Od lat przyjaźnię się z kolegą z lat szkolnym Baczki, podobnie jak ja byłym jezuitą. Nie wiem czy chciałby, bym jego nazwisko wymienił, więc niech to pozostanie tajemnicą. Właśnie od niego dowiedziałem się jak bardzo Bronisław Baczko był wierny przyjaźniom i jednocześnie jak bardzo dyskretnym był człowiekiem. Razem chodzili do jednej klasy w gimnazjum we Lwowie (tam młody Baczko znalazł się po ucieczce z Warszawy po wybuchu wojny) do czasu hitlerowskiej agresji. Chciał pozostawać w cieniu to mu się tak dalece udało, że mało kto zauważył, że odszedł.
Owszem w Gazecie Wyborczej zaraz po śmierci ukazało się wspomnienie pod tytułem „Bronisław Baczko nie żyje. Był wybitnym filozofem, znawcą oświecenia, historykiem myśli społecznej”, ale nawet nie podpisane, kto je napisał. Tylko z przywoływaniem tekstów z przeszłości jego uczniów Marka Beylina („Baczko był wybitnym znawcą oświecenia i rewolucji francuskiej, twórcą legendarnego w latach 60. seminarium filozoficznego, jednej z enklaw wolności intelektualnej na Uniwersytecie Warszawskim, wrogiem publicznym reżimu komunistycznego w Marcu ’68. Jak nikt pokazywał Baczko tragizm oświecenia, bezradność filozofów tej epoki wobec obecności zła w świecie. Wyrywał oświecenie ze stereotypu płaskiej filozofii, czyniącej religię ze zwalczania przesądów”) i Marcina Króla („Prof. Baczko mniejszy wpływ wywarł poprzez wykłady, a o wiele większy poprzez książki. Dopiero kiedy jako dorosły człowiek opuścił Polskę i wyjechał do Szwajcarii, okazało się, że jest jednym z najwybitniejszych humanistów europejskich, a jego książki odegrały ogromną rolę”). To bardzo piękne i mądre słowa, ale nie można ich porównać z prawdziwą eksplozją omówień po śmierci kolegi Baczki, Leszka Kołakowskiego.
A przecież ich znaczenie jest porównywalne; choć każde porównanie jest idiotyczne to jednak zaciekawia ta dyskretna obecność/nieobecność Bronisława Baczki wobec medialnej przynajmniej obecności innych twórców (bo nie tylko Kołakowskiego) polskiej szkoły historii idei. Jedyną korzyścią owej dyskrecji jest brak jazgotu nacjonalistycznych bojówek, które odnotowują każdą obecność w kraju innego kolegi Baczki, Zygmunta Baumana.
Przynajmniej ten wymiar popularności w wolnej Polsce został zmarłemu Profesorowi oszczędzony. Pamiętali o nim jednak inni, poza Polską. Adam Ostolski we wspomnianym szkicu na łamach KP tak to ujął: „W odróżnieniu od równie wielkich kolegów, zaliczanych wraz z nim do warszawskiej szkoły historii idei, Leszka Kołakowskiego i Zygmunta Baumana, nigdy nie wziął na siebie brzemienia popularności”.
Za Wyborczą dodajmy, że „w 2011 roku Bronisław Baczko został uhonorowany najważniejszą dla historyków w Europie nagrodą Eugenia Balzana za badania nad oświeceniem. Z polskich historyków tę nagrodę, zwaną włosko-szwajcarskim Noblem, wcześniej otrzymał jedynie Andrzej Walicki”. No i syntetyczny opis jego intelektualnej i życiowej drogi: „W młodości Baczko był zaangażowanym komunistą, oficerem politycznym Ludowego Wojska Polskiego. Z wojska został oddelegowany na wydział filozofii. Stopniowo przechodził na pozycje rewizjonistyczne. W latach 60. występował w obronie swobody akademickiej. W marcu 1968 r. wziął w obronę zbuntowanych studentów, za co został wyrzucony z uniwersytetu, otrzymał zakaz publikacji, aż w końcu został zmuszony do emigracji. Od 1974 r. związany był z Uniwersytetem Genewskim, został też profesorem honorowym tej uczelni”.
Tak więc odnotowuję odejście kolejnego mędrca, którego obecność i mądre komentarze czyniły ten świat bardziej zrozumiałym i na koniec przywołam trafne spostrzeżenie Ostolskiego: „Dziś, gdy wartki nurt historii znowu przyspiesza, potrzeba historycznej dojrzałości staje się wyjątkowo paląca. Nie istnieje żaden „przywilej późnego urodzenia”, który oszczędziłbym nam czekających nas wyzwań i dylematów. Nadchodzą mroczne czasy. I choć nie sposób szukać w bibliotekach przewodników po przyszłości, trudno przecenić oparcie, jakim mogą być książki tych, którzy, tak jak profesor Baczko, mierzyli się z mrokami historii swoim życiem i myślą”.
Stanisław Obirek


