Jerzy Łukaszewski: Teoria naszego świata8 min czytania

()

otwor2015-03-08. Od czasu słynnej awantury z pisemkiem „Die Tageszeitung” zastanawiałem się nad tą częścią ludzkiej natury, która każe niektórym nieustannie potwierdzać wartość własnej osoby i nad metodami, które ona w tym celu stosuje.

Większość znanych mi ludzi potwierdzała moje odczucia, że nadmierne eksponowanie własnej wielkości prowadzi wprost do efektu odwrotnego. Człowiek niepostrzeżenie przekracza granice śmieszności, których strzec powinny dystans, poczucie humoru i pozytywny stosunek do świata jako takiego.

Co więcej, zdecydowana większość znanych mi ludzi godnych szacunku, których nie wahałbym się określić jako wielkich, charakteryzowała się (fakt, że czasem osobliwym) poczuciem humoru, także – a może szczególnie – na własny temat.

Nie są to jakieś pilnie strzeżone tajemnice. Wydawałoby się, że wiedzą to wszyscy. Skąd w takim razie wciąż pojawiają się osobnicy, którzy uważają, że im bardziej się nadmą, tym bardziej będą godni podziwu?

Ba, gorzej – okazuje się, że w stosunku do części społeczeństwa mają rację!

Oczywiście – poczucie humoru, dystans itd. to są pojęcia nieostre, mogące być oceniane inaczej w każdym indywidualnym przypadku i na ogół niewymienialne. Rodzaj humoru jednego człowieka nie bardzo będzie pasował do drugiego, to jasne.

Godny podziwu za naukowy dorobek profesor Odyniec z Uniwersytetu Gdańskiego potrafił maszerować na zajęcia z pieśnią na ustach:

Cóż to pędzi przez dziedziniec –
czy to świnia czy odyniec?

i ani mu korona z głowy nie spadła, ani na brak szacunku i atencji nie narzekał. Wręcz przeciwnie.

Kiedy w 1973 roku uczestniczyłem w przygotowaniach do rocznicy kopernikańskiej w Toruniu, jeden z aktorów teatru im. Horzycy postanowił wystawić erotyki starogreckie w tłumaczeniu Mikołaja Kopernika. Sam fakt, że geniusz światowego renesansu zajmował się takimi rzeczami był dla wielu zaskoczeniem. Dużo większym jednak była dedykacja. Kopernik zadedykował ów tomik kłębiący się od wszelkiego rodzaju heter i im podobnych postaci uprawiających ruję i porubstwo …. wujowi – biskupowi.

Na dodatek nie był to jedyny psikus jaki Mikołaj z bratem Andrzejem wypłatali Łukaszowi Watzenrode.

Wartość „O obrotach ciał niebieskich” jakoś przez to nie ucierpiała.

Podobnie jak wartość pracy naukowej Stevena Hawkinga, który spierając się o jakieś jej szczegóły z amerykańskimi kolegami zaproponował zakład o … roczną prenumeratę „Playboya”.

Maria Skłodowska Curie odbierając nagrodę Nobla opowiedziała, jak w czasie jej przyjazdu na dworcu tłum witał entuzjastycznie znanego boksera Dempseya.

– W gruncie rzeczy ten entuzjazm nie różnił się wiele od tego z jakim ja jestem tu witana…

Skłodowska – Curie uczyła kiedyś fizyki kilkoro małych dzieci, m.in. własną córkę Irenę, Jana Lendevina i in. Zadała im pytanie co powinny zrobić, by im płyn w naczyniu nie wystygł. Dzieci wymyślały dziesiątki coraz to lepszych sposobów. Skłodowska odparła:

– Ja zaczęłabym od położenia przykrywki…

Tristana Benarda zapytał kiedyś pewien szewc:

– Czy pan stosuje się do tych wszystkich zasad, które głosi pan w swoich książkach?

Bernard odparł:

– A pan nosi te wszystkie buty, które szyje?

Pan Bartoszewski bawiąc na prezydenckiej konwencji opowiadał, że na pytania znajomych „Jak się pan czuje?” odpowiada niezmiennie: „– Bardzo dobrze. Moi wrogowie na nic innego nie zasługują”.

Takich anegdot można cytować setki jeśli nie tysiące.

Dlaczego więc nie wszyscy z tych przykładów korzystają?

Nieco może generalizując da się wykazać, że na ogół brak dystansu charakteryzuje osobniki zakompleksione, które w gruncie rzeczy mają świadomość własnej małości i usiłują ją przykryć czysto zewnętrznymi pozorami wielkości. Są przy tym  niezwykle wrażliwe na tym tle i nie darują żadnej, nawet domniemanej zniewagi.

To co może budzić zdumienie, to fakt, że potrafią oni wielu ludziom wmówić tę własną, nieistniejącą wielkość.

Stosownie byłoby w tym momencie zapytać: jakim ludziom?

Najwyraźniej jest pewna liczba ludzi, którzy odczuwają potrzebę chronienia się pod skrzydłami cudzej wielkości zdając sobie sprawę, że na wykazanie własnej liczyć nie mogą. A może sądzą, że z tych skrzydeł jakieś spadające piórko przylgnie do nich? Ludziska będą wtedy mówili z podziwem: „– O, to ten co się zderzył na korytarzu z Piłsudskim!” Anegdotę z Piłsudskim (bo to anegdota, żeby nie było) opowiadano podśmiewając się z Henryka Jabłońskiego, ale w wielu przypadkach opowiada się podobne historie całkiem poważnie.

Na próbę usiłowałem kiedyś sprawdzić jak się człowiek z tym czuje. Studiowałem w Toruniu w tym samym czasie co Aleksander Wolszczan, mijałem go nawet w drodze do stołówki studenckiej. Wiedziałem kim jest choć jeszcze wtedy nie był taki wielki, bo liczba studentów astronomii zawsze była przedmiotem żartów na uczelni, a ci którzy się na nią składali byli właśnie z tego powodu znani. (Opowiadano sobie dowcipy w rodzaju: na drzwiach dziekanatu wisi kartka „zajęcia w dniu dzisiejszym odwołane z powodu choroby studenta”)  I co? No jakoś nic, nie zauważyłem by z tego powodu mi czegoś przybyło. Starałem się wyobrazić sobie, jaki z tego powodu jestem ważny. I znowu nic, nie umiałem. Widać potrzebne są do tego specjalne predyspozycje.

Jak inaczej wytłumaczyć sobie wszystkie te przymilne uśmiechy pod adresem Jana Pawła opowiadającego „dowcip” o kremówkach? I dlaczego w ogóle ktoś uznał to za „świetny żart”? Ja odebrałem to po prostu jako wspomnienie.

Pół biedy JPII, ale jeśli jeden z polityków o najmniejszym wskaźniku poczucia humoru, nadęty jak pęcherz po wypiciu beczki piwa opowiada coś co w jego mniemaniu jest żartem, a dookoła robi się ślisko od wazeliny, to kim są ci ludzie? Ludzie pozbawieni poczucia własnej godności, czy oddający ją w zamian za ogrzanie się w blasku czyjejś wielkości? A jeśli ta wielkość jest ułudą? Grzeje tak samo? Czy można poczuć ciepło kiedy ogień jest tylko fatamorganą? Widać można.

Wynikałoby z tego, że jest całkiem pokaźna liczba osób zadowolonych z życia w świecie nieistniejącym, sztucznym, świecie wymyślonym nawet nie dla ich a czyichś potrzeb. A jeśli tak to przestaje dziwić, że nie da się tym ludziom wytłumaczyć, że 2×2=4 jeśli ich guru tego nie potwierdzi. Takie dobrowolne niewolnictwo ducha jest zjawiskiem tyleż niepokojącym co śmiesznym w całym swoim absurdzie.

Jedna rzecz jest dla takich ludzi charakterystyczna, a dla innych niezwykle ważna.

Nieprawdopodobnie rozbudowana podejrzliwość i przekonanie o istnieniu czyhających wszędzie wrogów.

Ale czy ta ich immanentna cecha nie świadczy aby o tym, że tak naprawdę sami oni nie wierzą w świat, jaki wybrali, jaki głoszą, w jakim żyją? Czy ta podejrzliwość i wrogość wobec innych nie jest tylko rozpaczliwą obroną dokonanego wyboru? Wyboru, w którego trafność sami nie wierzą?

No ale w takim razie dlaczego go dokonali?  Pojęcia nie mam.

Czy dlatego, że w świecie realnym, zrozumiałym, dającym się zmierzyć, zważyć i posmakować nie umieliby funkcjonować? Nie sprostaliby jego wymogom, nie umieliby być jego przydatną częścią?

Czy wobec tego brak wiary w siebie jest powodem stwarzania sobie światów uproszczonych, gdzie wszystko jest czarne lub białe?

Kiedyś miałem podobną teorię na temat autorów książek fantasy i twierdziłem, że pisarz, który nie potrafi przedstawić problemu istniejącego w rzeczywistości, bo ta rzeczywistość jest zbyt skomplikowana jak na jego pisarskie możliwości, stwarza świat prostszy, który jest w stanie ogarnąć swym niedoskonałym umysłem.

Znajomi fani fantasy burczeli na mnie tak intensywnie, że przestałem ją (oficjalnie) głosić, ale czy mechanizm nie jest tu podobny?

Jeśli wszystko powyższe jest prawdą, to czy nie powinno mi być żal tych ludzi?

A czy można odczuwać empatię wobec osoby dotkniętej taką przywarą, jeśli ta osoba co i rusz włazi do mojego ogródka i depcze kwiaty?

Wspominam o kwiatach, bo okwiecony ogród z widokiem na morze, ze stolikiem pełnym smakowitości i miłym towarzystwem rozwalonym w fotelikach jest w moim pojęciu synonimem edenu.

Ale znowu pojawia się pytanie: jaką mam gwarancję, że ten mój eden nie jest tak samo wymyślony, jak ten ich niewolniczy świat?

Takiej gwarancji nie mam. Różnica polega na tym, że ja przyznaję to otwarcie i biorę pod uwagę możliwość popełnienia błędu.

Kto ma rację – ja dostrzegając możliwość zbicia sobie sempiterny przy upadku podczas wysokogórskiej wspinaczki jaką jest nasze życie, czy oni trzęsąc się ze strachu na samą myśl o puszczeniu umysłu na swobodną wędrówkę po bezdrożach?

A może w gruncie rzeczy wszyscy dokonujemy wyborów posiłkując się li tylko własnymi potrzebami i należałoby to uszanować?

No tak, ale z drugiej strony Herostrates miał potrzebę bycia zapamiętanym i zrealizował ją w sposób niekoniecznie liczący się z potrzebami innych.

Nie macie wrażenia, że czasem przypominamy wściekłe tygrysy rozdzielone wysokim murem? Ani pogadać, ani się pogryźć, że o innych czynnościach nie wspomnę.

No i kto, u diabła, postawił ten mur?

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

8 komentarzy

  1. hazelhard 08.03.2015
  2. Tetryk56 08.03.2015
  3. W. Bujak 08.03.2015
  4. Magog 08.03.2015
  5. A. Goryński 09.03.2015
  6. jotbe_x 09.03.2015
    • Mr E 13.03.2015
  7. jureg 11.03.2015