2015-01-23.
To co polityka robi z ludźmi i co ludzie robią z polityką każe czasem wątpić w wyższość rodzaju ludzkiego nad światem zwierząt. Z obserwacji przedstawicieli tego drugiego ganiających po moim mieszkaniu wynika, że są to stworzenia rozsądne, które z własnej nieprzymuszonej woli nie robią głupstw nieleżących w ich dobrze pojętym interesie.
Historia świata dostarcza nam dowodów, że jedynie człowiek potrafi postąpić inaczej. Jeśli to ma być wyróżnik homo sapiens, to może niech on sobie sapie tylko na własny rachunek zostawiając politykę zwierzętom? Zaryzykowałbym taki eksperyment.
Do takich niewesołych wniosków dochodziłem grzebiąc się w rzadko omawianym na lekcjach okresie historycznym, a mianowicie czasie jaki upłynął od bitwy pod Grunwaldem do wojny trzynastoletniej.
W podręcznikach traktowany niemal jak „lata puste”, niczym szczególnym się nie wyróżniające, okazał się pełen przykładów przydatnych do zrozumienia także dzisiejszego świata, do udowodnienia, że nie my pierwsi popełniamy błędy i że opowieści o nadzwyczajnych właściwościach ludzkiego rozumu należą raczej do międzygatunkowego marketingu politycznego, niż obiektywnej opowieści o faktach.
Nie przedłużając: pierwsza informacja może z lekka zadziwić.
A mówi ona o tym, że Zakon Krzyżacki stworzył na północy dzisiejszej Polski ewenement na skalę europejską – państwo rządzone przez zakonników. Na dodatek zaprowadził w tym państwie najlepszy z możliwych wariantów ustroju feudalnego, z sensownym prawem, z dobrym pieniądzem, z niezwykłymi możliwościami gospodarczymi, z najnowocześniejszą techniką w wielu dziedzinach, co wszystkim niemal poddanym przynosić powinno odpowiednie korzyści.
Powinno. Ale nie przynosiło. Dlaczego? Pies pogrzebany, jak zwykle – w szczegółach.
Czego brakowało krzyżackiemu państwu do pełni szczęścia?
Po zastanowieniu się, doszedłem do wniosku, że jednej, ale za to bardzo ważnej rzeczy – perspektywy czasowej.
Krzyżacy byli zakonnikami, a więc przynajmniej oficjalnie się nie multyplikowali, nie zakładali rodzin, nie mieli więc problemów ze spadkobiercami, nie tworzyli dynastii. Wbrew pozorom, na dłuższą metę grało to przeciw nim i przeciw interesom ich poddanych.
Granicą ich perspektywy politycznej było życie pojedynczego człowieka, a czasem nawet i nie to, bo tylko życie jednego Wielkiego Mistrza. Przychodził następny, który mógł (i bywało, że korzystał z tej możliwości) pozmieniać urzędników pracujących dla Zakonu. Taki urzędnik, człowiek świecki, wiedział więc, że jego dobrostan trwa tylko chwilę, że w każdej chwili może zostać na lodzie. Urzędnicy miewali rodziny, o które musieli zadbać. No to dbali, jak umieli.
Skarg na nadużycia krzyżackich urzędników było co niemiara.
A to zawyżone podatki, a to odmowa respektowania przywilejów (w średniowieczu to był rodzaj współczesnych licencji) na dokonywanie jakichś transakcji zapisanych w księdze rejestrów komturstwa, oszustwa na miarach i wagach, klasyka rabunkowej gospodarki i wiele jeszcze równie odwiecznych ludzkich pomysłów mających na celu szybkie wzbogacenie się urzędnika.
Plus polityka, która mogła zmienić się z dnia na dzień, jak świadczy o tym przykład braci von Jungingenów, z których pierwszy prowadził szeroko zakrojoną politykę bałtycką i z tegoż powodu chciał mieć spokój na zapleczu (czytaj: dobre stosunki z Polską), drugi zaś objąwszy po starszym stołek odwrócił wszystko o 180 stopni, co dla poddanych, prowadzących działalność gospodarczą nie było bez znaczenia.
Wojny celne z Polską, blokada Wisły, niemożność korzystania przez nią z portu w Gdańsku nie szkodziły tylko jej. Kupcy gdańscy zarabiali wielkie pieniądze na reeksporcie polskich towarów drogą morską. Polityczne zawirowania pustoszyły ich kieszenie, czego nikt nigdy nie lubił.
Podobne wojenki gospodarcze prowadził Zakon z Holendrami, z Anglią i in. Potrafił zadrzeć z Hanzą – jednym z podstawowych źródeł gdańskiego dobrobytu.
W 1443 roku komtur gdański protestował przeciw rozbudowie gdańskiego żurawia – technologicznego bajeru swoich czasów. Zrozumie ktoś dlaczego?
Jednym słowem bywały okresy, że polityka wyraźnie górowała nad rozumem.
Summa summarum poddani zbuntowali się, co samo w sobie nie jest dziwne. To co wyróżnia pomorski rok 1454 to to, że zbuntowali się ludzie będący i tak w o niebo lepszej sytuacji (teoretycznie), niż ich odpowiednicy w Polsce, w Niemczech czy we Włoszech.
Już pod koniec XIV wieku powstała pierwsza organizacja samoobronna – Towarzystwo Jaszczurcze, jak najbardziej legalna, z własnym wikariatem u św. Jakuba w Toruniu, na co dał przywilej sam Ulryk von Jungingen, zrzeszająca mieszczan i rycerstwo Pomorza.
To kolejna ciekawostka – tutejsze rycerstwo i wówczas i później nie separowało się tak od stanu mieszczańskiego, jak w Polsce. Taki np. Kopernik, mieszczanin z dziada pradziada, był krewnym kilku znaczących przedstawicieli stanu szlacheckiego i przyjaźnił się z nimi całe życie, mieszczki wychodziły za rycerzy itd. Wspólne interesy wiązały ludzi różnych stanów i nikt nie widział w tym niczego dziwnego.
Nieznane były też problemy narodowościowe. Mało kto zdaje sobie sprawę, że przywódca konspiracji pomorskiej Jan Bażyński, który przewodząc późniejszemu Związkowi Pruskiemu (w oryginale nazywał się on Preussische Bund von Gewalt) posłował do Kazimierza Jagiellończyka, i którego imię noszą dziś nasze ulice, naprawdę nazywał się Johannes von Bayssen i wywodził się z rodziny przybyłej z Lubeki (piękny herb z Murzynem i białą wiewiórką). Takich było więcej – Mikołaj Ryński ze Szwabii (Nicolas von Renis), Gűnter Dylewski i wiele innych nazwisk. Wśród gdańskich mieszczan było kilkadziesiąt rodzin angielskich, byli kapitanowie szkockich statków pirackich, którzy przełożyli życie w Gdańsku nad swój dawny zawód, byli od końca XIII wieku osadnicy holenderscy itd. Niemcy przeważali wśród rycerstwa dzierżącego posiadłości ziemskie.
Jak widać, nie przeszkadzało to, by wystąpili zbrojnie przeciw – było nie było – niemieckim zakonnikom.
Legalna organizacja z czasem przekształciła się w półlegalny Związek Pruski mający w swej strukturze Tajną Radę, jej praca trwała całe pokolenie zanim objęła i przekonała do siebie większość poddanych Zakonu.
Czas na to poświęcony nie został zmarnowany, bo kiedy w lutym 1454 roku oficjalnie wypowiedzieli Krzyżakom posłuszeństwo – w ciągu kilku dosłownie dni wymietli Zakon z Pomorza, na co niestety nie była przygotowana strona polska i w efekcie wojna trwała te pechowe trzynaście lat.
To też ewenement na skalę europejską. Zorganizowani w związek przedstawiciele społeczeństwa jakiejś ziemi wypowiadają posłuszeństwo suzerenowi i zgłaszają gotowość zmiany przynależności państwowej w komplecie.
Najciekawsze były jednak negocjacje z królem. Polscy wielmoże zżymali się nieraz w ich trakcie, bo Pomorcy stawiali ciężkie warunki. Tak – stawiali królowi warunki. W końcu to oni wyszli z inicjatywą inkorporacji, a na dodatek brali na siebie zobowiązania finansowe związane z wojną w stopniu równym z państwem polskim (w praktyce wyglądało to tak, że król by wypełnić swoją część zobowiązań zadłużył się w… Gdańsku). Czuli się więc równoprawnym partnerem rozmów.
Ciężkie warunki, jakie stawiali królowi polegały na… dokładnej kopii prawa krzyżackiego sprzed rebelii. Zero nowości. Dla polskich wielmożów były one jednak ciężkie, nawet bezczelne. Dla Pomorzan było to tylko realne wprowadzenie w życie tego, co już mieli zapisane w krzyżackim państwie, a co z powodów wymienionych wyżej nie w pełni było praktykowane.
Różnice były znaczne. Walcząca o swoją pozycję polska szlachta coraz bardziej ograniczała prawa mieszczan, np. do posiadania przez nich posiadłości ziemskich (co na Pomorzu było normą), ubezwłasnowolniała chłopów (co Pomorzanie uważali za bezsens z ekonomicznego punktu widzenia).
Związkowcy Pruscy chcieli więc należeć do państwa polskiego, ale z zachowaniem swoich zwyczajów i swojego prawa. Inna opcja nie wchodziła w grę.
I to jest właśnie w tym najciekawsze.
PRL nie był państwem zamkniętym na głucho. Ludzie wyjeżdżali, przyjeżdżali, opowiadali jak jest gdzie indziej. Z obcym marynarzem można było iść na piwo i pogawędzić. Człowiek porównywał i złość go brała bo – wiedział, że może być lepiej. Bez tej wiedzy nastroje społeczne z pewnością byłyby inne, nie tak radykalne. Wystarczy porównać z krajami nieco mniej na świat otwartymi, do których choć oficjalnie zaprzyjaźnione, Polak nie mógł sobie jeździć kiedy chciał. Tam nie było buntów, nie było prób zmiany rzeczywistości. Nie było wzoru, nie było punktu odniesienia.
Dokładnie tak samo wyglądało to na Pomorzu w 1454 roku. Ludzie zdawali sobie sprawę, że może być lepiej. Wiedzieli nawet jak to zrobić – wystarczy przestrzegać prawa, które jest. Mądrzej skonstruowane, niż w większości europejskich państw dawało teoretyczne możliwości niedostępne dla poddanych innych władców. Ergo: należy znaleźć takiego, który zobowiąże się do jego przestrzegania.
Kazimierz Jagiellończyk przyjął te warunki, bo dla Polski to też był duży interes. A na dodatek rzeczywiście je wypełnił.
W XVI wieku w pierwszej dziesiątce największych królewskich wierzycieli figuruje aż siedem pomorskich nazwisk. Przypadek? W żadnym razie. To był tylko efekt tych negocjacji sprzed stu lat.
By czytelnika nie zanudzić – co zrobić, gdy wiadomo, że może być lepiej?
Może po prostu zrobić?
Zacznijmy od poszukiwania ochotników, którzy przyjmą nasze warunki. Wybory władców już tak niedługo…
Ale…
Czy czteroletnia kadencja to wystarczająca perspektywa czasowa? Wydaje się, że nawet trzecie z kolei zwycięstwo PO nie zmieni w niej poczucia tymczasowości u steru. Czy brak korpusu służby cywilnej nie powoduje tego samego zjawiska, jakie miało miejsce w państwie krzyżackim?
Czy jeśli już się zdarzy skonstruować sensowne prawo, będzie ono obowiązywało, a nie ulegało okolicznościom, nie będzie naciągane dla obrony czyichś „uczuć”, czy jego litera nie będzie walczyła z „duchem”?
Czy historia może nas czegoś nauczyć? Przecież wszystko już było.
Jerzy Łukaszewski


Kłaniam się nisko.. Panie Jerzy.
Czyta sie wybornie.
A teraz pytanie, co było w roku 1420?
@ autor
Szkoda, ze zajmuje sie pan tylko tak odleglymi czasami. Przydaloby sie, by ktos uporzadkowal nam ostatnie 25lat. Przeciez mysmy ta III Rzeczpospolita zaczynali od utworzenia korpusu administracyjnego, kodeksu, regulacji by z urzednika panstwowego zrobic niezaleznego, sprawnego fachowca. Premierzy sie zmieniaja on zostaje. Kiedy i dlaczego to padlo.
słuzba cywilna padła kiedy okazało sie że trzeba zatrudniac kolezków – a miejsca zajmowasły wykształciuchy .Przykladem tego jak mogłoby byc jest min.Bieńkowska – a jak trzeba było jest n.p.min.Nowak (zegarkowy) jako minister infrastruktury .zeby juz nie mnozyc przykladow. A jak będzie ? wyleci prezes jastrzębskiej spółki ,bo taki jest kres rywalizacji rozum kontra petarda. Ostatecznie wygrywa …. oślizgłe g,,,Kamiński
„Zacznijmy od poszukiwania ochotników, którzy przyjmą nasze warunki”.
Ja bym może zaczął od poszukiwania tych którzy zaczną stawiać rozsądne warunki.
@Magog , przepraszam , nie łapię 🙂
Dużo się zdarzyło i to ważnych rzeczy, ale nie zgadnę, o którą chodzi.
@PIRS, no ja zakładałem, że te warunki postawimy my – obywatele. Naiwny jestem? 🙂
A teraz pytanie, co było w roku 1420?
Pytanie ma dluuga brodę.. i raczej nie dla historyka, naszego w liceum cholera cisnęła bo nie kojarzył z niczym.
Odpowiedź; X-lecie Bitwy pod Grunwaldem..
Nie znałem 🙂
W Polsce ta data coś znaczy, na Pomorzu mniej. W Polsce odbywały się wtedy negocjacje z husytami, którzy też chcieliby ew. znaleźć się pod władzą polskiego króla, ale stawiali warunki natury religijnej.
Na to król nie poszedł i słusznie. Ryzykować awanturę dla spraw religijnych? Jagiełło był pragmatykiem.
No jak to co?…
W 1420 roku,p-sze pana,hucznie świętowano sześćsetlecie przed cudem nad Wisłą.
@Jerzy Łukaszewski
Nie mam pamięci historyka, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć takich przypadków w ostatnich latach.
🙂
piękny i mądry artykuł..
Lubię takie, gdzie pokazuje się jakiś proces, a potem wnioski zeń na dzisiaj…
i tylko dwie uwagi:
1) pisze Pan – o kwestii – ubezwłasnowolniała chłopów (co Pomorzanie uważali za bezsens z ekonomicznego punktu widzenia).
Czy może raczej z poczucia elementarnej godziwości? To też przecież jakaś kategoria myślenia.. Przynajmniej – tuszę – w owych czasach..
i ważniejsze
2) „obywatele” jako zbiorowość nie są w stanie ani negocjować, ani podejmować decyzji..
więc
3. potrzebny jest nowy Związek Jaszczurczy..
Ja się piszę..
Panie Jerzy, dziękuję za ciekawy artykuł, który jak w sam raz podpasował mi w dyskusji, którą toczę z moimi znajomymi. Mam dwie uwagi. Pierwsza odnośnie budowy Żurawia. Wydaje mi się, że celem Krzyżaków była budowa swojego państwa wzdłuż wybrzeża bałtyckiego w kierunku dzisiejszej Łotwy, z portem u ujścia Niemna. Z biznesowego punktu widzenia zatem, wzmacnianie pozycji Gdańska jako ośrodka handlu morskiego i inwestowanie w stracony dla Zakonu port było niecelowe. Jak sądzę, stąd opozycja komtura gdańskiego wobec budowy dźwigu portowego, zwanego Żurawiem gdańskim. Warto mieć na uwadze, iż biznesu i znaczenia transportu morskiego Zakon przez wiele dekad uczył się w Ziemi Świętej. Doskonale zatem wiedzieli jak i na czym zbudować swoją potęgę. Tak na marginesie, z podobną rywalizacją mamy do czynienia i dzisiaj pomiędzy Gdańskiem, a Gdynią.
Druga uwaga, proszę wybaczyć moją bezczelność ;-). Pisząc o historii XV i XVII w. pisze pan o Polsce. Czy nie poprawniej byłoby pisać raczej o Rzeczpospolitej? Wszak były to w istocie dwa narody połączone unią.
Pozdrawiam
@P.J. Dąbrowski, dziękuję.
Jeśli chodzi o chłopów, to nie odwołuję się do godziwości, ani żadnych tego typu pojęć, bo coraz większej liczbie ludzi one nic nie mówią. Przykre, ale prawdziwe.
Natomiast jest faktem, że tutejszy chłop miał więcej swobody i to dawało korzyści wszystkim. On był zobowiązany uiścić swoje powinności głównie w gotówce, a więc musiał sprzedać swoje produkty. Aby to zrobić musiał mieć swobodę poruszania się po bliższej i dalszej okolicy. Z czasem wiedział, że na tym targu jest drożej, a na tym taniej, mógł wybierać. Kontaktował się na tych targach z obcymi ludźmi, wiedział więc co nieco o świecie. itd.itd.
Efekt był taki, że kiedy wielcy magnaci ukrainni stale odczuwali brak gotówki, to Kostkowie czy Konopaccy, nie mówiąc o mieszczanach gdańskich, toruńskich, elbląskich – pożyczali skarbowi królewskiemu pieniądze.
Biznes to biznes i nikt normalny nie będzie go sobie psuł tylko po to, by jego pycha karmiła się chłopem leżącym u stóp.
Związek Jaszczurczy? Związek Pruski? Mi one przypominają Solidarność z roku 1980. Nawet bardzo przypominają, biorąc pod uwagę ich skład socjalny.
tak w ramach akadmickiej dyskusji, czy też cyzelowania twierdzenia – w art. przypisuje Pan solidarności społ. motyw ekonomicznego myślenia; przyznam, że bez żadnej wiedzy na ten temat spodziewał bym się raczej motywów solidarności społecznej.. Tak trochę przez analogię z dużo późniejszymi czasami..
a co do 3. to może „Solidarność 2.0 ?
Nie, nie chodziło mi o ekonomię, a przynajmniej nie samą. Chodziło mi raczej o skład socjalny I Solidarności, gdzie znaleźli miejsce i robotnicy wielkoprzemysłowi i rolnicy i inteligencja czasem pracująca. I Solidarność była ruchem, w którym każdy znalazł swoje miejsce. Tak jak w tamtych XV wiecznych organizacjach. To dość rzadkie przypadki w historii.
@P.J. Dąbrowski, jeszcze raz przeczytałem pański wpis i stwierdziłem, że chyba go źle zrozumiałem. Jeśli tak, to wyjaśniam co miałem na myśli.
Ekonomiczne podłoże solidarności społecznej występuje wtedy, gdy jakaś sytuacja albo wszystkich wzbogaca poprzez łańcuch wzajemnych powiązań, albo zubaża.
Jeśli np. Krzyżacy obejmowali sankcjami z powodów czysto politycznych jakiś kraj i zakazywali eksportu zboża w tym kierunku, to eksport malał. Tracili na tym kupcy, ale i kapitanowie kog (byli zwykle ich właścicielami), cena zboża spadała, a wiec tracił i chłop itd.
Do tego tzw. lehmani – wolni chłopi, którzy produkowali niemal wyłącznie na sprzedaż.
Jeśli ci wszyscy ludzie widzieli, że tracą przez jakąś decyzję, to nietrudno o ich wspólny sprzeciw wobec niej.
A jeśli sytuacja notorycznie się powtarza, to sprzeciw zaczyna sięgać już nie tylko samej decyzji, ale jej źródła. Jeżeli dodamy do tego powszechną świadomość, że może być inaczej, a taka tam występowała, to konsekwencje są dość oczywiste.
Co charakterystyczne, to był też proces, bo od powstania Związku Jaszczurczego do buntu w 1454 roku minęły niemal dwa pokolenia. Ten czas został wykorzystany do upowszechniania tej świadomości i zrozumienia, że tylko solidarność może coś zmienić. Mam przykłady z konkretnych wsi, których właściciele dość długo negocjowali z mieszczanami gdańskimi, zanim doszło do wspólnego wystąpienia.
Znakomity tekst i trafne pytania. Urzędnicy pracujący tu i teraz kontra merytoryczny korpus cywilny. Apropos kwestii narodowych, gdyby ktoś wówczas zapytał Mikołaja Kopernika czy jest Polakiem: pytanie musiałoby być zadane po niemiecku lub po łacinie, a pan Mikołaj nie bardzo wiedziałby jak odpowiedzieć, zapewne odparliby że jest Toruńczykiem i wiernym poddanym króla polskiego.
Bardzo ciekawy tekst pokazujący, że interes ekonomiczny znosi bez problemu ucisk jednostki. To był największy błąd szlacheckiej Polski – wyzysk chłopów i w sumie jedna z przyczyn upadku ekonomicznego Rzeczpospolitej. Warto o tym pamiętać. Znajomo zabrzmiał mi ten fragment:
„W 1443 roku komtur gdański protestował przeciw rozbudowie gdańskiego żurawia – technologicznego bajeru swoich czasów. Zrozumie ktoś dlaczego?” Nasi dzisiejsi konturowie – biskupi reagują dokładnie tak samo. Wygląda jednak na to, że naród robi swoje i coraz częściej kieruje się swoim interesem. Choć przez cały PRL usiłowano wmówić ludziom, że robienie ibteresów brzydko pachnie…
Widzę sporą analogię czasów dzisiejszych do tamtych.
Jako że wszystko co dobre, przychodziło do nas z Zachodu i Południa i powodowało opór braci szlachty, taka sama reakcja właścicieli niewolników spotkała niemiecką inicjatywę płacy minimalnej.
Polscy właściciele i rząd stanowczo protestują….
A przecież z punktu widzenia Państwa są same pozytywy:
-ZUS płacony przez kierowców wzrośnie
-wzrosna podatki od płac pracowników
-nieujawnione dotychczas dochody pracodawców wypłyną…
Skąd taki opór naszych z Frasyniukiem na czele?
„Właściciele niewolników ” zbankrutują, a „niewolnicy” pójdą na kuroniówkę.
@Szafrański, wszystko się zgadza. Prusacy w czasie I rozbioru kontynuowali tę politykę drogi Berlin – Królewiec i też zostawiali Gdańsk „z boku” ustanawiając siedzibą regencji Skarszewy. Ale to w żadnym razie nie usprawiedliwia dławienia jego możliwości, z których czerpali ewidentne korzyści. Żmudź była dopiero w planach, nigdy zresztą niezrealizowanych, a niszczenie Gdańska już. Gdzie tu sens? Gdyby opanowali całe południowe wybrzeże, a potem zmieniali układ sił miejskich, to byłoby logiczne, a tak? Wie pan gdzie najlepiej to widać? W księgach komturstwa, w których są zapisane wszystkie powinności (w gotówce i zobowiązaniach wojskowych)poszczególnych miejscowości. Mało było płacących tyle co Gdańsk. Kto zarzyna kurę znoszącą złote jaja? Nie dotyczy to zresztą samego Gdańska. Ciągłe „sankcje”, jak np. zakaz wywozu drewna cisowego go Anglii (łuki) i to w czasie, gdy sami ściągali angielskich łuczników pod Grunwald, dowalanie ekstra podatków Gdańskowi w czasie gdy porty szwedzkie zwolniły go całkowicie z cła itp.
Aaaa… jeszcze jedno. Co do „Polska” ma pan rację. Potraktujmy to jako skrót myślowy 🙂
@ andrzej Pokonos
K202 minikomputer Karpinskiego, Optimusa zniszczyli polscy biskupi.
Panie Jerzy, bardzo dziękuję za obszerną odpowiedź i czas poświęcony moim przemyśleniom 🙂 Z wiekiem coraz bardziej żałuję, że onegdaj nie poświęciłem dość czasu studiowaniu historii
Pozdrawiam
Bardzo ciekawy wykład i to z tematu, o którym wiedziałam niewiele. Rywalizacja miast była chyba ważnym, choć nieuświadamianym fragmentem polityki. Poznań nie mógł się doczekać uniwersytetu, bo Wszechnica Krakowska protestowała w Rzymie i biskupi zablokowali decyzję. Musieliśmy się zadowolić tzw „Akademią Lubrańskiego”. W 200 lat później Wrocław zablokował szlak handlowy z Poznania do miast niemieckich przez Kostrzyń, bo to naruszało wrocławskie prawo składu, itd, itp.
Od kilku dni czytam (mądrzy pewnie przeczytali już dawno, bo Ossolineum wydało w 2005r)”Historię życia prywatnego” i tam dopiero ciekawostki wychodzą niezmiernie interesujące. Dowiedziałam się np, że podrzędność kobiety w rodzinie wcale nie obciąża kk ale oświeconych, starożytnych Rzymian, a nade wszystko stoików i neoplatończyków Rozfilozofowanym panom, owładniętym obsesją „obywatelskości” czemu miały niesłychanie szkodzić zapały miłosne (od biologii były niewolnice, od czułości chłopcy – faworyci, żona od prokreacji) otóż Katonowie i spółka wymyślili, że owszem – można czasem pieścić kobietę, ale tylko nocą i lewą ręką (czysta prawa ręka nie musiała o tym wiedzieć). Takich kwiatków jest multum. Kiedy przeczytam – nie mam pojęcia, bo to trzy wielkie tomy z ilustracjami, indeksami, odnośnikami, a ja już nie czytam, jak student do egzaminu, tylko solidnie, wracając do pewnych partii tekstu. I oni, ci starożytni wcale nie byli wiele mądrzejsi w zarządzaniu państwem, sprawowaniem prawa i rzetelniejsi od rządzących dzisiaj. Wydaje się, że niektóre wręcz prowadzące do upadku błędy, pojawiają się w każdej epoce, a mechanizmy władzy są napędzane siłą bezwładu.