Piotr Topiński: Kuroń i bobry13 min czytania

()

jacek 22015-03-02.

Jak już nam się „socjalistyczny ustrój” szczęśliwie pochylił ku upadkowi zadzwonił do mnie Jacek i zaprosił do siebie na spotkanie. Powstawały właśnie pierwsze Komitety Obywatelskie i chciał, byśmy w dość rozumnej grupce napisali strategię rozwoju Żoliborza. Byłem zdziwiony, bo myśmy się prawie nie znali. Nie było mnie w jego harcerskich drużynach. Jego Brat, co prawda, od dziecka jest moim bliskim kolegą, znałem całą jego rodzinę, ale jego najmniej. Im dłużej siedział w kryminale, tym z Jego rodziną byliśmy bardziej zaprzyjaźnieni, niestety jego akurat przy tym być nie mogło. Odbieraliśmy Maćka z przedszkola albo trzeba było go tam zaprowadzać, pomagaliśmy w zakupach, czasem byłem wzywany do drobnych napraw altanki na działce w “żoliborskich ogródkach pracowniczych”. Działkę i altankę znałem dobrze, bo Ojciec Jacka przejął ją od nas. Jeszcze jako podrostki często wpadaliśmy do jego mieszkania, Jacek nam niekiedy otwierał drzwi, bywało, że wchodził na chwilę do pokoju… był starszy ode mnie o dziewięć lat. Potem, jak różnica wieku przestała nas ograniczać, bo procentowo było tego coraz mniej, już kontaktów z nim samym nie było. Na ogół właśnie siedział!

Jak nie siedział, to zajmował się zbawianiem ojczyzny a ja prowadziłem niby-naukowe badania w niby-naukowym instytucie nad ekologią prawdziwych bobrów w Puszczy Kampinoskiej. Jak mi się wówczas wydawało bobry z polityką nie mogły mieć nic wspólnego. Od polityki uciekałem jak najdalej. Do czasu!… póki nie zadzwoniła Gajka, jego Żona, bo mieli w domu rewizję. Ubecy Jacka zabrali, a jamniki otruli. Były dwa, jeden z nich nie przeżył!

Pomóż!!! Pobiegłem… na wysokości jamnika, na framudze drzwi do kuchni były przylepione zatrute kawałki mięsa. Myślałem wówczas, że adrenalina mnie wysadzi w powietrze. Prędzej bym zrozumiał, gdyby otruli Jacka – bo świadomie wszedł z ubeckim systemem w jakiś spór i zdawał sobie sprawę z ryzyka jakie podejmował. …ALE JAMNIK??? Młody, sympatyczny, przymilny Filon! Co on komu winien? Rewizje prowadziło kilkunastu napakowanych facetów i to nie była złośliwość jednego sadystycznego drania, to był system w którym “dla przykładu” z pełną premedytacją robiono rzeczy haniebne!

Następnego dnia byłem po uszy zaangażowany w “trzecim obiegu”, …w NOW-ej. Pisałem pod pseudonimami, przeważnie o ekologii. Mieszkanie przerobiłem na magazyn podziemnej prasy, co trwało do pierwszej wpadki. Co prawda z tego wynikały wielogodzinne przesłuchania, 48-godzinne “wczasy” na dołku w Pałacu Mostowskich, ale też te działania dawały satysfakcję. Jak z Jankiem Walcem napisaliśmy tekst o meliorowaniu bagien nadbiebrzańskich – zebrała się Komisja Sejmowa i melioracje wstrzymano. W “Biuletynie KOR” napisałem też swego czasu poradnik “jak zostać wiceministrem rolnictwa” opisując cały szereg uruchamianych w tym celu korupcyjnych powiązań i bohater mojego reportażu po kilku dniach wyleciał ze stołka. Siła rażenia Wolnej Europy, której lektorzy odczytywali nasze teksty była niewiarygodna. Kilka razy brałem udział w dochodzeniach prowadzonych w KOR w konkretnych sprawach. Efekty były i je opisywaliśmy. Za tym oczywiście szła ławą ubecja poszukująca autorów, wywalała z pracy, wsadzała na “dołki”. Ale też trzeba powiedzieć, że szczególnie do swojej pracy nie byłem przywiązany więc i strach specjalnie mnie nie hamował. Zresztą ubekom też się nie chciało, starali się nie myśleć (a może nie byli w stanie), ścigali więc przeważnie tych, których wskazała osoba obsmarowana w podziemnej prasie. W ten sposób za moje “grzechy” wywalali z PZPR często przypadkowych ludzi – niektórzy byli mi wdzięczni. Więc gdy Jacek zadzwonił, a potem jeszcze zaprosił do zespołu, który miał opracować strategię rozwoju Żoliborza – entuzjastycznie przystąpiłem.

Póki trwała Polska Rzeczpospolita Ludowa, Jacek miał więc duże możliwości; np. każdego mógł zwolnić z wojska czy z milicji – i przynajmniej dwa razy dał się na to namówić. Wystarczało, że On albo ktoś z jego grupy wpisał sobie takiego chętnego do notesu telefonicznego. Notesy telefoniczne szczególnie ciekawiły ubeków i każda osoba tam wpisana była obiektem zainteresowania “służb”. Efekt następował natychmiast po rewizji, rewizje były co kilka dni. Jacek mieszkał na parterze, a piwnicę pod jego mieszkaniem zajmowali ubecy z niezłą jak na tamte czasy aparaturą podsłuchową, więc rozmowy się prowadziło na karteczkach, a karteczki wkładało do popielniczki. Jacek dużo palił, rozmowa – niekiedy bardzo ożywiona, odbywała się w milczeniu, karteczki się tliły.

Był ludziom przychylny. W tamtym czasie (1984) Jacka właśnie łaskawie wypuszczono z więzienia. Za jakieś śmieszne pieniądze kupiłem wówczas swój pierwszy samochód: ponad 20-letniego VWGarbusa i niezwłocznie nim walnąłem w barierę na Wisłostradzie. Może niegroźnie, ale nie stać mnie było na naprawę. Spotkałem go wówczas na Placu Wilsona (a może jeszcze Komuny Paryskiej), chwilkę pogadaliśmy o niczym, również o stłuczce. Rozstaliśmy się, a następnego dnia sprzedałem auto jakiemuś facetowi. Zapukał do drzwi,  powołał się na Jacka i moją z nim rozmowę… to był milicjant (sic!), który stróżował u Niego na klatce schodowej, notował z kim Jacek się zadaje, pisał o nim raporty dla Ludowej Władzy, niekiedy siedział w piwnicy i podsłuchiwał …no i się poznali, pogadali i w swej życzliwości załatwił swojemu oprawcy niedrogi samochód w relatywnie niezłym stanie.

Był autorem wielu bonmotów: “nie deklarujcie się jako lewica ani prawica, póki nie ustalimy gdzie macie tył, a gdzie przód”  …”największym niebezpieczeństwem dla każdego ministra jest piętnastu dworzan, którzy Cię otoczą następnego dnia po nominacji i już po dwóch tygodniach jesteś przekonany, że to jest Naród, któremu służysz”.

Do połowy 1982 byłem zatrudniony w Instytucie Ekologii PAN. Póki mnie stamtąd  nie wylali  – zajmowałem się bobrami, których kilka nawpuszczałem do Kampinoskiej Puszczy… a jak już wylali, wszystkie zebrane materiały zużyłem na napisanie o tym książki dla dzieci. Napisałem, wydali, a w księgarniach to była wówczas jedna z niewielu książek dla młodzieży. Udało mi się z nią trafić w czas zapaści wydawniczej. Na dodatek moje “kampinoskie bobry” ukazały się gdzieś w okolicach końca roku szkolnego i były rozdawane jako nagrody prymusom szkół podstawowych. Rozeszło się 70 tys egzemplarzy.

Któregoś dnia zadzwonił Jacek, bo znowu do czegoś mnie potrzebował. Zadzwonił w nocy (zawsze dzwonił w nocy) i zaprosił na rozmowę do swojego gabinetu, bo właśnie został Ministrem Pracy, Płacy i Spraw Socjalnych. Organizował system finansowy, który miał wspomóc ludzi bez kapitału w ich projektach wychodzenia “na swoje”. Kapitału nie miał nikt a Stefan Kisielewski drwił, że “kapitalizm nam nie grozi z powodu niemania kapitału”. Jacek tworzył wówczas BISE, FISE i TISE, czyli: Fundacje, Towarzystwo i Bank Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych. Pojechałem rowerem do Ministerstwa, w gabinecie tłum ludzi i fantastyczna dyskusja nad przygotowaniem różnych narzędzi do przyjęcia nadchodzącej fali bezrobocia. A Jacek cały w swoim żywiole, przedstawił mnie i mówi:

– Piotr zostaniesz prezesem banku (sic?), więc odpowiadam:

– Niemożliwe, przecież to mniej więcej tak, jakbyś do prowadzenia autokaru pełnego dzieci zatrudnił kogoś z motocyklowym prawem jazdy!

A na to Jacek:

– Lecisz ze mną samolotem? Mnie wystarczy Twoja karta rowerowa!

Bankowcem w końcu nie zostałem, ale to Jacek sprowadził z Francji pomysł na Ekonomię Społeczną, którą zajmowałem się przez kilka jeszcze lat, przy czym wówczas pojęcie to oznaczało zupełnie coś innego niż dzisiaj. Powiedziałbym, że dziedzina od tamtego czasu przeszła w Polsce pewną ewolucję, w wyniku której zeszła dzisiaj na psy, bowiem straciła kontakt z ekonomią właśnie. Jacek był przede wszystkim świetnym działaczem gospodarczym, problem taki, że On opisując swoje działania społeczne, osłonowe do projektowanych działań gospodarczych – tego obszaru swojej aktywności w książkach nie opisał.

Dla uruchomienia wyobraźni młodszych czytelników dobrze byłoby przywołać FSO tamtego czasu, gdzie Poloneza produkowało 24 tysiące (sic!!!) ludzi. System splajtował, musiały splajtować inne “flagowe” firmy tamtych czasów jak FSO czy STAR (chyba 30 tys. pracowników). To była dzisiaj już niewyobrażalna skala oczekiwanych przemian. Warszawa wówczas jeszcze mogła wchłonąć pracowników FSO, w Starachowicach to już nie było takie proste. W Sianowie, gdzie wszyscy pracowali w jedynej fabryce zapałek, plajta zakładu była katastrofą. Pamiętam wizytę naszej ekipy w Sułkowicach, gdzie splajtowała państwowa narzędziownia i po zasiłek w małej miejscowości zgłosiło się 1200 osób z czego 1000 to byli kowale!

A przecież wizyta była po coś. Prowadziliśmy konsultacje, woziliśmy ekspertów, łączyliśmy fundusze lub proponowaliśmy wykorzystanie innych funduszy dla tworzenia systemu poręczeń dla ludzi, którzy coś potrafili, a którym się walił ich dotychczasowy świat. Z fabrykami plajtowały całe miejscowości. W tych fabrykach, również w innych plajtujących zakładach, było jednak całe grono świetnych fachowców którym trzeba było pomóc w organizowaniu ich własnych inicjatyw. Wszystko do tamtych czasów było przecież państwowe: pralnie, restauracje, hotele, apteki, zakłady pogrzebowe również – a Państwo się zapadło. Jacek szukał społecznych rozwiązań dla tworzenia gospodarczej aktywności w przestraszonym społeczeństwie i zrujnowanej gospodarce. Pomysły odwrotne, dostosowywania rozwiązań gospodarczych do wymagań “ludu” są treścią “wyznań poobijanego jeźdźca” – Karola Modzelewskiego i wniosek z tego tylko taki, że łączenie dzisiaj Kuronia z Modzelewskim nie byłoby komplementem dla Jacka.

Kuroń uważał, że Ekonomia Społeczna jest dobrą kładką do wychodzenia z biedy, a nie systemem jej subwencjonowania! Jest systemem społeczno-gospodarczym z akcentem na gospodarkę, a nie filantropijnym. Ważnym elementem jego pomysłów  ekonomicznych było też przekonanie, że w zrujnowanej i zacofanej gospodarce posocjalistycznej bardzo ważny jest entuzjazm i zaangażowanie. Mawiał, że skoro wyczerpały się nam możliwości podnoszenia wydajności pracy przez modernizacje techniczną, to trzeba się oprzeć na ludziach, ich zaangażowaniu i poczuciu innowacyjności. Więc BISE miało udzielać kredytów ludziom przedsiębiorczym i innowacyjnym ale nie mających środków na swoje marzenia: na wkład własny, na poręczenia, gwarancje itd. Marzenia były ważnym elementem kuroniowej ideologii. FISE miało wspomagać tych ludzi w procedurach kwalifikujących do uzyskania pomocy finansowej, wypełnianiu wniosków, obsłudze bieżącej, zaś TISE miało ich wspomagać przez wchodzenie z nimi w spółki, zapewniając w ten sposób wkład własny, który po ustabilizowaniu dochodów w firmie, byłby wycofywany poprzez przejmowanie owych udziałów czy akcji, przez wspomagane (w ten sposób) przedsiębiorstwo. A przecież to nie były jedyne inicjatywy przez Niego podejmowane. Tworzył równocześnie inne zespoły.

Kolejny blok działań gospodarczych składał się również z trzech wzajemnie się wspomagających instytucji, czy całej sieci instytucji: finansowany z Banku Światowego program ToR10 a w nim rozwijające się trzy składowe: Ośrodki Przedsiębiorczości, będące instytucjami szkoleniowymi, których w całej Polsce było ponad 200. Drugim elementem był Fundusz Pożyczkowy i Gwarancyjny, pozwalający zwalnianym pracownikom na uruchomienie własnych firm, a trzecim “Inkubatory Przedsiębiorstw”, których zadaniem podstawowym było roztoczenie opieki nad przedsiębiorcami rozpoczynającymi swoją przygodę “na własnym”. Fundusz pożyczkowy miałby w koncepcji Jacka być prowadzonym przez BISE, zaś FISE i TISE miało opiekować się przedsiębiorcami w powstających inkubatorach. Do tego dochodziły wówczas tworzone inne fundusze, jak np PFRON. Jeszcze ZUS czekał na zreformowanie, a potem były wybory – Ministerstwo wpadło w ręce SLD i wielu z Jacka pomysłów nie udało się ocalić. Na nic bowiem poszły Jacka przestrogi, by nie łączyć działań mających rozwijać przedsiębiorstwa, co mogło być finansowane z ich rozwijania z programami szkoleniowymi mającymi pobudzić przedsiębiorczość, które musiały być finansowane z budżetu, bo to inna bajka. Połączenie w jedno tych dwóch elementów (Ośrodków Przedsiębiorczości i Inkubatorów Przedsiębiorstw) przy zupełnie innych procesach bliskich sobie tylko fonetycznie musiało doprowadzić do finansowej katastrofy i tutaj SLD nas wówczas nie zawiodło:) Walczył o zmianę nazwy swojego ministerstwa na …”i polityki społecznej”, zamiast do czasów jego ministrowania istniejących “spraw socjalnych”, bo to mogło pomóc w jego koncepcjach Ekonomii Społecznej. Miałem zaszczyt pracować z nim wówczas w obydwu tych obszarach.

A przecież Jacek wymyślił jeszcze “Pakt o Przedsiębiorstwie Państwowym” w trakcie transformacji, czyli projekty ustaw sejmowych, rozporządzeń rządu, rozporządzeń poszczególnych ministerstw i protokołów porozumień, których osią była ustawa prywatyzacyjna dająca załogom możliwość wyboru wariantu przekształcenia swojego przedsiębiorstwa. To była cała harmonia ryzykownych , skomplikowanych działań wzajemnie się uzupełniających. Na dodatek wszystko było “na wczoraj”, bo to był pożar! a brakowało drabiny, najprostszej sikawki i nie było jak wynieść rzeczy uratowanych z tego pogorzeliska. A przecież nie brakowało i takich, którzy w tym kręcili własne lody.  Więc jeszcze konieczność prywatyzacji a związki zawodowe w miarę wychodzenia z zapaści nabierały hardości. A jak ma się rozwijać zakład w którym jest zbędnych 500 etatów na 1000 zatrudnionych a tych pięciuset jest jeszcze pod specjalną ochroną związków? Tych mechanizmów tworzonych “z potrzeby chwili” było zapewne więcej, …Jacek Kuroń był przede wszystkim wybitnym działaczem gospodarczym okresu przemian. Pozostał jego obraz z chochlą nad garnkiem kapuśniaku.

Spotkałem się niedawno z Danutą Kuroń i zadałem jej, od lat nurtujące mnie pytanie:

– Skąd pomysł Jacka, by mnie używać do swoich planów kształtowania gospodarczej wizji posocjalistycznego państwa, ani nie jestem, ani nie byłem managerem, ekonomistą, prawnikiem, konstruktorem? Jestem prostym biologiem po studiach rolniczych, nie angażującym się w politykę. Skąd wynikały te jego pomysły?

A Danuta na to:

– Gdy Jacek został ministrem, rozpoczął poszukiwania ludzi do działania. Nie lubił i nie ufał “Brygadom Mariotta”. Dowiedział się z Twojej książki jak ratowałeś Puszczę Kampinoską przy pomocy bobrów, które łapałeś w bagnach Suwalszczyzny i przywoziłeś do Warszawy w worku, a następnie wypuszczałeś w Kampinosie. To go najbardziej fascynowało: worek jako narzędzie skutecznej realizacji celów (przyp; to nie był worek, ale skoro tak uważał:)). Szukał do pracy ludzi innowacyjnych, którzy mieli pomysły “pro publico”, potem potrafili je zastosować, odnieśli sukces a na końcu jeszcze potrafili to wszystko opisać. Postawa życiowa, cechy charakteru, a nie kwalifikacje formalne określały mu współpracowników.

I tak to się okazało, że bobry zmieniły moje życie, zaprowadziły do Jacka Kuronia.

3 marca mija 81 rocznica Jego urodzin.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

3 komentarze

  1. andrzej Pokonos 03.03.2015
    • Anna 03.03.2015
  2. slawek 04.03.2015