2016-11-04.
Im bliżej amerykańskich wyborów, tym bardziej prawdopodobny staje się scenariusz nieprawdopodobny, czyli Trump w Białym Domu.
Okazuje się, że publiczność z jakiegoś względy wkurzona, i/lub niezbyt rozgarnięta, i/lub umiejętnie ogłupiona, pod każdą szerokością geograficzną lgnie ku oszołomom. Ta mało elegancka i niezbyt pogłębiona obserwacja naszła mnie dziś, gdy jadąc samochodem z Los Angeles do San Francisco, z grubsza w połowie drogi zatrzymałem się w małym miasteczku o nazwie San Miguel, w gminie San Louis Obispo. Miasteczko ma ponoć 1400 mieszkańców, choć w południe dostrzegłem zaledwie kilkunastu. Dostrzegłem także, bo niepodobna było go nie dostrzec, wielki napis: Donald Trump – Mike Pence. Innego nie było. Zaryzykuję, że wiem na kogo mieszkańcy zagłosują we wtorek.
W ramach propagandy i agitacji do sandwicza z kurczakiem i dużej Pepsi (małej nie było) dostałem „New Times”, gazetę gminy San Louis Obispo (280 tysięcy mieszkańców, trzeci po dolinach Napy i Sonomy producent win w Kalifornii, kilka ładnych nadmorskich miasteczek, słynny Hearst Castlle, no i Paso Robles, gdzie najznamienitszym obywatelem był Ignacy Paderewski).
Przy dużej Pepsi wertuję tygodnik i mój wzrok pada na artykuł pod tytułem „Spuścizna destrukcji”. Autor, Al Fonzi, przewodniczący Partii Republikańskiej w gminie, i emerytowany podpułkownik wywiadu wojskowego o 35 letnim stażu od pierwszych słów wali z grubej rury: „Przez te wszystkie lata, kiedy obserwowałem „lewicę”, ani razu nie przyznała się ona do odpowiedzialności za nieszczęścia, jakie spowodowała, ani do społeczno-gospodarczej katastrofy, która zostawiła po sobie zniszczony kraj, ani do usprawiedliwiania tyranów. Do głowy przychodzi Mur Berliński i Kuba ze swymi więzieniami przepełnionym więźniami politycznymi, oraz miasta Ameryki zżerane przez przestępczość, desperację i biedę zinstytucjonalizowaną przez lewicowe przywództwo. Praktycznie każde miasto amerykańskie jakim przez ostatnie 60 lat zarządzali lewicowi politycy – Partia Demokratyczna doświadczyło fiaska systemu edukacji, podziałów rasowych i strukturalnej biedy. Do Partii Demokratycznej należy ta spuścizna, podobnie jak założenie Ku Klux Klanu i promocja stereotypów rasowych przez Hollywood.”
Pan pułkownik darował Demokratom — a przecież nie musiał — tsunami, trzęsienia ziemi w Japonii, zamachu na papieża, i kilku innych tragedii ostatnich dekad. Ale ilu z czytelników lub mieszkańców gminy – muszę dodać, że Al Fonzi produkuje się w również w telewizji – wie, że przez większość świadomego życia pana przewodniczącego w Białym Domu zasiadał prezydent z jego partii, a nie lewicy, jeśli za taką uważa Partię Demokratyczną, a jego stanem przez 32 lat z minionego półwiecza rządził republikański gubernator?
To rodzaj wygodnej amnezji podobnej do tej, na jaką cierpi pan prezydent Andrzej Duda potępiając w czambuł rządy minionych 26 lat, zapominając przy okazji, że Lech Kaczyński był w tym czasie prezydentem, a wcześniej ministrem sprawiedliwości, a jego mistrz Jarosław Kaczyński premierem. I że sprzedajny układ zawarty w Magdalence nie odbył się wtedy, gdy byli na przymusowym zesłaniu na Elbie.
Andrzej Lubowski



Wystarczyło wcześniej zauważyć ten rosnący poziom frustracji i jego przyczyny. Zastanowić się nad stanem i skutecznością edukacji. Gdyby establishment Partii Demokratycznej nie uznał Berniego Sandersa i jego elektoratu za lewackich oszołomów i nie forsował Hillary Clinton jako jedynego możliwego kandydata to sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej.
sądzi pan, że Kalifornia mogłaby się obrócić ? nie sądzę, zwróciłbym większą uwagę na Północną Karolinę i Pensylwanię, choć Clinton zdaje się, nieźle sobie na razie radzi na ważnej Florydzie. A propos Bernie Sandersa, konsekwentnie zaangażował się w kampanię Clinton. Istotnie jego dość lewicowe poglądy były nie do zaakceptowania przez większość polityków partii demokratycznej, na co zwrócił pan kiedyś tu uwagę, lecz Sanders ma także po prostu klasę. Ciekawe czy klasę będzie miała Hilary prrzedstawiając mu propozycje. Zacytujmy Sandersa z jednego z ostatnich wieców wyborczych dla Clinton, warto:
„Jest wiele, wiele różnic pomiędzy Sekretarz Clinton i panem Trumpem, ale jest jedna, która jest bardzo, bardzo znaczącą (…) Pani Sekretarz, proszę mnie poprawić jeżeli się mylę gdyż nie chciałbym mijać się z prawdą mówiąc za panią:
Sekretarz Clinton wierzy w naukę !
Ja wiem, stawiam ją w trudnym położeniu – 2016 i wierzyć w naukę to trochę niebezpieczne, a co mi tam ! „
Nie chcę zaklinać rzeczywistości, ale jednak jestem przekonany, że USA wybierze lepszego kandydata. Amnezja, o której wspomina Andrzej Lubowski, to potężny napęd dzisiejszej polityki. Nie tylko zresztą w Polsce. Jednak odruchy zdrowego rozsądku jednak całkowicie nie wygasły. Polecam wstępniak z ostatniego The Economist: http://www.economist.com/news/leaders/21709540-why-we-would-cast-our-hypothetical-vote-hillary-clinton-americas-best-hope
Myślę, że to nie jest głos odosobniony.
Trump odbył szybkie szkolenie w PiS – Ameryka też jest w ruinie, też grożą jej imigranci (a najbardziej ci, którzy już mają poczucie bycia rdzennymi Amerykanami), nie lubią socjalistów i co najgorsze nie czytają The Economist tylko New Times, mając takie samo pojęcie o gospodarce jak Kaczyński. Poza tym, tak całkiem po prostu – ci w San Miguel i nie tylko – nie mają pojęcia co to znaczy odmrozić sobie uszy na złość mamie. Jeżeli jednak polityka Kaczyńskiego (ten sam The Economist nie ma wątpliwości, że nie jest to polityka Dudy czy rządu polskiego) jest kłopotem dla Unii, która nie bardzo wie jak sobie poradzić z Kaczyńskim – o tyle zwycięstwo Trumpa może się okazać dużym kłopotem dla świata. Tym bardziej, że nawet jeżeli wygra Clinton będzie musiała wyciągnąć wnioski z akceptacji społeczeństwa dla niektórych pomysłów Trumpa i uwzględnić je w swojej polityce.
Trump nie ma żadnych pomysłów, które można uwzględnić w polityce. Trump prezentuje złudzenia.
Nie ma pomysłów? Ależ oczywiście, że ma – jak choćby obniżenie podatków dla przedsiębiorców i gospodarstw domowych, szlaban (a raczej mur) dla Meksyku na import towarów i imigrantów, renegocjacje TPP, obniżenie wydatków budżetowych… I nawet jeżeli wiemy, że jest to ułuda wyborcza, niosąca w konsekwencji spadek wartości $ w stosunku do jena czy € i podwyżkę stóp procentowych ze strony FED mleko się już wylało. Spirala oczekiwań już została podkręcona.
Jak będzie zobaczymy za dwa dni. Ja mam osobiście nadzieję, że jednak demokratyczna kandydatka zrobi historię, i będzie pierwszą kobietą, prezydentem Stanów. Oczywiście dziś pewności żadnej nikt nie ma. Ale we wtorek zagłosuję na Clinton i Demokratów.
.
Pan Al Fonzi, szef lokalnych republikanów San Louis Obispo ma trochę racji.p pomimo swojego zaślepienia. Duże skupiska miejskie w Stanach rządzone przez dekady przez demokratów podupadały. Przykładem, o czym na łamach SO już wspominałem kilka lat temu, Nowy Jork, gdzie po Demokratach Rudolf Giuliani zastał 1,5 miliona ludzi na kartkach żywnościowych a bezrobocie sięgało zenitu, bo podnoszący podatki demokraci powyganiali prywatnych przedsiębiorców do sąsiednich stanów. Kolejne rządy ludzi z prawej strony (Giulliani czy pierwotnie republikanin Bloomberg, który później określił siebie jako polityk niezależny) wyprowadzili finanse NYC na prostą, ograniczyli przestępczość, bezrobocie i liczbę otrzymujących kartki żywnościowe. Dziś Giulliani to zupełnie inna historia, ale jako burmistrz NYC spełnił się znakomicie. Pamiętajmy, że rządził miastem jak Bloomerg, w którym tradycyjnie demokraci mieli większość zatem obaj nie mieli łatwo z miejscową legislaturą.
.
Ja bym to określił tak: Ameryce dobrze robi oświecony demokratyczny prezydent, ale często szkodzą miastom rządy populistycznych demokratów. Być może jest to różnica poziomów, kogo innego wybiera się na prezydenta (G.W. Bush był tu zapewne złym wyjątkiem od reguły), a kto inny i z niższej półki rządzi miastami. Nawet tymi największymi.
Emocje amerykańskie sa silne, jest tylko pytanie.
„Why are these two freaks America’s only choices? Could a population of 320 million really not produce better candidates than this?”
poprzestałbym na uwadze, jak w moim wcześniejszym komentarzu, że mamy do czynienia z kryzysem autorytetów, w amerykańskiej polityce. Donald Trump wygrał na fali społecznego niezadowolenia, które nazwał, a jako, że wygrał, znaczyłoby to, że nazwał je słusznie. Taka skuteczność to jednak jeszcze nie program natomiast ona program dookreśla. Ja mam nadzieje, że budując potrzebne Ameryce mosty, autostrady, odbudowując „inner cities” (w swoim pierwszym przemówieniu powiedział o podwojeniu wzrostu gospodarczego w co trudno uwierzyć, ale co ciekawe także o koniecznych inwestycjach w sektor publiczny, do czego byłbym przekonany) nie zapomni o inwestycjach w innowacyjność i jednak przekona się do potrzeby walki ze zmianami klimatycznymi. Wszyscy się pewnie trochę obawiamy jego polityki zagranicznej, w każdym razie teraz prezydent ma po swojej stronie obie izby kongresu i może zrobić dużo.
@PK: trudno wierzyć, że Trum przekona się do potrzeby walki ze zmianami klimatycznymi, skoro nazwał je chińską propagandą. Ten człowiek nie ma pojęcia o niczym. Umie bankrutować i podobno ma wyciągać kraj z zadłużenia? Jak? Przez kolejne bankructwo?
Na razie wywinął się od własnego kolejnego bankructwa zostając prezydentem. To co może zrobić dobrego zależy od tego w jakim stopniu pozwoli sobą kierować swoim doradcom, czyli zakładam ludźmi wykształconymi. Niedługo się okaże do czego jest zdolny.
Rozumiem i współczuję. 🙁
Tak samo się czułem rok temu, gdy wygrał niejaki Duda.