Doktor Salomon rzeczywiście robi wrażenie jakby wiedział wszystko. W czasie mojej dorocznej wizyty wyznaję mu, że czuję się dziwnie: nogi mi puchną w kostkach, śpię tylko 2–3 godziny, a potem nie udaje mi się zasnąć, słuch mi się pogorszył, a po upadku palestyńskiego projektu filmowego przestało mi się cokolwiek chcieć filmować, skończenie książki odkładam na kiedyś, a ponieważ mojemu wujkowi Zamutkowi po 65 latach aktywnego budowania socjalizmu pewnego rana nie chciało się wstać i następne 25 lat przeleżał w łóżku, takie mam pytanie: – Czy czasem nie mam początków depresji?
Psychiatra Katz sadza mnie w miękkim fotelu i każe opowiadać najpierw o dzieciństwie (kurczowe trzymanie matki za ucho w getcie, ucieczka przez mury, błąkanie się wśród obcych rodzin, podrzucenie, zgubienie matki, miłość do religii katolickiej), a potem o żonie, od której tak wiele mnie różni: na przykład ja lubię francuski ser, nazywany przez nią „śmierdziucha”, pomidory, ogórki, jajka na miękko, suszi i wszelką surową rybę w tym śledzia i małż–trucizny, flaki, tatara, kawior, kraby, homary; a ona tego nie znosi.
– Mam pytania – przerywa Katz – jaki jest jej ulubiony obiad?
– Żaden – odpowiadam – dla mojego zdrowia Grażyna zabrania mi jeść.
– Czy masz jakieś doświadczenie z psychoterapią? – pyta dr Katz.
– Tak, brałem udział w psychodramie, rodzaju improwizacji teatralnej pod kierunkiem psychiatry, w której „aktorzy” relacjonują historie swoich stresów. Wszedłem na scenę i powiedziałem, że zdradzam żonę… z lodówką; gdy ona przyłapie mnie z otworzoną lodówką, wyciągającego kawałki żółtego sera, czuję się jak prostytutka.
Dr. Katz śmieje się od ucha do ucha i tak mówi: – Depresja jest dziedziczna, wiec wróćmy do wujka Zamutka, czy był to jedyny przypadek w rodzinie?.
– Nie – mówię mu – był jeszcze kuzyn matki Salek, który powiesił się na klamce gdy zdradziła go żona.
– Czy miał depresję? – pyta psychiatra.
– Nie wiadomo… – odpowiadam.
– Na razie nie widzę powodu, żeby przepisać ci środki uspakajające, ale będziemy szukać dalej – obwieszcza Katz i następną wizytę wyznacza za miesiąc.
– Co nowego? – pyta Katz na trzeciej wizycie – widzę, że jesteś w dobrym humorze?
Na co ja:
– Zaczęło się lato, wróciła mi chęć do pisania, którą określam słowem piszączka, kończę książkę, za tydzień lecę do Jerozolimy na dokrętki do filmu, który jest już w montażu.
– Nasza rola polega na słuchaniu – mówi rozpromieniony psychiatra i prosi żebym przyszedł do niego za pól roku, albo wcześniej, gdyby się pogorszyło.
Rozumiem, myślę sobie, psychiatrzy też muszą z czegoś żyć.
Marian Marzyński



Tryumf ducha nad materią. Niewątpliwie tak. Odkryłem to już dość wcześnie, kiedy skojarzyłem, że wystarcza widok wody płynącej z kranu, aby zbudzić nieprzepartą chęć, by się wysikać. Później wiele lat poszukiwałem widoku, który równie skutecznie budził we mnie chęć do pracy. Sukces mizerny, bo jedyna taka sytuacja to przebywanie w jednym lokalu z ekstrawertycznym nudziarzem. Przypominam sobie natychmiast o wszystkich pilnych i zaniedbanych czynnościach. Chcę być gdzie indziej i pracować. Czasem udaje się donieść ten nastrój do domu.