Przepraszam za ten tytuł, ale ponad 60 lat temu popłakałem się ze śmiechu patrząc w Poznaniu na ciężarówkę z napisem „Gęsi dla świata pracy”. Był to samochód dostawczy jakiejś spółdzielni rolniczej. Żyliśmy w świecie przyjaznym dla świata pracy, gospodarka oparta była na „Kapitale”, a wiedzę zdobywało się po znajomości, jako że dobra, socjalistyczna, zmiana, karmiła w szkołach firmową mieszanką, z której część była treściwa, a część zgoła odwrotnie.
Stałem na ulicy Grunwaldzkiej, kawałek dalej były tereny Targów Poznańskich, gdzie można było obejrzeć imponującą wystawę o Ameryce. Przed wejściem straszył tekturowy Wuj Sam, a w środku prezentowano wiedzę o cierpiących bezkresną nędzę Amerykanach, zaś z głośnika wydobywał się odstraszający slogan „Reklama jest dźwignią handlu”. Zwiedzając tę wystawę z ogromną ciekawością przyglądałem się twarzom osób oglądających eksponaty i podsłuchiwałem komentarze. Był to już czas odwilży i najwyraźniej strach zaczynał puszczać, bo ludzie nie ukrywali sceptycyzmu, jak również pozwalali sobie na jakieś ciche, zdecydowanie antypaństwowe chichoty.
Żyjemy w czasach nowych obietnic dla świata pracy i obawy przed planowaną reformą systemu oświaty wydają się być niepozbawione podstaw. Zdobywanie wiedzy po znajomości może być teraz nieco łatwiejsze, co nie oznacza, że nie będzie żadnych szkód, zgoła przeciwnie, należy się liczyć z tym, że młode pokolenie otrzyma naukę dla świata pracy dostarczaną, jeśli nie od poczęcia, to od pierwszej okazji.
Kto wie, może w tej sytuacji odrzucenie obowiązku szkolnego dla sześciolatków jest jeśli nie zbawienne, to łagodzące. Rodzice już się mobilizują, ale jak zwykle, tylko ci bardziej świadomi, porzucając na pastwę dobrej (oświatowej) zmiany przyszłość narodu, czyli dzieci rodziców oczekujących, że państwo dostarczy ich dzieciom pełnej strawy duchowej, wiedzy patriotycznej i zawodowej, gwarantującej niezdolność ucieczki na Zachód, nawet gdyby tam nas jeszcze chcieli. W tej sytuacji możemy podejrzewać, że będzie ojczyzna miała gospodarkę opartą na wiedzy jaka się zdarzy.
Samochód dostarczający gęsi dla świata pracy widziałem tylko raz i do dziś nie jestem pewien, czy on mi się aby nie przywidział, a wiedzy szukałem częściej w książkach popularnonaukowych niż w podręcznikach, bo z jakiegoś powodu autorzy podręczników nie wciągali. Nie mogę wykluczyć, że jest to stanowczy wymóg stawiany autorom podręczników, że muszą umieć pisać tak nudno jak to tylko możliwe, zaś konkursy wygrywają ci, którzy osiągają na tym polu mistrzostwo.
Nie pozostawało nic innego jak samodzielne poszukiwanie autorów, którym nikt nigdy i pod żadnym pozorem nie powierzyłby napisania podręcznika. Było trochę dobrych książek popularnonaukowych, ale jak na moje potrzeby zdecydowanie zbyt mało. Prawdziwe Eldorado zaczęło się, kiedy już byłem dorosły i mieszkałem daleko od socjalistycznej ojczyzny.
To wtedy, w latach 70. ubiegłego stulecia, pojawiła się cała generacja autorów twierdzących, że nie ma niczego takiego jak książki popularnonaukowe, że książki naukowe mogą być pisane językiem zrozumiałym dla szerokiej publiczności, i że naukowcy powinni nauczyć się pisać.
Nagle pojawiły się naukowe bestsellery. Wydawcy zwietrzyli duże pieniądze, zdawać się mogło, że pojawiło się nowe, zdumiewające oświecenie. Księgarnie eksponowały naukowe książki na najbardziej widocznych miejscach, mówiło się o nich w telewizji w popularnych programach, głośni autorzy naukowych książek stawali się celebrytami.
To dziwne zjawisko trwało prawie ćwierć wieku i naiwni mogli się łudzić, że oto narodził sie trwały popyt, a popyt będzie rodził coraz większą podaż, wpływając również na ospałe umysły reformatorów masowej oświaty.
Kontratak przyszedł z dwóch, może z trzech, a może nawet i z czterech stron. Faktem jest, że te naukowe bestsellery w dziedzinie fizyki, astronomii, biologii i innych pisane były nieodmiennie przez nie tylko świetnych naukowców, ale i zagorzałych humanistów (mających nierzadko znacznie głębszą wiedzę filozoficzną od dyplomowanych znawców), sceptyków i ateistów. Ta paskudna mieszanka świetnie podanej wiedzy ścisłej oraz filozoficznej budziła niekłamaną irytację królewiąt nauki, czyli socjologów, politologów, teologów i temu podobnych. Z porośniętych pajęczyną pieczar wiedzy absurdalnie nieścisłej wychynęła potwora postmodernizmu, sącząca jad wiary w wyższość nieścisłości nad ścisłością, narracji nad rzeczywistością i pseudonauki nad nauką. Modne bzdury wylały się szeroką rzeką do mediów dla świata pracy.
Początkowo nikt nie wpadał w panikę, wydawcy nadal zamawiali książki u dobrze piszących naukowców, gazety biły się o najlepszych korespondentów naukowych. Po pierwszych latach transformacji podczas wizyt do Polski zauważyłem drobną zmianę, Eksponowane wcześniej półki z literaturą naukową, zastąpiły półki z literaturą religijną. Myślałem, że to tylko efekt Papieża-Polaka, ale niestety byliśmy w czołówce światowego trendu. Niebawem polscy wydawcy mieli zacząć tracić zainteresowanie przekładami literatury naukowej. Ten towar najpierw przestał przynosić duże zyski, a potem zaczął być deficytowy.
Postmoderniści w sojuszu z religijnymi dawali odpór, a Internet dopełniał zniszczenia papierowej książki. Nic to. Nowy, cyfrowy świat zaczął ujawniać swoje wspaniałe i swoje upiorne strony. Daje szanse tworzenia małych i dużych społeczności, znosi granice, ułatwia dostęp do wiedzy. Dobra i ciekawie podana nauka nigdy nie była tak powszechnie dostępna. Internet zdominowany jest jednak przez wiedzę dla świata pracy i korzystanie z jego wspaniałych stron wymaga przewodników. Społeczności są niszczone przez jego otwartość i zalew ścieków. Pseudonauka, religia, wszelkie formy przesądów i irracjonalizmu nigdy nie miały tak doskonałego medium. Nowa, cyfrowa cywilizacja wydaje się być cywilizacją chaosu, bez map i przewodników.
Solidna masowa oświata ucząca sztuki uczenia się, mogłaby w połączeniu z Internetem przyspieszyć rozwój społeczny. To marzenie jest absurdalne, bowiem dobra zmiana jest wszechobecna. Jedyną szansą wydaje się być tworzenie enklaw racjonalizmu, sceptycyzmu, fascynacji nauką. Najwspanialsze narzędzie świata pozostanie głównie w łapach demagogów i oszołomów, jest globalną tablicą ścienną, na której każdy wiesza sobie co chce i kiedy chce (na szczęście nie zawsze gdzie chce).
Mam wrażenie, że samochód z napisem „Gęsi dla świata pracy” powrócił na nasze ulice, że wróciła również wystawa „Ameryka, Ameryka” próbująca przekonać nas, że mieszkamy w najcudowniejszym, miejscu na ziemi, mam wrażenie, że grozi nam bardzo zła reforma systemu oświaty, systemu który wcześniej nie był dobry pod żadnym względem, a sztuki poruszania się w chaosie cyfrowego świata dzieci uczyły się same.
Dalej będą się tej sztuki uczyć same, ale czy uciekając od nauki dla świata pracy znajdą ułatwienia i drogowskazy docierania do nauki dla ciekawych?
Zapewne nie zdążę się już doczekać odpowiedzi na to pytanie. Zaniepokojeni rodzice wydają się zdawać sobie sprawę z tego, że ich dzieci będą jeszcze bardziej narażone na naukę dla świata pracy, ale nie wiem czy wiedzą, że poszukiwanie antidotum mogłoby być skuteczne nie tylko dla ich pociech.
Andrzej Koraszewski



Jest dobrze, a będzie jeszcze gorzej. Podstawa nauczania z historii mówi ponoć o „Solidarności”, ale bez Lecha Wałęsy, matematykę okrojono z trygonometrii (i słusznie, w katolickim kraju nie powinno się nauczać o trójkątach), do lektur dodano Rymkiewicza.
Za to gdyby Pan miał kłopoty ze wzrokiem, może Pan wpaść do Bydgoszczy.
http://ruslan.pecado.pl/upload2/readfile.php?file=ruslan/pociag3.jpg
Od razu lepiej, nie? 🙂
„Podstawa nauczania z historii mówi ponoć o „Solidarności”, ale bez Lecha Wałęsy.”
To jeszcze nic bo dramat jest większy. Tacy jak ja absolutnie nie mają głosu w debacie jakiejkolwiek w Polsce (czy to parlament, media czy szkoła) bo najgłośniej krzyczycie wy z obu stron barykady nie dopuszczając do głosu innych. Pan i koledzy jesteście akurat z tej innej strony barykady – powiedzmy tej przeciwnej wobec „dobrej zmiany” i się przekrzykujecie. Ja akurat czytam zupełnie inne książki – takie w których o przyczynach upadku Rosji pisze się długie rozdziały nie wspominając słowem o Solidarności czy jakimś Wałęsie, a za to pojawiają się długie analizy związane z ropą naftową i gazem i idącymi za tym zmianami gospodarczymi w Rosji i swoistej prywatyzacji państwowego biznesu. Taka narracja w Polsce nie pasuje zupełnie nigdzie bo nikomu się to nie opłaca – w sensie, że na tym ani pieniędzy nie można zrobić ani kapitału politycznego zbić (w sumie na jedno wychodzi).
Ja bym sobie życzył takich książek (choćby i fragmenty) w szkołach na podstawie których zaczniemy uczyć jak było naprawdę zamiast karmić ludzi mitologią. Bo cała ta Solidarność to jest tylko i wyłącznie mitologia – taka ideologia jak każda inna potrzebna jako propaganda do tłumaczenia zmian ustrojowych. Natomiast jeżeli ktoś chce zrozumieć co tak naprawdę się stało i co się dzieje obecnie to musi kompletnie zmienić narrację i uwolnić się od tej polskiej wojenki plemiennej. Tylko uprzedzam, że opowieść ta może być o tyle nudna, że nie ma tam jasno zarysowanych bohaterów ani tym bardziej czarnych postaci – takie to tylko w bajkach dla dzieci się pokazuje, a chyba nie chcemy cały czas dzieciom i młodzieży czytać bajek …
Niestety, Mickiewicz, świetny poeta, zwany nie wiadomo czemu wieszczem, ustawił kierunkowskaz na parę stuleci:
„Duchy karczemnej tworem gawiedzi,
W głupstwa wywarzone kuźni.
Dziewczyna duby smalone bredzi,
A gmin rozumowi bluźni”.
„Dziewczyna czuje – odpowiadam skromnie –
A gawiedź wierzy głęboko;
Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.
Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce.
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!”
Zawsze mnie ten wierszyk wściekał. Od czasu gdy go usłyszałem – czy przeczytałem, już nie pamiętam – po raz pierwszy. I już się nigdy do pana Adama M. i całego romantyzmu nie przekonałem. Fuj.
Wydaje mi się, że ten Białorusin uważający się za Polaka-Litwina, załatwił nas raz na zawsze. Nie ma przed nim ucieczki. Był nieprzeciętnie uzdolniony literacko, geniusz po prostu, bez dwu zdań. I dzięki temu językowemu geniuszowi wbił w głowy Polaków nieprzeciętne idiotyzmy.
Czymże panów Mickiewicz tak rozzłoscił? Tym, że miał rację? Wazne nie tylko statystyki, wzrost PKB i ciepła woda w kranie. Gdyby się o tym pani stało, to by teraz nie trzeba było płakać. 😉
A w czym miał rację?
Nie. Wolno mu tak sądzić – oczywiście – ale to jest pochwała duractwa. Na takim rozumowaniu opiera się wiara w szkodliwość GMO, antyszczepionkowcy, zwolennicy homeopatii, UFO oraz bioenergoterapeuci. Czyli komplet kretynów. Umówmy się: nic, co nie zostało ściśle udowodnione naukowo i naukowo zaakceptowane – nie istnieje. Przy czym „naukowo udowodnione” – to nie znaczy, że w to wierzy jeden profesor, nawet belwederski. Natomiast to, co nie jest naukowo udowodnione – nie istnieje i nie jest godne uwagi inaczej, niż – ewentualnie – jako otwarty problem do zbadania. Przez fachowców, nigdy przez zwykłego człowieka. I jeszcze jedno, bo to się narzuca – fachowcami od istnienia lub nieistnienia np. jakiegoś boga nie są duchowni.
A gdyby koś podejrzewał, że moje podejrzenia na temat historycznej ciągłości są głęboko niesłuszne, poniżej fragment wyczynów ideologów nowych czasów (chętnie się dowiem, że dałem się nabrać na głupi dowcip, ale boję się, że to prawda):
To i ja jeszcze dorzucę dzisiejszy przykład, nad którym po radości i dumie przyszło mi jednak potem zapłakać. Na liście laureatów I etapu Olimpiady Informatycznej, na której 20% to uczniowie LO im. Staszica w W-wie dojrzałam dwoje gimnazjalistów tamtejszego gimnazjum. I łzy wściekłości oraz bezradności stanęły mi w oczach, bo wyobraziłam sobie, że te przyszłe roczniki zdolnych zapaleńców będą wtłoczone w sztampę nudnej podstawówki. Odbierze się im radość zdobywania wiedzy na poziomie adekwatnym do ich zdolności.
@pirs +
Uwaga: choć nie jestem fanką Mickiewicza (i zgadzam się z wszystkich Państwa uwagami), stanę w jego obronie.
Ma Pan rację, Mickiewicz „ustawił kierunkowskaz”, ale ma Pan rację pod jednym warunkiem, że potraktujemy wiersz jak instrukcję montażu szafki.
Polska szkoła tak traktowała i wciąż traktuje sztukę. Tak traktują ją kuratorzy sztuki (wystarczy wycieczka do Zachęty, CSW ZUJ, MOCaku).
Jest jedna obowiązująca wykładnia tego „co poeta/artysta” miał na myśli. Żadnej dyskusji, uczeń/człowiek krytyczny przegrywa, uczeń/człowiek myślący czuje się samotny. Nauczyciel, kurator, krytyk wie lepiej. Wie na pewno.
Wiersz (obraz, film) nie jest utworem użytkowym, reklamą czy propagandą. I nawet jeśli jest, łatwo można go rozbroić. Jak? Wymuszając polemikę. U nas to nie do pomyślenia. A cenę płacimy choćby teraz np. w KODzie. Ludzie się kłócą, bo nikt nie uczył ich polemizować, argumentować, rozumieć, że ustępując nie jest się przegranym. itp.
Wróćmy do Mickiewicza. Wypowiada swoje zdanie i jest to świetna okazja dla nauczyciela, aby uświadomić uczniom dlaczego ma/nie ma racji. Właśnie takie utwory są utworami „otwierającymi” głowy. Wszystko inne jest przez „gawiedź” odrzucane z automatu. Nie ma szansy zakiełkować w umysłach i owocować mądrością w przyszłości.
Co robi nauczyciel? Jest za, albo przeciw, ale nie pozostawia uczniowi wyboru, pola do własnych dociekań. Więc uczeń pamięta to „za”, albo „przeciw” i daje sobie spokój z samodzielną analizą, z myśleniem. Działa ekonomicznie (jest rozsądny) – inwestuje czas w ZZZ (zakuć, zdać, zapomnieć).
A Mickiewicz?
Dostrzega „czucie i wiarę” – czy ich nie ma? Tak, „Mędrca szkiełko i oko” – jest niezbędne, aby świat się rozwijał, ale „czucie i wiara” pozwalają nałożyć kaganiec na „zimne” umysły, które wymyślają „nieludzkie” rzeczy – jedne dobre, inne złe.
Tak, „zimne umysły” pomagają swoimi narzędziami studzić serca i głowy, ale muszą mieć posłuch. Mają go, jeśli szanują „czucie i wiarę”. Niestety nie szanują, nie tylko ogrywają je (bez serca) w codziennej praktyce, jeszcze lekceważą. „Czucie i wiara” zlekceważone biorą odwet. I jest jak jest.
To oczywiście uproszczenie. I nie muszę mieć racji, bo nie o rację chodzi. Chodzi mi o to, że ten wiersz pozwala się spierać. Dopiero szukając Prawdy (a nie racji) ludzie znajdują mądrość. I sztuka jest dobrym (bezpiecznym) polem takich poszukiwać. Dzieło sztuki jest jak prototyp, jak symulator, na którym testujemy siebie. Warunek, ktoś musi nas poprowadzić, to musi być mistrz, a nie oportunista albo ideolog.
Polska szkoła (i społeczeństwo) stawia na „prawdę”, a nie na Prawdę. Dotąd była to nasza „prawda” (zamiast eksponować równouprawnienie i wolność wszystkich skupiano się na gender, LGBT, Holokauście, itp. – te tematy miały finansowanie. Wykluczano krytyków i inne tematy.), dlatego jutro będzie dominowała ich „prawda”, tak jak w mojej młodości obowiązywała opisana w artykule „prawda” socjalistyczna.
Świat nie jest dwubarwny, ale tę dwubarwność promują wszystkie strony konfliktu.
https://www.facebook.com/Podpisy-pod-obrazkami-w-MOCAK-u-170701933035964/?fref=ts
@ KONTEKSTY
Ta wypowiedź byłaby ciekawym materiałem na lekcję polskiego. Wątpię jednak czy udałoby się obronić to co napisał Mickiewicz stwierdzeniem, że w pewnych warunkach trzeba wziąć pod uwagę, że czucie i wiara są pożyteczne. Adaś w tym wierszu wypowiedział się jasno i jednoznacznie.
Oczywiście to nie jest jedyny „kierunkowskaz”. Nasi poeci, których awansowano na wieszczów, nie byli mądrzy ani niczego nie wieszczyli. Polska jako Chrystus narodów, cierpienie jako wstęp do wolności, przedkładanie wiary nad rozum itp. to są banialuki, wsparte na polskim katolicyzmie. Tam gdzie wiara jest najważniejsza tam nie ma miejsca na dyskusje.
Uczciwie mówiąc cały romantyzm (nie tylko ten polski) był reakcją niedouczonej bohemy na to, że naukowcy kradną scenę. Mickiewicz nie był oryginalny. Do prawdziwej rozpaczy doprowadza mnie do dziś „Frankenstein”. Od tamtej pory straszenie naukowcami, którzy nie wiedzą co robią, jest zawsze ogromnie romantyczne, a rzetelna wiedza całkowicie zbędna, za inspirację wystarczy jakiś wytłuszczony tytuł.
Książka dziewiętnastolatki, Mary Shelley czy różne adaptacje filmowe?
Pytanie zawiera odpowiedź, nieustający, ponadczasowy zachwyt dla bzdurnego bajania niedojrzałego umysłu. „Dziewczyna czuje – odpowiadam skromnie –
A gawiedź wierzy głęboko…”
Dziękuję za odpowiedź. Mój komentarz i od wczoraj czeka na moderację. Chyba był za długi.
@ PIRS+
Zgadzam się z Panami, ale ja nie napisałam, że „czucie i wiara” są pożyteczne, napisałam, że są. Napisałam także, że trzeba rozbrajać te podkładane przez „niedouczoną bohemę” miny ignorancji, podejmując rozmowę z „czuciem i wiarą”. Wiem, że „tam gdzie wiara jest najważniejsza tam nie ma miejsca na dyskusje”, że to daremny trud, że orka na ugorze, ale uważam, że to ważne, żeby rozmawiać, bo celem tego trudu nie jest nawracanie mas, ale wyłuskiwanie i obróbka diamentów, mimo że one na początku nie rokują.
No i zakładając, że nie ma szansy na dyskusję (nie ma z kim dyskutować), rezygnując z polemiki, oddajemy mecz walkowerem.
Naukowcy badają świat fizyczny, dzielą się swoją wiedzą. Dziś robią to „językiem bardziej zrozumiałym dla szerokiej publiczności”, ale nawet te dobrze napisane książki muszą trafić na podatny grunt. Czy nam się to podoba czy nie, naszym (i nauki) środowiskiem jest obecnie tzw. „bulion pierwotny”.
I ktoś powinien go wreszcie „sklarować”. Narzędziem „klarowania” może być dyskusja.
Tymczasem głos Bretano, który postuluje: „Ja bym sobie życzył takich książek (choćby i fragmenty) w szkołach na podstawie których zaczniemy uczyć jak było naprawdę zamiast karmić ludzi mitologią” i zauważa „tacy jak ja absolutnie nie mają głosu w debacie jakiejkolwiek w Polsce (czy to parlament, media czy szkoła) bo najgłośniej krzyczycie wy z obu stron barykady nie dopuszczając do głosu innych”, będzie głosem wołającego na puszczy. Żaden naukowiec nie pozwoli sobie na podejmowanie poważnej rozmowy z amatorem. Pamiętam co pisał Lem, jak ubolewał nad brakiem dostępu do źródeł, nad traktowaniem go jedynie jak pisarza science fiction, a nie badacza.
Jeśli nawet Lem nie przekonał naukowców, to jakie szanse ma Bretano? Żadnych, ale to Bretano zaintryguje czytelników tego artykułu i skłoni niektórych do samodzielnych poszukiwań zasygnalizowanych treści. Nie mając profesjonalnej asekuracji taki „amator” wiedzy wpadnie w sidła rzeczników „wiary i czucia”, nawiedzonych ideologów, fanatyków. I wsiąknie, bo nikt go nie nauczył jak odróżnić ziarno od plew, nikt nie dał mu żadnych „sit” do odziewania szlamu, i nikt nie zamierza podać mu ręki. Bo jedni i drudzy pouczają, a nie uczą. Indoktrynują, a nie uświadamiają.
Zawsze jest tak samo. Nie wiesz, to jesteś głupi. Czujesz to jesteś przeczulony. A w ogóle to, co ty tu robisz? Zawsze jest tylko ocena i wykluczenie.
Tymczasem kontekst społeczny jest jak tarcie. Kiedy zignorujemy tarcie, opór którego nie braliśmy pod uwagę uniemożliwi nam realizację zadania.
Umysły zainfekowane wiarą rezygnują z samodzielnego myślenia. Naukowcy powinni mieć to na uwadze, a nauki stosowane powinny stworzyć narzędzia do „otwierania i czyszczenia” zainfekowanych głów, do „ekstrahowania potencjałów”. Wtedy Mickiewicz, ksiądz czy kurator wystawy mógłby sobie pleść …, byłby nieszkodliwy. Niestety, nawet jeśli nauka zaproponuje jakieś narzędzia, ich rzecznicy zrobią z nich ideologię, a ta zamyka umysły.