W niedawnej dyskusji skomentowałem większość artykułów, które teraz mamy w mediach (łącznie ze SO!!!). Dotyczą one (te artykuły) Trybunału Konstytucyjnego, polskiej demokracji, dziurawego budżetu państwa, itp. Mój komentarz był taki, że „herbata od mieszania nie robi się słodsza”, i żebyśmy przy tym mieszaniu nie zapominali, że najpierw warto dosypać cukier, a dopiero później mieszać.
Zaproponowałem, żeby każdy w swoim sumieniu wymyślił, co jest takim cukrem w Polsce, Europie, na świecie. Jednak Współautor ze SO, Luk (prawie Skywalker) stwierdził, że lepiej, gdybym jednak wyartykułował co mam na myśli. Wywołany do tablicy, artykułuję.
Sławna Pani Profesor psychologii Alice Miller napisała kiedyś, że każdy człowiek ma dwa w życiu problemy: mamę i tatę. Zgadzam się z Nią w 100%. Warto poczytać sobie, jak dzieci były traktowane w XIX wieku, żeby zrozumieć wszelkie okropności (na czele z wojnami światowymi i holokaustem) pierwszej połowy XX wieku.
Dlatego wszystkim Polakom jako pierwsze zadanie chciałbym dać następujące:
Wszystkie mamy i taty niech najpierw odpowiedzą sobie na fundamentalne pytanie:
Czy moje dzieci są szczęśliwe? Czy dziennie 50 razy się śmieją, a 500 razy się uśmiechają? Czy przez cały dzień wykazują nigdy niezaspokojoną ciekawość świata?
Ktoś, co prawda, nazwał taką ciekawość „dziecinną”, ale to złe określenie. Ciekawość taką mają tylko ludzie (w tym i dzieci) szczęśliwe.
Oceniam, że pozytywnie w Polsce na powyższe pytania może odpowiedzieć 5-10% rodziców. Pozostałe 90-95% powinno odpowiedzieć sobie na kolejne pytanie:
Co jest ze mną nie tak, że moje dzieci nie są szczęśliwe?
Odpowiedzi każdy taki rodzic powinien szukać przede wszystkim w swoim domu rodzinnym, ale nie tylko – w relacjach z żoną/mężem, w relacjach ze swoim szefem, a nawet w przyzwyczajeniach kulinarnych.
Od razu też wspomnę, że poziom szczęśliwości (mierzony, np., ilością wydzielanych hormonów szczęścia) w życiu dorosłym jest w dużej mierze ukształtowany w dzieciństwie, i jeżeli byliśmy za młodu za mało przytulani (fizycznie i psychicznie), to nasze geny uległy zdegradowaniu i trzeba wielkiej pracy psychoterapeutycznej, aby nasz organizm zaczął hormony szczęścia znowu produkować.
Przy okazji warto przytoczyć też wyniki badań prof. Jean Decety z Uniwersytetu w Chicago, które niedawno opisała p. Dorota Romanowska z Newsweeka. Otóż z badań tych wynika, iż „dzieci z religijnych rodzin są mniej altruistyczne i mniej chętnie dzielą się z innymi niż wychowane w duchu ateistycznym”. Poza tym, „dzieci z rodzin religijnych miały też mniejszą wrażliwość moralną i większą tendencję do bezwzględnego osądzania i karania nawet za niewielkie przewinienia”.
Badania naukowe mają to do siebie, że albo są rzetelne, albo nie. Wyniki prof. Decety są dla mnie oczywiste, ale ludzie religijni mogą mieć inne zdanie. Dlatego duże pieniądze powinno się w Polsce (kraju zdominowanym przez wychowanie religijne) przeznaczyć na powtórzenie tych badań.
Ale co z tym cukrem, ktoś spyta. Zaraz do cukru dojdziemy.
Dwie tezy, które chciałbym postawić, są następujące:
- Podstawową różnicą między Wyborcami PiS, Kukiza, czy Korwina, a pozostałymi partiami, jest poziom szczęśliwości. Ci pierwsi mają ochotę innym dokopać, ci drudzy wręcz przeciwnie.
- Nigdy nie będziemy szczęśliwi, kiedy nasze dzieci nie będą.
Naukowcy (psychologowie, neurolodzy, socjologowie) powinni tezy te naukowo sprawdzić, ale nie jest wielkim ryzykiem społecznym uznanie już teraz, że najważniejszym cukrem, który powinniśmy dosypywać do naszej Polski (i nie tylko Polski!) jest zadowolenie z życia naszych dzieci. Jeżeli one będą zadowolone, to i my będziemy, a wtedy poparcie dla agresywnych zachowań naszych polityków spadnie do zera.
Zaczynamy rok 2016. My z Żoną zaczęliśmy od obejrzenia filmu „Zupełnie Nowy Testament”. Dawno nasz poziom szczęścia nie wzrósł tak bardzo! Polecam Wszystkim!
Latająca krowa-bombka z naszej choinki (na zdjęciu) niech też Wszystkim poprawi nastrój.
Hazelhard



„Badania naukowe mają to do siebie, że albo są rzetelne, albo nie. Wyniki prof. Decety są dla mnie oczywiste, ale ludzie religijni mogą mieć inne zdanie.”
*
No wybacz, ale co ma pierwsze zdanie wspólnego z kolejnym?
Badania są rzetelne dlatego, że odpowiadają Twojej wizji świata? A ludzie religijni uznają je za nierzetelne, bo ich wizji nie odpowiadają?
*
Badania są rzetelne wtedy gdy prowadzone są zgodnie z metodologią przyjętą dla tego typu badań i nic poza tym. Ani Twoje, ani niczyje „zdanie” na ich temat tego nie zmieni. Nie powinno zmieniać, bo wówczas od nauki będziemy dość daleko, niezależnie od poglądów na to i owo.
*
Nie mając pojęcia o metodach pracy prof. Decety mogę jedynie zakładać ich rzetelność dopóki nie natrafię na recenzję wykazującą błędy jakie popełnił.
Póki nie natrafię, podzielam Twój pogląd i życzę Ci w nowym roku dziecięcego szczęścia 🙂
Tego chyba nam dorosłym najbardziej na co dzień brakuje 🙂
Masz rację, ale…. O tym „ale” napiszę dłuższą notkę. Problem w tym, że większość Dzieci nie jest (niestety) szczęśliwa. Jak One będą, to i dorośli (w tym i ja) będą.
Pzdr.
Szanowny Hazelhardzie,
Film: cudowny belgijski absurdzik, ( szczególnie dobrze wyczuwalny jako taki, kiedy się opuści kwatery EU). Pewna strona internetowa zakłada już, że ten film może obraźić uczucia religijne… ( Może nie dojdzie do podpalenia kina:)
Co do szczęścia, to moja dorosła dziś córka, kiedy była nastolatką, stwierdziła, że szczęście istnieje poza szkołą. Zamiast na lekcje, szła do muzeum, biblioteki, albo na ławkę do parku czytać. Uznaliśmy w końcu jej wizję szczęścia. Maturę zdała przed państwową komisją egzaminacyjną ( to nie działo się w Polsce).
Trudno mi życzyć innym Rodzicom, by musieli borykać się z poszczególnymi wizjami szczęścia swego potomstwa.
Co do endorfin, hm, wydzielają się niestety również podczas zgoła nie godnych naśladowania aktów masochistycznych jak i sadystycznych.
Wspomniany przez Pana J. Decety zajmuje się empatią. Gdyby tak bardziej niż na poszukiwanie szczęścia udać się na misję „aktywizacji” empatii?
Ps. Córka nie ustaje w przekonaniu, że Epikura należałoby odkurzyć z sadzy wyprodukowanej w nadmiarze przez miłościwie panującą nam religię.
Oczywiście szkoła w obecnym wydaniu to jedno wielkie nieszczęście. Nie tylko dla Dzieci, ale i dla wszystkich. Jest to jednak temat na osobną notkę. Reforma szkolnictwa jest to coś, co jest drugim cukrem Hazelharda. Napiszę o tym wkrótce.
Co do endorfin, to jak sadysta z masochistą sobie wzajemnie usługi czynią, to mi nic nie przeszkadza. Natomiast jeżeli jakiś sadysta chciałby czynić krzywdę innym, to państwo powinno być tak zorganizowane, by represje po czynie przestępczym skutecznie zmniejszyły wydzielanie tych endorfin.
Pzdr.
@carotis nie da się go aż tak odkurzyć, ponieważ jest to kwestia potrzeb, a te rozłożone statystycznie w populacji produkują tyle kurzu, że miotełek nie starczy.
Dla większości naszego gatunku twierdzenie, że wszystko pochodzi z boskiego aktu stworzenia ma taką samą wartość, jak twierdzenie o istnieniu czarnych dziur i trzeba ten stan przyjąć ze zrozumieniem/rezygnacją.
Na dodatek religie lepiej odpowiadają ludzkiej umysłowości, bo dają to czego nauka nigdy człowiekowi nie da – święty spokój. Wg nich wszystko od początku do końca wiadomo, a to przecież jest warunek spokoju ducha. Nawet Epikur powinien z tym się zgodzić, bo lęk, niepokój, to przecież nic innego jak zawada w osiągnięciu stanu, który on uważał za najważniejszy dla ludzkiego życia.
Inna rzecz, że religie z czasem kostnieją i nie rozwijają się nawet w kierunkach, w których mogłyby to czynić. W czym np. twierdzenie o cykliczności wszechświata przeszkadza religijnemu przekonaniu o akcie stworzenia? Moim zdaniem w niczym, dałoby się je pogodzić. Z możliwym istnieniem planet podobnych do Ziemi już gorzej, ale przy odrobinie teologicznego wysiłku też jakoś by sobie z tym poradzono.
Ale takich wysiłków się nie robi, bo rzecz ma być prosta i łatwa do przyjęcia dla większości.
I tak w kółko Macieju…
Każdy z nas umie dosypać sobie cukru, wie ile tego pragnie a jak przesadzi to nie miesza bo wody mało i będzie za słodko.
Dla mnie lepiej jak zostaje na dnie szklanki, a inni mieszają i stale dosypują, de gustibus…
Teraz chochlę w łapach mają byli opozycjoniści i guzik ich obchodzi co kto lubi.
Ma być tak jak im smakuje, więc mieszają i cukru nie żałują, na jakiś czas powinno starczyć.
Problem w tym że cukier jest zaliczony do używek..
Co to znaczy szczęśliwy? Szczęśliwy to może być tylko człowiek bardzo nieszczęśliwy. Ja to jestem tylko zadowolony z życia. Ono mi się bardzo podoba. Przecież każdemu człowiekowi się dużo więcej nie udaje, jak udaje. To jak jemu się coś udaje i on jest z tego zadowolony, to jak jemu się coś nie udaje, to on jest tylko niezadowolony, albo się tym wcale nie przejmuje. A jak człowiek z rozmaitych powodów robi się łatwo szczęśliwy, to on prawie, co dzień jest nieszczęśliwy, bo powodów do nieszczęścia to on ma dużo więcej, jak do szczęścia. Taki człowiek, co jest tylko zadowolony z życia, to on lubi życie. A taki człowiek, co jest często szczęśliwy, to on częściej myśli, jak się otruć albo utopić.
Szewc Aronek Gruszka spod Radomia
Wg Michała Strzemskiego, 1996
Co do cukru, to bez niego mózg nie pracuje. Kiedy już zaczyna pracować, to należy się zastanowić, czy nadmiar nam nie zaszkodzi. Jedni mogą spożywać cukier bez ograniczeń, inni nie za bardzo.
Co do szczęścia, to miarą jest stosunek wydzielanych substancji fizjologicznych szczęścia do ilości substancji fizjologicznych nieszczęścia. Często jest tak, że chwilowe szczęście (np., po zażyciu narkotyków) okupione jest wielkim nieszczęściem. Dlatego warto spożywać trochę cukru, aby nasz mózg potrafił oszacować wpływ naszego postępowania na wydzielanie obu rodzajów tych substancji.