ECHA WYDARZEŃ: Przepraszam, TU nie będzie nic o kampanii wyborczej. Ludzie sportu w niej uczestniczą (z różnych powodów, najczęściej z troski o siebie w ewentualnej przyszłości politycznej), ja nie muszę. Dam znać w głosie do urny złożonym, nie w obecnym śpiewie chóralnym, a niezgodnym. Nie będę też zajmował się dzieleniem kampanijnych ech na bez reszty naturalne i noszące cech znanych sportowi (i akceptowanych, uważanych za jedną z cnót) „ fauli taktycznych”. Temat zostawiam tęższym fachowcom. Przy sporcie zostając. Jest w nim sporo do zauważenia.
- Jak zawsze – dzień bez piłki dniem straconym. Inaczej jednak sprawa się ma, gdy grają kluby dyktujące Europie styl i tempo, inaczej, gdy mowa o swoim podwórku. Emocje dotyczące rozgrywek kontynentalnych odbieram, jako teatr do podziwiania. Z tym, że jeśli gra rodak (pan Robert) i jeszcze strzela gola (Benfice, która jednak awansowała) jakoś na sercu ciut cieplej.
Krajowe ściany emocjonują inaczej. Zmartwieniem – gdy się czyta, że świnoujska Flota najpierw odwołuje ligowe spotkanie, bo nie ma kasy na odpowiednie zabezpieczenie; potem zaś w ogóle wypada z gry. Nie wszystkim w futbolu ptasie mleko przysługuje… Znakami zapytania – kto będzie mistrzem, jeśli Legia najpierw wygrywając z Lechem Puchar Polski, potem przegrywa z pokonanym wcześniej rywalem i oddaje mu prymat w lidze? Mam duży szacunek dla drużyny spotkania, bo lepiej umiała „przeczytać” porażkę, niż triumfator – zwycięstwo. - Jest dyskurs okołotenisowy. Że już znaczyliśmy na korcie sporo, i „było bogato”, jak młodsi mawiają, a są spadki. Pan JJ spadł, pani Agnieszka też ma pod górę.
Opinie czytam różne. Tata, że źle, bo wzięli Navratilową, a jego nie słuchali… Ktoś, że w charakterze nie ma genu mistrza, więc klasa sportowa wciąż wielka, ale rozpęd mentalny nie taki… Ktoś jeszcze, że nikt nie jest wiecznym tuzem i po dobrych czasach muszą przyjść gorsze… Ktoś kolejny – że naturalny rozwój dziewczęcego uczucia ku… trochę osłabia kortowe pasje. Ktoś kolejny, że teraz odpuściła, ale trenuje jak nigdy, bardziej różnorodnie, i jeszcze pokaże, że…
o tacie już nie mówię, bo wystarczy przytoczyć porzekadło, iż z rodziną, to czasem najlepiej wychodzi się na fotografii. Z Navratilową „wzięły rozwód”, bo nawet czasowo ten „mariaż” kupy się nie trzymał. Niezależnie od opinii pana Fibaka. O ojcowskiej krytyce trenera też ani słowa; zresztą dżentelmeństwa w tym nie widzę. Czas pokaże, czy apogeum minęło, czy też głód maksymalnego sukcesu jest wciąż świeży i ma podstawy… - Panna Justyna Kowalczyk znów zainicjowała dyskurs swoim felietonem, Dusza niespokojna, wciąż chętna do natarcia, odważna w prezentowaniu poglądów – i za to ją lubię. Też.
Tym razem zapowiedziała, że startami w maratonach ma zamiar się związać z norweskim zespołem. Bo profesjonalny, bo świetnie zorganizowany, bo opieka porządna itp. A z PZN-em bywa różnie. Teraz rozwiązał umowy z kimś potrzebnym w ekipie.
Prezes Apoloniusz skontrował, że „firma Kowalczyk” bardzo dużo kosztuje, zaś kasa związku też ma dno, a obowiązków nie ubywa itp. Pani dr też skontrowała – że wie, ile reklamowo kosztuje i także daje związkowi każdy centymetr jej sportowego ubioru i tak dalej.
Fakt – miliony złotych wydatków, wpływy – pewnie „tajemnica handlowa”, ale o wzorowych stosunkach i racjonalnych układach ma stanowić bilans – złotówek i zobowiązań, także programu.
Widać, że się raczej nie dogadają… Szkoda, ale świat sportu się przecież nie zawali. Najlepszych kolarzy ma nasza reprezentacja w zawodowych grupach zachodnich, Mariusz Wlazły – siatkarz wspaniały, też jedzie sobie dorobić w świat, Robert Lewandowski, Jakub Błaszczykowski, najlepsi bramkarze futbolowej reprezentacji – wiadomo… Marcin Gortat…
Tak już dzisiejszy świat sportu zawodowego jest urządzony. Nasi – gdzieś, „zagranicznicy” w polskich klubach. W samym futbolu zatrzęsienie, a w koszykówce podobno są nawet tańsi od asów rodzimego chowu i dlatego tych drugich wciąż rażący deficyt… Nasi siatkarze, siatkarki, piłkarze ręczni – ilu dziś w dniu powszednim gra „gdzieś”, w „świątecznym” – w reprezentacji Polski? Jeśli tylko orzeł wciąż w cenie, (a to – historycznie zostało zanegowane jednostkowo; i przejściowo) kwestia przyznawania licencji i patronowania jest zabiegiem formalnym…
Jasne „odpływy” bywają bardziej widoczne niż „przypływy”, ale … Nie bujajmy się, podobnie było zawsze. Mimo innych przepisów, czasem piekielnie restrykcyjnych. Panowie Boniek. Deyna, Tomaszewski, Lato, Lubański i wielu, wielu innych też drzewiej zarabiało na życie poza granicami w czasach, gdy TU wprawdzie mistrzom wiodło się nieźle, ale TAM płacili w lepszej wtedy walucie. Czyli – jeszcze więcej.
I co? Ani się świat nie zawalił, ani sport. Może nawet to i owo się wyczyściło, bo kwestia opłacalności „na stole” jest jednak zdrowsza niż „pod stołem”… A że marzy się przewaga (no, choćby równowaga) normy, że w rodzimych klubach i pod opieką oraz kierunkiem macierzystych związków jest tak samo dobrze – dla domowej kasy oraz zawodniczej klasy, jak w czołowych „firmach” świata sportu – to już trochę inna, choć w skutkach pokrewna bajka… Też warto ją będzie – proszę ministerstwa, federacji oraz PKOl porządnie przeczytać… Bo, że nie ma granic – to wielka zaleta, ale też nowa szansa porównań i decyzji.
Andrzej Lewandowski


