Punkt widzenia niewidomego pokazuje kraj, który pierwsze pieniądze boomu ekonomicznego wydal na infrastrukturę: lotniska, koleje, autostrady, urbanistykę. Z okien pociągu do Busan widać koreański standard mieszkaniowy: zastępujące tradycyjne domki 40-pietrowe wieżowce, połowa terenu przeznaczona na zieleń, podziemne garaże, z każdego pietra śmiecie wędrują podziemnymi kanałami do miejskiej sortowni, centralne ogrzewanie pod podłogami i centralne odkurzanie. W jednym z takich domów mieszka Anya z rodziną.
W pociągu do Busan jest nas 19 osób, rodziny nauczycieli szkoły międzynarodowej w Song-do: włoski Australijczyk z niemiecką żoną i dwojgiem urodzonych w Berlinie dzieci, Kanadyjczyk z Toronto ożeniony z Indonezyjką, którą poznał pracując w szkołach w bliskowschodnich emiratach, ich dwoje dzieci, brytyjski emigrant w Nowej Zelandii, jego żona Aniela, której babcia była jedną z polskich sierot wywiezionych z Syberii z armią Andersa, znajdujących schronienie w Wellington, ich troje dzieci, urodzona w Kopenhadze Anya, nasz wnuk Sen urodzony w Londynie i wnuczka Maia urodzona w Beijing, ich ojciec Dominique, syn brytyjskich emigrantów z wyspy Mauritius – i my.
Cala ta grupa znalazła się tu dzięki inwestycjom w międzynarodową edukacje, nastawionym na ściąganie z Ameryki koreańskich emigrantów, którzy nie będą musieli posyłać swoich dzieci do rygorystycznych szkół koreańskich, zapewniając im większe szanse na studia zagraniczne, po których w Korei znajda atrakcyjną pracą. Korea nie ma bogactw naturalnych, powiedział mi dyrektor jednej z międzynarodowych szkół, dzieci są ich jedynym bogactwem.
Jeżeli chcecie coś wiedzieć o Busan – zajrzyjcie do Internetu.
Marian Marzyński


