– Zanim ruszę, muszę panu wyrazić uznanie — mówi taksówkarz z brzuchem — czy domyśla się pan za co ? – Nie mam pojęcia. – Bo zamówili taksówkę na gościa z Ameryki, wygląda pan na człowieka sukcesu, a tu w komputerze widzę nazwisko Marzyński, jak to się można dorobić w Ameryce z takim czysto polskim nazwiskiem i tak czystą mowę mieć jak pan? – Wie pan, nigdy się nad tym nie zastanawiałem, odpowiadam — u nas czysto amerykańskich nazwisk jest coraz mniej.
– No właśnie, super kraj, tylko dlaczego wiz dla Polaków nie znosicie? Mnie tam Ameryka nie imponuje, ja kocham Polskę, ale gdyby te odciski palców tak mnie na honorze nie bolały. Na Alaskę albo do Grand Canyon bym się wybrał – Nie znoszą wiz – tłumaczę — bo liczba Polaków, którzy pozostają poza terminem ważności wiz turystycznych przekracza próg zaufania – Tego nie wiedziałem — zamyśla się gruby taksówkarz — u nas się mówi, że nas lekceważą, a ja tego nie lubię, bo kocham Polskę.
– A czy wie pan, że zanim się panu skończy 6-miesięczna wiza i napisze pan do urzędu emigracyjnego, że kocha pan Alaskę i chciałby tam spędzić drugie sześć miesięcy — rozczulam go — to w momencie przyjęcia takiej prośby jest pan legalnie dopóki urząd panu nie odpowie, a trwa to często więcej niż sześć miesięcy? – Super, super, super, ale dlaczego to tak jest? -Bo tam, proszę pana, państwo kocha obywatela, nawet turystę, a obywatel państwa nie musi. – Ładnie pan powiedział, zmienił pan człowieka, dlaczego u nas tak nie ma? — zapytał i zatrzymał się przed urzędem stanu cywilnego.
Mam złożyć tak zwany wniosek (to słowo jest kluczem do mojej pogardy dla jakiekolwiek urzędu), o wydanie kopii metryki urodzenia twojego i mojego, 50-letniego synka Bartoszka, który w wielkich bólach porodowych urodził się w szpitalu na Bielanach, a teraz chce mieć obywatelstwo polskie. Pamiętasz, jak kiedyś prosiliśmy w innym polskim urzędzie o peselka, a ty każde zdanie urzędniczki komentowałaś mi do ucha: idiotka?
Teraz te urzędniczki są już na zusie, a pojawiły się młode „czym mogę służyć” panie, a że ludzi było mało, ja z numerkiem siadam sobie przed nią, a ona z góry tak mnie przeprasza: – Gdyby przyszedł pan jeszcze dwa dni temu, to miałabym dla pana wyciąg w ciągu 20 minut, niestety teraz to będzie 30 dni, maksimum tego co urząd ma zapisane w konstytucji, a wyjaśnię panu dlaczego: przechodzimy na cyfryzację, a koledzy się nie wyrabiają.
– A niech pani zgadnie, co mnie to obchodzi? — pytam z ujmującym uśmiechem. – Ja bym na pana miejscu to samo pytanie zadała — odpowiada ona — ale jesteśmy w urzędzie, ja tu panu wszystko sama wypełnię, niestety kartą kredytową płacić nie można, pójdzie pan kilka schodków do metra , tam jest bankomat, a ja pana numerek przełączę do inkasentki, żeby pan nie musiał czekać.
Inkasentka jest z czasów PRL i w takie odzywa się słowa: – No tak, każdy daje stówę, a urząd nie ma do wydania reszty. Po czym sięga do swojej torebki i wyciąga drobne. Na co ja: – To co pani robi wygląda na przekręt. – Ja, na przekręt? Ja tylko pomagam urzędowi, bo skąd ma wziąć drobne? – Z banku — walę prosto z mostu. – Urząd do banku nie chodzi — informuje mnie inkasentka i wydaje reszty, ale o 10 złotych za dużo, bo liczyła palcami. – No widzi pan? Pan też pomógł urzędowi.
Marian Marzyński


