2015-12-08.
W czasach gorących dysput i rozognionych umysłów rzadko kogo udaje się namówić na szperanie w starych książkach tylko po to, by odnaleźć jakiś zapomniany utwór niemal zapomnianego autora. A szkoda.
Czasem taki rzut oka wstecz pozwala na wypowiedzenie jakże banalnego i jednocześnie jakże prawdziwego zwrotu „to już było!”, a dodatkowo na zauważenie wszystkich plusów i minusów własnych pomysłów w konfrontacji z tym, co kiedyś już zaistniało.
Po zwycięstwie Targowicy sytuacja w Rzeczpospolitej była na tyle trudna, że ze strony nieformalnych jej władców można spodziewać się było wszystkiego. Momentami wydawało się, że jeśli chodzi o sposób rządzenia Polska wróciła do brutalnych czasów średniowiecza.
Druki, które jawnie bądź w sposób zawoalowany krytykowały zwycięzców mogły niejednego zaprowadzić do więzienia, które w niczym nie przypominało współczesnych pensjonatów norweskich, w których przebywa na wczasach niejaki Brejvik. Ba, nasze rodzime PRL-owskie „dołki” to szczyt luksusu w porównaniu z tamtymi przybytkami.
Dlatego goście wychodzący chyłkiem z pałacyku księżnej Jabłonowskiej ściskali kurczowo pod pachami zawiniątka, w których wynosili niewielką broszurkę by upowszechnić jej treść wśród znajomych podzielających ich poglądy.
Sama broszurka była nader ciekawa.

Wydana anonimowo, powodowała paroksyzmy wściekłości, szczególnie u wymienionego z imienia jej głównego bohatera, który nakazywał zamknięcie drukarń i poszukiwanie tak autora jak i wydawcy.

Sęk w tym, że broszurka wydana była w Wiedniu, o czym główny bohater jej treści nie wiedział, najwyraźniej sądząc, że strzeżone pilnie granice, szczególnie przy pomocy obcych wojsk oraz przeprowadzane pod byle pretekstem rewizje dostatecznie zabezpieczają go przed takimi niespodziankami.

Oczywiście, jakieś pozory praworządności zachować trzeba było. Dlatego nieco więcej swobody mieli zwyczajowo dyplomaci, a ci będący na służbie carycy lub kierowani do niej z któregoś z dworów europejskich z zasady byli poza wszelka kontrolą.

Dla inicjatorów tego niezwyczajnego czytelnictwa oczywistym więc było, że właśnie oni najlepiej nadają się na kurierów przewożących tę XVIII wieczną bibułę.

Przewozili ją „grzecznościowo” nie zdając sobie sprawy co naprawdę wiozą i książę Richelieu i będący na carskiej służbie hrabia Langeron. Drobne przyjacielskie przysługi wobec przyjaciół i znajomych nie odbiegały od ówczesnych zwyczajów, od dzisiejszych pewnie też niewiele.

Może i któryś dziwił się, że księżna Jabłonowska otrzymuje tak wiele przesyłek od krewnych i znajomych w tak krótkich odstępach czasu, ale nad czym tu się zastanawiać? Księżna przecież była taka urocza…
Zdziwiliby się wiedząc, że dłuższy już czas wożą wydrukowaną w Wiedniu satyrę napisaną przez Juliana Ursyna Niemcewicza. Anonimowo, rzecz jasna, bo pisarz nie chciał zaszkodzić swym protektorom w kraju, szczególnie książętom Czartoryskim, których majątki mogłyby być narażone na ew. sekwestry.
Jeśli Szczęsny cierpiał na kłopoty z krążeniem, ta lektura z pewnością mu je poprawiła. Co do tego nie ma wątpliwości sądząc po tym, jak opisują jego reakcje współcześni.
Ale to tylko historia. Bardzo stara historia.
Jerzy Łukaszewski


Świetne, choć, niestety nie podnosi na duchu.
@ Konteksty – ów samozwańczy „zbawca” narodu marnie skończył a jego zwłoki zostały zbeszczeszczone. Na duchu podnosi historia Targowicy jako szczepionki na głupotę narodową. Dajmy sobie szansę!