Nie, nie – to żadna przenośnia. Będzie o prawdziwym piwie. Między innymi.
Ponieważ wszystko wskazuje na to, że będziemy mieli wyjątkowo ciekawy rok wyborczy, może warto podpowiedzieć startującym kandydatom kilka rzeczy nie godnych na ogół uwagi, by spróbowali się do nich odnieść. Ja wiem, że Smoleńsk, Wawel, Niesiołowski i Miller, Kaczor i przydupasy, ale może od czasu do czasu warto zająć się jakimś głupstwem? Ot, tak dla relaksu.
Na przykład rewindykacją mienia wszelakiego. Temat nic nie znaczący – tak przynajmniej można by sądzić patrząc na brak zainteresowania nim naszych polityków, brak jakiejkolwiek szerszej dyskusji plus doniesienia o przekrętach na tym polu, które też jakoś nie wzbudzając ciekawości politycznego bezklasia zajętego ważniejszymi sprawami. Media zresztą też piszą o tym jedynie wtedy, gdy nie urodziło się akurat żadne cielę z dwiema głowami, a więc istnieje niebezpieczeństwo, że czytelnik się zanudzi.
Pisałem kiedyś o moim przyjacielu – Niemcu, z którym prowadzimy gorące dyskusje dotyczące spraw polsko niemieckich kłócąc się zawzięcie i nie zgadzając niemal w niczym, rzucamy w siebie w ferworze walki wirtualnie różnymi przedmiotami, usiłujemy przekonać i nic z tego nie wychodzi. No, może to, że wciąż jesteśmy przyjaciółmi. To też coś warte. Mając przyjaciół, z którymi zgadzam się we wszystkim zanudziłbym się na śmierć.
Nasze dyskusje na temat prób odzyskiwania mienia przez Niemców, byłych mieszkańców obecnego terenu Polski są o tyle ciekawe, że uczę się ich argumentacji, ich sposobu patrzenia na wspólną historię, co czasem – przyznaję – zmusza mnie do weryfikacji swojego, dawno utrwalonego zdania na ten temat.
Zdumiewa mnie niezmiennie podnoszenie w tych rozmowach kwestii „świętego prawa własności” z całkowitym pominięciem kontekstu, w którym zostało ono naruszone. Według mojego przyjaciela „to nie ma znaczenia”. Nie ma?
Na ogół jakieś poważniejsze zmiany w takich sprawach są wynikiem wielu czynników, o których pisze się biblioteki dzieł historycznych, analizuje przez lat dziesiątki. A on mi mówi „to nie ma znaczenia”. Nieważne, że była wojna, że miała jakiś przebieg, że ktoś ją wywołał, że ktoś zadecydował o takim, a nie innym jej końcu i skutkach. Nieważne. Prawo własności jest święte i należy je respektować.
Dziwne tylko, że kiedy wchodzę w wiek XIX i opowiadam o majętnościach ziemskich zabranych przez państwo pruskie, to nagle to prawo własności przestaje być „święte”. To są „zupełnie inne sprawy”.
Z wrodzonej złośliwości wypominam mu czasem, że jakoś nie słyszę ze strony niemieckiej o staraniach o odzyskanie mienia znajdującego się dziś np. w obwodzie kaliningradzkim. Wtedy on rzuca we mnie różnymi przedmiotami.
Nie mam zamiaru dawać tu lekcji historii, a tylko zauważyć, że jest to problem, z którym żaden polski polityk nawet nie próbuje się zmierzyć. Why, oh why?
Sprawa mienia pożydowskiego. Jest jakiś odważny, który by rozpoczął na ten temat dyskusję? Pewnie tak, ale akurat jest zajęty ważniejszymi sprawami, bo jeden pan powiedział o jakiejś pani, że jest brzydka i niegrzeczna. Tydzień ciężkiej walki w mediach – to wyczerpuje, wiem.
A temat jest jak ten ugór, na którym co cwańsi koszą sobie sianko z cichym przyzwoleniem naszego, proszę wybaczyć wulgaryzm – wymiaru sprawiedliwości.
Znacie państwo jakiegoś polityka, który by jednoznacznie odniósł się do tego problemu? Bo on istnieje i istnieć nie przestanie nawet jeśli będziemy usiłować zamilczeć go na śmierć.
Znacie zdanie któregoś z polityków na tak istotny temat jak choćby przypisywane sobie prawem kaduka przez amerykańskie organizacje żydowskie dziedziczenie majątków Żydów, których spadkobiercy są nieznani?
Ile razy o to zahaczyć, natychmiast pojawia się miętolenie ble ble ble, wywijasy słowne, w tle których pobrzmiewa staropolska „myśl polityczna”: „Co oni sobie o nas pomyślą?”.
Od siebie mogę podpowiedzieć: pomyślą to samo co zawsze, bez względu na to co zrobimy. Może więc lepiej zrobić, uregulować raz na zawsze i położyć tamę cwaniaczkom żerującym na naszym nieróbstwie?
Każda konkretna odpowiedź na takie tematy jest lepsza od żadnej. Nawet gdyby miała być niekorzystna dla jednej ze stron. Obecne nic nie robienie jest niekorzystne dla obu.
Ale miało być o piwie, już nadrabiam.
W XVI wieku, w dobie reformacji i innych ciekawych ruchów społecznych żyli sobie w Gdańsku bracia franciszkanie. Jak większość ówczesnych zakonów, prowadzili działalność gospodarczą. Franciszkanie warzyli piwo, ponoć nawet niezłe.
Sęk w tym, że korzystali z ogólnokościelnego zwolnienia od podatków, a co za tym idzie – byli w stanie sprzedawać swoje wyroby ciut taniej, niż inni. Mieszczanie gdańscy uważali to za nieuczciwą konkurencję. Takie bezbożniki!
W wyniku walki o tzw. egzekucję praw (między innymi) franciszkanie owo prawo stracili i zmuszeni byli konkurować na zasadach ogólnych, co okazało się ponad ich siły. Rynek był nieubłagany, w odróżnieniu od królewskich przywilejów.
Tak czy owak, stwierdzili w końcu, że w Gdańsku już się nie dorobią i postanowili go opuścić. Oni postanowili. Podkreślam to, bo w tym zawiera się sedno sprawy, o której piszę.
Po roku ’89 na fali „odzyskiwania utraconego mienia” mając w Gdańsku prezydenta, który zakonom oddałby wszystko poza własnym majątkiem, franciszkanie wystąpili o zwrot budynków niegdyś do nich należących, w których obecnie mieści się część Muzeum Narodowego.
Wszystko było na dobrej drodze, aż tu raptem w sprawę wmieszali się kolejni bezbożnicy, tym razem w osobach gdańskich historyków, którzy z wrodzoną wrogością do Matki naszej Kościoła wyszperali w archiwach XVI wieczną umowę, która mówiła o… sprzedaży przez franciszkanów tych budynków miastu w roku 1555.
No to jak: sprzedane czy „utracone”? Niestety, to pytanie trzeba było sobie postawić, a że sprawa stała się ogólnie znana, z rewindykacji nic nie wyszło. Póki co.
Trwało to trochę, ale w końcu braciszkowie odpuścili. Nie znaczy to, że przestali się budynkami interesować. Od kilku lat odbywa się dziwne „krążenie” wokół sprawy pod postacią „wspólnej dbałości o budynki”, co u braciszków przejawia się w wystąpieniach do agend unijnych o fundusze na renowację itd.
Czort zgadnie, co to ma znaczyć, ale w bezinteresowną „dbałość” jakoś nie wierzę. Też jestem bezbożnik.
Lata trwała walka prałata kościoła mariackiego o „odzyskanie” obrazu Memlinga „Sąd ostateczny” zrabowanego w XV wieku przez gdańskiego kapra Włochom, a wiszącego przez lata w tymże kościele.
Najrzadziej pojawiającym się argumentem w tamtej dyskusji był fakt, że ów rabuś morski podarował swój łup miastu, a nie kościołowi, i miasto nigdy z tej własności nie zrezygnowało.
O innych przypadkach „odzyskiwania” własności kościelnej można by napisać parę książek.
Widać jednak wyraźnie, że nie jest to temat będący w stanie zainteresować naszych polityków. Zamieszanie prawne, miliardy ginące jak kamfora, „naprawianie krzywd” najczęściej połączone z wyrządzaniem nowych – to nie jest temat dla „poważnych” ludzi.
A co nim jest?
Czasem myślę, że uzyskanie od polityka rzeczowej, jasnej odpowiedzi na jakiekolwiek pytanie jest zwyczajnie niemożliwe. Byłbym w stanie się z tym pogodzić, gdybym znał źródła tej niemożności. A nie znam, bo nawet na pytanie o pogodę polityk odpowiada bla bla bla.
Postanowiłem w tym roku ruszyć się z fotela i ku rozpaczy moich opuszczonych zwierząt domowych pochodzić na spotkania przedwyborcze, jeśli w ogóle będą organizowane.
Kto wie, może uda mi się nawet zadać pytanie. Gdybym jakimś cudem uzyskał konkretną odpowiedź nie omieszkam zawiadomić. Wszak byłaby to prawdziwa sensacja!
Jerzy Łukaszewski



Bardzo ciekawe. Jak zwykle zresztą.
Inny przykład. Anglia, Francja, Niemcy, obrabowały kraje arabskie, Indie, czy Chiny, z najrozmaitszych skarbów. Uczciwość wymagałaby zrobienia kopii, np., Pergamonu, a oryginał powinien wrócić na swoje miejsce. Pytanie tylko, czy barbarzyńcy nie zniszczą ołtarza, jak im się go odda?
to bardzo dobrze, że tryptyk memlinga umieszczono w muzeum narodowym, a nie w bazylice, bo tam nie ma warunków do przechowywania takiego obrazu, a też byłby on bardziej narażony na kradzież lub wandalizm.
znałem przedtem obraz z reprodukcji. obejrzalem kopię w kościele, a potem oryginal i dopiero wówczas zobaczyłem różnicę.
wielokrotnie oglądałem swe ulubione płótna w różnych muzeach i za każdym razem powtarzało się to samo – kopia rzadko daje pojęcie o rzeczywistym wyglądzie obrazu.
szczególnie pouczajcy był dla mnie przykład portretu małżeństwa arnolfinich, pędzla jana van eycka.
oglądałem obraz na kilkunastu dobrze wykonancych reprodukcjach w różnych alnumach – za każdym razem w innej tonacji kolorystycznej. jak to dość niewielkich rozmiarów płótno naprawdę wygląda, zobaczyłem dopiero w londyńskiej natonal gallery.
@hazelhard , no nie masz takiej gwarancji. A jak masz to wręcz przeciwną, niestety, jak pokazuje ostanie kilka przypadków. Swego czasu dyrektor muzeum kairskiego zabawiał się nawet w szantażystę wydając zgodę na badania na terenie Egiptu jedynie tym krajom, które zadeklarowały oddawania egipskich zabytków (choć jak raz nie wszystkie były zrabowane, część była wywieziona zupełnie legalnie), a potem przyszły zamieszki.
http://www.aljazeera.com/video/middleeast/2011/01/201113054019984566.html
@gurnatko, no jasne, że bez gabloty zapewniającej odpowiednią temperaturę, wilgotność itp. przechowywanie byłoby dla XV wiecznego zabytku zabójcze.
Niedawno prowadziłem do Memlinga grupę osób, które go pierwszy raz widziały. Mówiły to samo co Ty 🙂
Tam jest jeszcze wiele ciekawych rzeczy, m.in. okrągłe maleństwo Breugla, które na mnie zawsze robi wrażenie.
A co do tematu:
to Muzeum istnieje od 1870 roku. Po wojnie wywożono z Gdańska co się dało.(Goryński zaraz zaprzeczy 🙂 )
I dziś mamy taką sytuację, że cześć zbiorów pokazywana w Muzeum w Gdańsku to dawne gdańskie zabytki … wypożyczone nam łaskawie przez Muzeum Narodowe w Warszawie 🙂 Starał się o ich odzyskanie swego czasu pan senator Pastusiak, z dość miernym skutkiem.
To oczywiście dla kraju są drobiazgi, ale pokazują ile mamy jeszcze nieuregulowanych spraw i na dodatek nie wiadomo dlaczego. Teoretycznie możliwe do rozwiązania od ręki. A więc?