaszubach. Niewykluczone, że niektórzy z nich są wśród emigrantów, którzy wyjechali do Szkocji w poszukiwaniu lepszych warunków życia. I pewnie niewielu z nich zdaje sobie sprawę z tego kim jest z pochodzenia.
Za to królów Jakubów jakby wciąż przybywa, szczególnie w okresach kampanii wyborczych.
Sam widziałem jak rozmodlona niewiasta ściskała rękę kandydata szepcząc namiętnie „- Pan jest naszym królem…”
Tymczasem był to tylko kandydat na cztery litery. Pierwsza – „d”.
Jerzy Łukaszewski



Ale Historia..
i jak tu nie lubić Jerzego Łukaszewicza?
Nie wiem ile wieków liczy sobie porzekadło „podróże kształcą”
ale wiem jedno. Kształcą na pewno.. może nie wszystkich, ale jednak większość wyjeżdżających czegoś się nowego uczy.
Oj tam, oj ta, panie Jerzy… Jak się ktoś pomyli, jedną literkę o 180 st. obrócić i po krzyku…
A wpis – jak zawsze – bardzo ciekawy i dobrze uzasadniony.
@ Tetryk56
No wlasnie, przeciez ten facet na zdjeciu to wykapany … na cztery litery.
Może pomyśli Pan o tym, żeby stąd wyjść i już nie wracać?
Proszę.
Dobra, poddaje sie. 19 minusow ma swoja wage, i nie moge wmawiac sobie wiecej, ze rozumiem. Jak nalezy czytac aluzje autora w tekscie do Andrzeja Dudy, z fotomontazem – heros Tusk?