Jeśli ktoś sądzi, że historia to temat, o którym można mówić jedynie w czasie przeszłym, jest w błędzie.
Często bywa bliżej nas, niż sądzimy, zaskakuje, wciąga w swoje wiry i to niekoniecznie w czasie politycznych sporów, w czasie których tak chętnie (choć nie zawsze słusznie) odwołujemy się do jej doświadczeń.
Bywa przede wszystkim wspaniałą przygodą z jednej strony zaspokajającą potrzeby intelektualne, bo zmuszającą do poszerzania i umiejętnego wykorzystywania wiedzy, a z drugiej pozwalającą poczuć się jak za młodych lat Indianą Jonesem i to zapewniając osobiste uczestnictwo w ramach tworzonej na bieżąco fabuły.
Chciałbym pokazać to na przykładzie, który pozwoli przekonać czytelnika, że na historycznej mapie wciąż widnieją białe plamy czekające na swoich Stanleyów i Livingstone’ów.
Wybitny ekspert w dziedzinie konserwacji kamienia i detalu architektonicznego, pani Maria Zakrzewska z Gdańska otrzymała od firmy deweloperskiej zlecenie konserwatorskiego opracowania przebudowy zabytkowego budynku w Gdańsku Wrzeszczu, w którym niegdyś mieściło się kasyno pruskich leibhuzarów. Takie zlecenia to norma, przepisy nie pozwalają na prace budowlane w obiektach zabytkowych bez konserwatorskiego nadzoru.
Zwykle na początku opisuje się historię obiektu i – na ile to możliwe – jego przeszłą funkcję oraz wyposażenie.
Historia gdańskich leibhuzarów jest stosunkowo krótka, ale wystarczająco ciekawa, by zająć się nią szerzej.
Każde wojsko ma swoje jednostki elitarne, nie zawsze przedstawiające wyższą wartość bojową od innych, za to honorowane obecnością na wszelkich uroczystościach oficjalnych, w przeszłości zaś – formalną przynależnością do ich składu najwyższych państwowych dostojników z rodziną panującą włącznie.
Ta tradycja obejmowała także pruskich huzarów, których realna wartość bojowa należała wprawdzie do przeszłości, ale iście operetkowy strój przyciągał wzrok na wszystkich paradach, a co za tym idzie zapewniał im popularność wśród tzw. publiczności, co z kolei skłaniało rodzinę panującą do osobistego „dowodzenia” ich oddziałami, by choć część sympatii obywateli spadła na głowy sprawujących rządy. Dość powiedzieć, że formalnym dowódcą jednego z oddziałów była nawet żona następcy tronu – Wiktoria Luiza.
Księżna bywała w Gdańsku niejako przymusowo, ponieważ jej mąż, następca pruskiego tronu został tam… zesłany za zbyt rozrywkowy tryb życia. Złośliwi zamiast zwyczajowego tytułu Kronprinz obdarzali go innym, ponoć bardziej adekwatnym – Klaunprinz.
Miejsce „zesłania” nie było zbyt szczęśliwie wybrane, bo niedaleko był Osteebad Zoppot ze wszystkimi swoimi atrakcjami niekoniecznie nadającymi się do kruszenia grzesznych sumień, a mówiąc prawdę – wręcz przeciwnie.
O milę dalej gospoda w Adlerhorst (dzisiejsze Gdynia Orłowo) gdzie wyrzutów sumienia nie umieszczano w menu, za to okazji do jego zabrudzenia – pełną listę.
Od czasu do czasu bywał tam nawet cesarz.
Wielka uroczystość odbyła się w Gdańsku w 1901 roku, kiedy to przeniesiono tam z Poznania drugi pułk huzarów i jednocześnie otwarto nowe kasyno.
Zjechał cesarz ze świtą, wśród której znajdował się znany nam wszystkim malarz Wojciech Kossak. Jego obecność nie była przypadkowa. Do popularnego artysty napływały zamówienia z dworów panujących Europy, dwór pruski nie należał w tym względzie do wyjątków. W tym przypadku otwarcie nowego kasyna połączono z przekazaniem daru cesarza dla huzarów – trzech płócien Kossaka, które miały stanowić ozdobę wnętrza.

Te obrazy to: „Walka o sztandar w bitwie pod Heilsbergiem w 1807r.”, „Czarni huzarzy pruscy pod Dűsselward w 1758 r.” i „Szarża huzarów pruskich na baterię rosyjską pod Gross Jägersdorf w 1757 r.”



Kossak wkrótce po polakożerczej przemowie Wilhelma II w Malborku zerwał stosunki z dworem cesarskim, obrazy w kasynie pozostały.
To co dla nas obecnie jest interesujące, to pytanie jakie stanęło przed panią konserwator Zakrzewską: gdzie te obrazy znajdują się dziś? Oczywiście – nie w celu żadnego „odzyskiwania”, bo stanowiły one własność pułku, ale zarówno historycy sztuki jak i zainteresowani jej konsumenci lubią znać historię dzieł, zwłaszcza tworzonych przez tak sławnych artystów.
Okazało się, że wszelkie informacje na ich temat kończą się wraz z I wojną światową. Gdzie się podziały? Co się z nimi stało?
Nie było miejsca dla huzarów pruskich w nowo utworzonym Wolnym Mieście Gdańsku. Niedobitki dwóch pułków z końcem 1919 roku musiały się z niego wynieść. Dokąd?
Gazety gdańskie, które zawiadamiały o wyprowadzce kawalerzystów nie informowały o nowym miejscu ich pobytu.
Na ślad naprowadził przypadek. Lata 1919 – 1923 to okres wielkiego kryzysu finansowego w państwie pruskim. Po rewolucji berlińskiej 1918 upadł bank centralny, władzy nie sprawował tak naprawdę nikt, marka stała się bezużytecznym świstkiem papieru bez żadnej wartości.
A żyć było trzeba.
Miasta, gminy, rzadziej powiaty, zaczęły wystawiać tzw. notgeldy czyli pieniądze zastępcze o ściśle limitowanej emisji i ważne na bardzo ograniczonym terytorium, by umożliwić ludności jakąkolwiek wymianę towarową, czyli mówiąc po ludzku – zwyczajne zakupy niezbędne do biologicznego przetrwania.
I właśnie jeden z takich notgeldów naprowadził na ślad zaginionych obrazów Kossaka.

Rysunek na notgeldzie wystawionym przez Belgard (Białogard) na Pomorzu Zachodnim przedstawia obraz wiszący wcześniej w kasynie huzarów w Gdańsku. Sam napis zresztą informuje, że chodzi właśnie o gdańskich kawalerzystów.
Po sprawdzeniu okazało się, iż rzeczywiście pozostałości świetnych niegdyś pułków przeniesione zostały do Białogardu i wcielone do tamtejszych jednostek jazdy pruskiej. Jak widać – z wyposażeniem kasyna włącznie. Rysownik wzoru banknotu musiał przecież widzieć te obrazy, skoro użył ich za podstawę swojego projektu. Rysunki notgeldów zwykle pokazywały coś, co się w miejscu ich wydania znajdowało, co wyróżniało miasto czy gminę.
Potem zaczyna się historia mniej optymistycznie nastrajająca poszukiwaczy.
Kolejne reorganizacje w armii niemieckiej już za Hitlera spowodowały, że część jazdy przeniesiono do Słupska, a część w głąb Niemiec. Na razie nie dało się ustalić, czy w chwili wybuchu II wojny obrazy znajdowały się w kasynie w Białogardzie, choć wiele na to wskazuje.
Jeszcze gorzej przedstawia się perspektywa poszukiwawcza odnośnie roku 1945.
Jeśli do tego roku obrazy znajdowały się w Białogardzie to mamy dwie możliwości. Pierwsza – chroniąc cenne wyposażenie kasyna przed zbliżającym się frontem Niemcy wywieźli obrazy w kierunku na zachód, co jak wiemy, robili dość często w stosunku do cennych dzieł sztuki i innych przedmiotów wartościowych. Druga – nie zdążyli tego zrobić i obrazy wpadły w ręce Armii Czerwonej, której sztab mieścił się w tych samych budynkach, które wcześniej zajmowała niemiecka kawaleria.
Żadna z możliwości nie nastraja zbyt optymistycznie. Jeśli wpadły w ręce bolszewików, to szukanie niemal z góry skazane jest na niepowodzenie, bo muzea rosyjskie do dziś nie ujawniają wszystkich swoich zasobów, szczególnie takich, które mogłyby budzić wątpliwości co do prawnego ich posiadania.
Jeśli zdążono wywieźć je na zachód, to równie dobrze mogły stać się łupem zwycięzców, jak i trafić do prywatnych kolekcji, które dopiero poprzez spadkobierców odsłaniają swoje tajemnice.
Mimo wszystko temat: gdzie są zaginione trzy obrazy Kossaka porusza wyobraźnię historycznych poszukiwaczy, a to już wartość sama w sobie, bo nawet gdyby usiłowania zakończyły się niepowodzeniem, zyskiem jest dodatkowa wiedza, którą nabywa się w trakcie poszukiwań.
Każdy może być Indianą Jonesem. Gwarantuję, że przeżyte przygody będą nie mniej ciekawe, niż na popularnym ongiś filmie.
Jerzy Łukaszewski



Miałem kiedyś na ścianie Kossaka – „klacz (Emira) – Rzewuskiego, Multanarah, w rzędzie tureckim”. Wcisnęła go nam na siłę Simona (ostatnia tego nazwiska), jak jej pożyczyliśmy kasę na Malucha. Była to malowana „prima vista” akwarela (ale wykryliśmy parę ołówkowych kreseczek). Po pół roku jednak ją zdjąłem ze ściany, bo Domicella nie mogła dłużej ścierpieć na co dzień widoku kiksa mistrza (Juliusza) co zachował malunek (może, żeby zrobić lepszą kopię) bo nie miał już do dyspozycji modela.On tam coś generalnie się machnął przy prawej tylnej, co ją bolało. Nie tę klacz, tylko Moją, jak musiała na to patrzeć, przy śniadaniu. Bo Moja rysuje zwyczajnie dużo lepiej od najlepszego Kossaka, co jednak nie przekłada się proporcjonalnie na cenę rynkową jej dzieł. Chyba że umrze ( w przyszłym roku ma 90), ale Hokusai też sobie pożył, i też do śmierci nie był milionerem.
W Indiana Johnsa też się kiedyś bawiłem. Jest taki, bardzo poważany w Niemczech Bruno Müller-Linow. bo to rzeczywiście znakomity malarz. Przeszukałem kiedyś pół Lęborka, by znaleźć jego obrazy, co musiał je zostawić, w swojej pracowni, wysiedlany przymusowo po wojnie. Wynik zerowy.
Po przebudzeniu jeszcze mi doszło: – ciekawy jest ten związek jazdy konnej z tematem śmierci. Bo już ci od Apokalipsy, to jeźdźcy. Potem,u Dürera, mamy śmierć na koniu. I dalej, u Niemców właśnie „Die Toten reiten schnell”, i „Reiter auf dem Bodensee”. I w ogóle ten romantyzm. Na tej fali zapewne ci huzarzy, budzić mający grozę, jako morderczy, albo straceńczo odważni. Ale to się nie ograniczało do Niemców. Bo pamiętam znakomitą powieść W. Kawerina „Dwaj Kapitanowie” (czytałeś? pewnie tak). Tam jest wyjątkowy paskudnik, Gajer Kuli, co też służy w jakiejś formacji „dragonów śmierci”, z trupimi czaszkami na czapkach. I tyle lat później, na drugiej półkuli, różne oddziały morderców to też są „szwadrony” śmierci. Chyba, że po drodze włączyła się w to groza nalotów ( bo też „eskadra”).
Motyw z zaginionego obrazu Kossaka to znajdziemy na notgeldzie słupskim.
https://www.deutsche-digitale-bibliothek.de/binary/OFXHWE5JX53M5WA25JHZJRI3NWHBSHQK/full/4.jpg
@Andy zgadza się. Było jeszcze kilka mniejszych miejscowości, które wypuściły notgeldy z huzarami. Idąc tym tropem trafia się na właściwy ślad.