A także cholerny, zasiarczony miał węglowy i inne świństwa, jakimi pali się w polskich piecach. O zatrutym polskim powietrzu pisze Hazelhard, wiadomo: od kilkudziesięciu lat. Wkurza go (mnie też) ignorowanie tego przez polityków, samorządowców i pseudonaukowców.
Ale – trudno, narażam się – jeszcze bardziej wkurza mnie tępota samych zatruwaczy.
Pomijam teraz piece i smog „londyński” (sądząc z prowęglowych deklaracji Beaty Szydło, szybko nie zniknie). Chodzi mi o smog fotochemiczny biorący się z rur wydechowych. To nim oddychają mieszkańcy wielkich miast. Oddychają, bo muszą, bo życie jest oddychaniem. Świadomość, że jest to powietrze zabójcze, niczego nie może zmienić. Istota żyjąca, jeśli nawet wie, że wciągnięcie powietrza ją zabije (komora gazowa) – musi dokonać wdechu.
Kazimierz Kutz mówił o swych śląskich krajanach: „Ci mężczyźni przez lata wdychali metale ciężkie, które są w tych smrodach na Śląsku – a w moich Szopienicach był wielki smród. I te wszystkie metale, o czym myśmy wtedy nie wiedzieli, osadzały się w kościach”. Tak samo jest ze smogiem – truje i niszczy zdrowie (rak, astma, zawał, zaburzenia czynnościowe mózgu itp.) – trzeba go jednak wdychać.
Czytam właśnie, że w ubiegłym roku Polacy znowu sprowadzili ponad milion samochodów, z czego 600 tysięcy to ponad dziesięcioletnie, bywa że piętnastoletnie, rzęchy. Niemal wszystkie na ropę i benzynę (zarejestrowano 556 aut na prąd, mniej niż 0,1 proc. wszystkich). Dochodzą do tego natarczywe reklamy starych i nowych marek („Nie przegap, wyprzedaż znakomitych roczników”). Powinny być zakazane, tak jak reklamy papierosów.
Blaszana plaga
Liczba zarejestrowanych w Polsce pojazdów przekracza dwadzieścia milionów. (Na świecie dawno przewyższyła miliard). Samochody są nie tylko źródłem smogu. Zajmujemy drugie miejsce w Europie pod względem liczby śmiertelnych ofiar wypadków drogowych. Pod kołami aut ginie kilka razy więcej pieszych niż w Europie, mimo to jeszcze za rządów PO-PSL senat odrzucił projekt ustawy nakazującej zatrzymywanie się samochodów przed przejściem dla pieszych. Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego przyjęła w swym programie zadanie obniżenia o 50% liczby zabitych i o 40% ciężko rannych. Konkrety są takie: w 2020 roku ma być maksimum dwa tysiące zabitych i 6 900 ciężko rannych.
Polska jest najbardziej zakorkowanym państwem UE, z najbardziej zatłoczoną stolicą, gdzie zarejestrowano grubo ponad milion aut. Gorzej jest tylko w Moskwie i Stambule. W Berlinie samochodów jest o ponad połowę mniej. Wiele miast, np. Paryż i Oslo, poszerza strefy z zakazem wjazdu dla aut. We wszystkich krajach UE obowiązkowe są badania spalin (okazuje się, że polscy kierowcy usuwają katalizatory z diesli i opylają je za granicą). Norwegia nakłada dokuczliwe podatki na pojazdy z silnikami spalinowymi, i dopłaca do aut na prąd.
Nie znaczy to, że Zachód uporał się z warczącą plagą. Znakomity malarz Balthus (Balthasar Kłossowski de Rola) wspomina w rozmowie z Françoise Jaunin: „W tamtych czasach, na początku lat sześćdziesiątych, Rzym był jeszcze owym czarownym miejscem, gdzie dobrze się żyło. Ludzie tam byli pogodni, znacznie bardziej niż w Paryżu. Dopiero później to miasto stało się piekielną karuzelą samochodów, jaką jest do dzisiaj”.
Maciej Krupa, etnolog, podczas pobytu w Piscataway – amerykańskim miasteczku w stanie New Jersey – postanowił się przejść. Opisuje to w „Kontekstach”: „Wyszedłem z budynku, wokół były liczne parkingi oddzielone od dalszych rejonów miasta wianuszkiem dróg i autostrad. Obszedłem cały teren, nigdzie nie było żadnych pieszych przejść przez liczne jezdnie, po półgodzinie wróciłem do budynku witany uprzejmymi uśmiechami skrywającymi niewypowiedziane zdanie: no i po co ci to było? Tam nikt nie chodził, wszyscy wszędzie jeździli samochodami, tam nie było gdzie chodzić, nie dało się chodzić. Tam chodzenie wyszło ze zwyczaju, wyszło z mody”.
Marek Kamiński, który w 2015 roku pokonał pieszo cztery tysiące kilometrów (z Królewca do Santiago de Compostela), zanotował: „Duchową pustynię odkryłem, obserwując samochody. Dla pielgrzyma każda minuta jest ważna, bo wkłada w nią siłę nóg. Ludzie w samochodzie pędzą do czegoś, co może nigdy nie nastąpić. W ten sposób zabijamy czas i doprowadzamy do tego, że nas nie ma”.
Okupanci
Ulica, w staropolszczyźnie zwana wchodem, stała się wjazdem, jezdnią. Rządzi nią stado pędzących albo pełznących, zatrzymujących się co chwilę pudeł. Ponure metalowe stwory przypominające kosmiczne monstra z filmów sci–fi warczą, smrodzą, trują powietrze. Wyobcowały się, podporządkowały sobie swoich wytwórców, rozpanoszyły się niczym zbuntowane roboty. Stały się przedmiotem mówienia i myślenia. Niczym komórki rakowe niszczą tkankę miejską, tną jezdniami środowiska ludzkie, rozczłonkowują organizmy dzielnic i osiedli.
Jakiś czas temu pisałem w lokalnej „Wyborczej”, że piesi zostali wyzuci z praw gospodarzy miejskiej przestrzeni. Że przemykają chyłkiem przez niezaanektowane jeszcze przez okupantów tereny, potulnie omijają parkujące na chodnikach auta. Że prawa okupacyjnego prawodawcy dyskredytują ich na każdym kroku. Gdy chcą przejść na drugą stronę ulicy, żeby kupić gazetę w kiosku albo bułki w piekarni, muszą schodzić do podziemnych tuneli. Co odważniejsi kryjąc się przed policją i strażą miejską przebiegają przez jezdnie w zakazanych miejscach, by nie nadkładać kilkuset metrów do legalnych przejść, gdzie i tak musieliby kilka minut oczekiwać w pokorze na łaskę zielonego światła. A i tam trzeba uważać, bo nie każdy okupant respektuje taki przywilej. Jakby tego było mało, okupanci domagają się wycinania drzew przydrożnych (dzięki PiS–owi nie ma już z tym prawnych kłopotów) i psioczą na rowerzystów.
Na rozwój dróg Polska wydała pięć razy więcej środków unijnych, niż na rozwój kolei. A przecież wiadomo, że zwiększenie przepustowości jezdni wyzwala tłumiony dotąd popyt na jazdę samochodem, czego wynikiem jest wzrost natężenia ruchu. Opisuje to prawo Lewisa-Mogridge’a, zgodnie z którym ruch drogowy powiększa się tak, aby maksymalnie wypełnić nową, zwiększoną przepustowość sieci drogowej. Nowe jezdnie zachęcają do częstszego korzystania z samochodu, także w sytuacjach, w których wcześniej nie był widoczny. Przykładem mogą być kościoły, podczas mszy świętej otoczone setkami aut. (Tylko patrzeć, jak wzorem parkingowych kin dla kierowców nie trzeba będzie z nich wysiadać, przyjmując komunię przez opuszczoną szybkę).
Jednym z kanonów uczciwej urbanistyki jest postulat poszerzania chodników kosztem jezdni. Gil Peñalosa, ekspert od dobrych przestrzeni miejskich, wyraża się jasno: „Pytacie, gdzie się mają podziać samochody parkujące na chodnikach? Konstytucja nie gwarantuje miejsca do parkowania. To tak, jakby ktoś kupił sobie lodówkę i żądał od władzy, by w związku z tym przyznała mu mieszkanie”. Michał Beim, uniwersytecki badacz transportu miejskiego, mówi, że hierarchia powinna być taka: pieszy jest święty, potem jest rowerzysta, a na końcu kierowca. Takiemu zamysłowi mają służyć podmiejskie systemy Park&Ride. „Kierowcy powinni zostawiać samochody na takich parkingach przy stacjach kolejowych, wsiadać w pociąg, wjeżdżać do centrum i tak przesiadać się do tramwaju, metra czy na rowery”.
Prestiż
Samochód stał się fetyszem wolności i pozycji społecznej. Patrzę czasami na sznur pełznących w pogrzebowym tempie, zatrzymujących się co chwilę blaszanych pudełek. Przypominają mi galery czy karne izolatki, a nie środki mające ułatwiać życie. W większości z nich tylko jedna osoba, paw coraz bardziej przywiędły. Ogarnia mnie smutek, a potem irytacja i gniew, że wybierają taką poniewierkę. Już dawno byliby w Śródmieściu piechotą.
Rowerami do pracy jeżdżą premierzy w Skandynawii, polski nuworysz zapala samochód, by pojechać do kiosku po papierosy – oto cała różnica. Zgodne to z poglądem ministra Witolda Waszczykowskiego, który szydził z lewackiego świata złożonego z ekologów, wegetarianów i rowerzystów. Czyli ludzi, którzy w Europie uchodzą za wzór cnót obywatelskich. Nie takie to zresztą proste z tym lewactwem. Owszem, Lexusem bądź Maybachem jeździ, jak przystało na biznesmena, dyrektor Tadeusz Rydzyk. Ale i określający się jako lewicowiec Ryszard Kalisz nad rower przedkłada dobrą brykę (chyba Porsche).
Rzeczywistą pozycję coraz częściej buduje w Europie rower, nie auto. Bardzo często rowerami jeżdżą menadżerowie, dyrektorzy i premierzy. Natomiast robotnicy z reguły samochodami. W państwach skandynawskich poruszanie się samochodem po mieście należy do rzeczy wstydliwych i piętnowanych. Mniejszy wstyd, gdy pojazd jest wykorzystany w pełni. Często kilku sąsiadów umawia się, że pojadą do pracy autem jednego z nich. W San Francisco auta, w których są w przynajmniej trzy osoby, mają prawo do specjalnego szybkiego pasa ruchu. Z pobytu w Szwecji zapamiętałem wypowiadane w niepowtarzalny sposób określenie kogoś, kto do centrum jedzie sam samochodem: „pompösa dick” (łagodnym polskim odpowiednikiem tego określenia byłby „nadęty ćwok”). Nie chodzi o samochody służące do komunikacji pozamiejskiej, dojazdowi do miasta z daleko położonych przedmieść. Ale w samym mieście samochodami jeżdżą ćwoki.
O tym, że rzecz jest poważna, świadczą hasła w rodzaju „No ridiculous car journeys”. Widać je w Kopenhadze, w Amsterdamie, w innych znanych w Europie miastach rowerzystów. Władze Kopenhagi same kupują rowery mieszkańcom. Długość rowerowych ścieżek w Paryżu to sześćset pięćdziesiąt kilometrów, a w Berlinie tysiąc. W Warszawie sto, Wrocław i Kraków mają tych kilometrów po sześćdziesiąt.
Europejskie wojaże cywilizują i przynoszą zmiany także w Polsce. W Warszawie rowerzyści stanowią już 2,5% ruchu miejskiego i zdarza się, że nawet pani prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz korzysta z jednośladu. Coraz bardziej podobny do Amsterdamu jest pod tym względem Gdańsk, rowerowa stolica Polski. Na dwóch cichych kółkach jeździ tu – także zimą – kilkadziesiąt tysięcy studentów, biznesmenów, wykładowców akademickich i emerytów. Niewykluczone, że niektórzy z nich podśpiewują sobie piosenkę Lecha Janerki: „Jadę na rowerze słuchaj do byle gdzie/ Rower mam posłuchaj w taki różowy jazz…”.
Drobne marzenia
Antoni Słonimski mawiał, że prawdziwą zakałą ludzkości są dzieci. Z prof. Jackiem D., akademickim specjalistą od urbanizacji, przy butelce singletona ustaliliśmy, że prawdziwą zakałą miast są samochody. Próbowaliśmy wyobrazić sobie, jak wyglądałby Gdańsk i poszczególne jego dzielnice bez ani jednego auta. Puste ulice, parkingi zamieniane na skwery, uśmiechnięci ludzie, naprawdę, coraz piękniejsze obrazy przychodziły nam do głowy. Wspominaliśmy prof. Mariana Zdziechowskiego, rektora Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, który do samej śmierci (1938) nie wsiadł do auta, korzystając wyłącznie z dorożek.
Myślę czasami o dużym, wolno lecącym dronie z przypiętym z tyłu wyrazistym ogonem. Na ogonie jest napis czerpiący ze słownika tutejszego metropolity, abp. Sławoja Leszka Głódzia: Samochody, spierdalać z miasta!!
Andrzej C. Leszczyński


Bardzo lubię komunikację w Karlsruhe. Jest to duża aglomeracja składająca się z centrum miasta i małych miejscowości oddalonych o kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt kilometrów. Rozstaw szyn jest zunifikowany, i tramwaj wyjeżdża z centrum i jedzie po torach kolejowych. Wszystko z minutową dokładnością. Jeżdżenie tam samochodem jest absurdem, bo i rower można zabrać do pociągu/tramwaju. Ja jednak widziałbym przyszłość komunikacji także w małych elektrycznych samochodach, które jeżdżą na baterie ładowane z ogniwa fotovoltaicznego. Na przykład, ja jadę 25 km rano, a potem 25 km wieczorem. W dzień bateria powinna się naładować, żeby przejechać te 50 km. Jest to feasible.
Ale taki samochód nie paliłby gumy przy starcie, więc nie byłoby szpanu. A jak żyć bez szpanu?
I jak komunikować się z resztą społeczeństwa? Bez samochodu to już nie to …
widuję takich w lusterkach – po kilku latach jeżdżenia miejskim skuterem doceniłem bezpieczeństwo i przyspieszenie motocykla: frajda, oszczędność, kultura, umiejętności – szczerze polecam.
Na pewno przyszłość w mniejszych elektrycznych pojazdach miejskich – znowu miejsce na innowacje materiałowe: „cienką szyjką” (ang. bottle neck 🙂 ) dalej pozostaje efektywne i odwracalne wiązanie wodoru, wiele ciekawej nauki.
Panie Andrzeju, proponuję zapoznać się z raportem http://ec.europa.eu/eurostat/documents/3217494/7596823/KS-01-16-691-EN-N.pdf/0abf140c-ccc7-4a7f-b236-682effcde10f oraz http://inrix.com/resources/inrix-europes-traffic-hotspots/. Warszawy nie ma nawet w pierwszej dwudziestce najbardziej zakorkowanych miast Europy.
Dziękuję, miło przyznać się do omyłki, trzeba staranniej dobierać źródła…
Z Saskiej Kępy na ulice Klaudyny (osiedle Potok): czterdzieści piec minut rowerem. Takim sobie rowerem z koszykiem na zakupy. Większość trasy to żwirowa droga nad rzeka. Po drodze ptactwo i wędkarze. Dla niezorientowanych: trzeba przekroczyć Wisłę mostem bodajze Grota. Bardzo dobre ścieżki z podjazdami.
.
Z Saskiej Kępy do MSW: pol godziny. Byloby szybciej, gdyby chodnik na moście Łazienkowskim były przejezdne. Ale nie są. Trzeba pokonać Most Poniatowskiego, co jest nadkładaniem drogi. Chodniki na moście Poniatowskiego są wąskie i fatalne. Szosa na tym moście się nie da, bo można zginać.
.
Tak czy inaczej, rowerem jest szybciej niż autobusem i o wiele szybciej, niż samochodem.
Warszawa ma 1,7 miliona mieszkańców. Rok temu było w niej zarejestrowanych 1,5 miliona samochodów, z czego 1,2 miliona osobowych. Szacuje się, że w dni robocze wjeżdża do miasta 0,6 – 1 milion wozów, czyli pojawia się co najmniej tyle samo ludzi. A to znaczy, że piesi, pasażerowie komunikacji miejskiej i kierowcy to ogromnej większości ci sami ludzie!
Odrębną kategorię stanowią ideowi przeciwnicy samochodów. Prawdopodobnie rowerzyści, dla których rower jest nie tyle pojazdem ile wyzwaniem, symbolem etc. Irytuje mnie wrzask medialny tej anty samochodowej mniejszości i jeszcze chwila, a polubię ministra Waszczykowskiego.
Wiem, że w Berlinie jest dwa razy mniej samochodów w stosunku do ilości mieszkańców. Nie mówiąc już o tym, że ich stare kopcące wozy śmierdzą już u nas. Wiem, że gdy będziemy w Warszawie mieli taką komunikację jak Berlin i gdy upłynie jakiś czas – jaki?- to i samochodów zrobi się mniej. Zresztą, komunikację miejska porównuję z czasami kiedy nie miałem samochodu – 49 lat temu – albo z jeszcze dawniejszymi, kiedy jeździłem na rowerze, albo na stopniach tramwaju. W ogóle nie ma porównania.
Ja jestem też taki większościowy ludź. Wściekam się, owszem, przepychając się między stojącymi samochodami, ale się jakoś przepycham. A szukanie miejsca do parkowania jest jeszcze gorsze. Coraz częściej zatem zostawiam samochód i rozumiem, że tak musi być, ale chcę aby moja władza miejska miała na względzie różne me interesy. Jak dotąd obrzydzanie życia nam – kierowcom idzie jej sprawniej niż ułatwianie życia nam – pieszym.
Tak samo jak rowerzyści nie lubię smrodu. A wiem, że kiedy się likwiduje ronda, robi siedem przejść dla pieszych na Marszałkowskiej między Alejami i Świętokrzyską, to samochody, stając, ruszając i przyspieszając, palą i smrodzą o wiele więcej. Więc już wolę – kiedym spieszony – zejść pod ziemię i kupić tam coś przy okazji.
I nie miałbym nic przeciw temu, żeby wszędzie tam były sprawne windy i ruchome schody, ale wiem, że namalowanie pasów i postawienie świateł jest tańsze, prostsze i uszczęśliwia aktywistów miejskich.
Nie lubię i staram się nie wjeżdżać do miasta samochodem. Dużo jeżdżę rowerem, ale też autobusami i tramwajami. Wygodniej i szybciej niż własnym autem. Więc w zasadzie popieram Autora. Ale jedno w artykule wzbudza mój protest. Pisze Autor „w ubiegłym roku Polacy znowu sprowadzili ponad milion samochodów, z czego 600 tysięcy to ponad dziesięcioletnie, bywa że piętnastoletnie, rzęchy”. Czy na pewno 15-letnie auto /czyli z roku 2002/ to rzęch? /zaręczam, że niekoniecznie, niedowiarkom służę przykładami/. I czy opłaca się auto po 10 latach wyrzucać i kupować nowe? Policzmy. Prywatny użytkownik jest w stanie przejeździć autem 10 do 20 tysięcy km rocznie. Po 10 latach taki samochód ma przebiegu średnio 150 tysięcy km. Tymczasem żywotność silnika i podwozia /z blacharką bywa gorzej/wielu aut z lat produkcji około 2000 to spokojnie dwa, a nawet trzy razy tyle. Twierdzę z całym przekonaniem, że 10, a nawet 15-letnie samochody w olbrzymiej większości to nie są wcale żadne „rzęchy”. Dobrze utrzymane w niczym nie ustępują samochodom wyprodukowanym dzisiaj, a nierzadko auto 10-letnie jest w lepszym stanie niż auto 3-letnie. No i czy rzeczywiście opłaca się w pełni sprawny samochód wyrzucać /utylizacja to zużyta energia i niemało zanieczyszczeń/, bo niemodny, bo wymaga drobnej naprawy, bo sąsiad ma nowszy model – i kupować nowe auto, którego wyprodukowanie kosztowało znowu dużo energii, surowców i spowodowało wytworzenie kolejnych dymów fabrycznych.
Producenci samochodów robią, co mogą, aby zwiększyć sprzedaż, nakręcając popyt. To im są na rękę opowieści o „rzęchach”, a równocześnie z premedytacją od kilku dobrych lat zmniejszają trwałość swoich produktów tak, aby rzeczywiście po 5-7 latach ich eksploatacja była nieopłacalna. Znany jest przykład firmy VW, która dała dużą premię inżynierowi za taką „nowatorską” konstrukcję alternatora, aby ten po przebiegu 100 tys km musiał się rozsypać.
Cierpliwości… wszystko to co nas obecnie dotyka to sprawa dostępu do taniej energii.
Człowiek zawsze był istotą mobilną i jako taka marzył o szybkiej i taniej dyslokacji.
Te siedmiomilowe buty, latające dywany, uskrzydlone konie, o oswojonych smokach nie wspominając czy o czarach i zaklęciach.
Pojazd mechaniczny napędzany paliwem dającym energię jest zwyczajnie fabryką produkująca wszystko co człowiekowi szkodzi. Chemia wstrętna i wszech otaczająca.
Smog… istniał od wieków ale miał ograniczony zasięg i palono też czym się dało.
Niedawno było nas na ziemi mniej niż trzy miliardy i było gdzie uciec.
Smog chemiczny, okropny. A ten elektroniczny? Bezzapachowy, działający na komórkę każdego organizmu destrukcyjnie. Promieniowanie elektromagnetyczne, zabija nas wszystkich bo go nie czuć tak jak radiacji która daje o sobie znać kiedy jest silna i też z opóźnieniem poznajemy jej efekty.
Ziemia broni się przed pasożytami zżerającym,i się wzajemnie.
I to wszystko.
ach, gdyby można tak sobie polewitować w z góry wybranym kierunku, ja lewitowałbym w kółko.
Samochody w miastach często stanowią problem, który możnaby z grubsza podzielić na dwa aspekty – tranzyt i dojazd.
Tak się nieszczęśliwie składa, że przez wiele polskich miast i miasteczek prowadzą drogi tranzytowe. Jest to zgodne z pewnego rodzaju logiką historyczną – asfaltowa ulica była najlepszym ciągiem komunikacyjnym, toteż miejscowości rozrastały się wzdłuż nich. Zabudowania skupiały się przy ulicach, ale problemem stało się to dopiero, kiedy TIRy zaczęły masowo rozjeżdżać nasze drogi.
Można i trzeba budować obwodnice i wyprowadzać ruch tranzytowy jak tylko się da poza tereny zabudowane. Można próbować także przenieść część transportu ponownie na tory kolejowe (a może nawet rzeki? – w Niemczech wciąż na barkach pływają kontenery po rzekach i kanałach).
Drugi aspekt to dojazdy do pracy, gdzie widzę dwa problemy.
1. najczęściej dotyczy małych miejscowości – ruch samochodowy ulega (albo ulegał- może przestał?) natężeniu m.in. dlatego, że polikwidowano transport publiczny. setki kilometrów torów kolejowych porastają lasem, połączenia zostały polikwidowane, także połączenia PKS zostały mocno ograniczone. Przerzucenie się na samochód stało się często koniecznością. A, że auta hybrydowe są najczęściej poza zasięgiem ekonomicznym, to na szosach pojawiają się 15-letnie golfy i ich odpowiedniki innych marek niż VW.
2. dojazdy w wielkich miastach (np. Warszawa).
Nie wystarczy zbudować obwodnicy, bo ci ludzie chcą się dostać do miasta, a nie przejechać mimo.
Komunikacja, przynajmniej w Warszawie i okolicach istnieje i nie jest zła. Ale i tak nie wyrabia. w godzinach szczytu pociągi KM czy SKM bywają mocno zapchane, podobnie jak tramwaje czy autobusy. Tu problem jest inny – dlaczego wogóle trzeba tyle kilometrów dojeżdżać? Dlaczego w centrum miasta coraz mniej mieszkańców, a coraz więcej przyjezdnych, którzy tu pracują? Przecież gdyby ludzie nie byli wypychani (ekonomicznie) na Białołęki (chyba najgorzej skomunikowana z centrum część miasta) i Ursusy, a mieszkali w centrum, to nie musieliby do niego dojeżdżać. I dalej, gdyby nie koncentrować biurowców w dwóch miejscach też byłoby trochę łatwiej ruchem zarządzać. Nie byłby skoncentrowany w jednym miejscu, byłby bardziej rozproszony a przez to mniej uciążliwy.
Szanowny autor pryncypialnie skrytykował cywilizację automobilową, jednak zabrakło tu propozycji jak rozwiązać problem.
To zresztą typowe dla wielu komentatorów, że zapominają dodać od siebie jakie Oni by chcieli przyjąć rozwiązania, bo to co
szanowny autor ujął 'zgrabnie’ posługując się cytatem z pana Głodzia to chyba rozwiązaniem jednak nie jest !
Brakowi wizji pozytywnej towarzyszy ignorancja oraz arogancja, te dwie na ogół nierozłączne siostry – ignorancja ponieważ
szanowny autor po prostu nie wie jak funkcjonuje współczesne państwo, a arogancja ponieważ szanowny autor będąc zapewne zamożnym obywatelem nie dopuszcza do świadomości że istnieją obok niego ludzie z bardzo niskimi dochodami, często nie ze swojej winy. I co im wszystkim proponuje szanowny autor, to chodzić i nosić towary pieszo. A on i jemu podobni będę bezszelestnie przemykać elektrycznymi Teslami nie robiącymi smogu i hałasu typowego dla nizin społecznych masowo sprowadzających blaszane ruiny z Niemiec.
Czytam w sekcji Do Czytelnika: ’ Chcemy przestrzegać tu zasad przyzwoitości, zdrowego rozsądku, kultury i… poczucia humoru, dbać o normalność. Czując się odpowiedzialni za to, co wszyscy razem zrobimy z Polską. Z Polską bez numeracji.’
Nie jestem pewien czy szanowny autor przemyślał swoją wypowiedź, bo to w jaki sposób komentuje dzieli społeczeństwo
w bardzo nieprzyjemny sposób
Amen
ależ nic takiego, wszyscy powinniśmy dbać o środowisko i pakiet rozwiązań wydaje się przecież prosty: nikomu nie powinno chodzić o to aby wysadzić kierowców ze starszych i tańszych aut lecz aby konsekwentnie wprowadzać takie przepisy, które zwiększają opłacalność korzystania np. z aut mniejszych i tańszych ale mniej szkodliwych: podatki graniczne, stawki ubezpieczeń, warunki kredytowania zakupu itp. regulatorów takiego rynku jest wiele ; poważny i zwiększający się udział w generowaniu zanieczyszczeń ma natomiast także transport: towarowy, w tym tranzytowy i publiczny w miastach, nie będę tu wymieniał rozwiązań jako, że jest ich wiele i są dość oczywiste a przy okazji mógłbym wymyśleć lepsze państwo.
Cytat z Głódzia to tylko „drobne marzenie”, żadne rozwiązanie (nie wiem, czy jest jakiekolwiek….
można natomiast postępować bardziej lub mniej rozsądnie: przeprowadzać giełdy pomysłów można, można nawet przy okazji dowartościowywać się miło i przyjemnie w gronie przyjaciół i znajomych, warto by jednak mieć długofalową politykę państwa realizującą priorytety zgodne z kierunkiem rozwoju świata i powstających przy takiej okazji zagrożeń. Czy istnieje polityka energetyczna uznająca za priorytet konsekwentną zmianę proporcji na zastanym torcie dostępnych źródeł energii (nie doraźna, tj. zbiór chęci przed i po wyborczych wobec zastanej ilości z wysiłkiem utrzymywanych kopalń) – prawdopodobnie nie istnieje , czy istnieje międzysektorowa polityka proekologiczna (radząca sobie z brakiem filtra na kominie, katalizatora przy przeglądzie, ilością piecyków koksowych w Krakowie itd. itp. – nie istnieje, skąd to wiadomo ? bo w przeciwnym przypadku na wszystkich kominach dawno byłyby filtry, dawno nikt by nie obcinał katalizatorów, i powietrze w Krakowie byłoby znacznie czystsze); czy istnieje proinnowacyjna polityka naukowa (nie polegająca na tym, że nie ma co ruszać bo jeszcze w ogóle zniknie) oraz konsekwencja inwestycji we wdrożenia zgodne z proekologiczną polityką energetyczną – można by popytać wśród elit, ja tam jestem prosty motocyklista.
Na szczęście nie znam się na tym, więc mogę wypowiedzieć się autorytatywnie.
W życiu się nie dogadamy. Nie dogadujemy się w naszym pięknym kraju w żadnej sprawie, dlaczego mielibyśmy akurat w tej?
Aby cokolwiek zmienić potrzebna jest zmiana mentalności, a to nie nastąpi szybko. Dziś w Polsce rozmawia się systemem: kto kogo?!
Ale coś mi się przypomniało.
Nieduże miasteczko w Bawarii – Guenzburg (stamtąd pochodził dr Mengele, jego rodzina mieszka tam do dziś).
Na rynku zmieściłyby się wszystkie samochody posiadane przez mieszkańców i jeszcze by trochę luzu zostało.
Miasteczko jest miejscami rozlazłe, a pracują tu też mieszkańcy okolicznych miejscowości, którzy dojeżdżają.
I co? I pan dyrektor banku zasuwa do roboty pieszo, pan burgemeister także, jubiler z kontem, za które mógłby kupić całą okolicę zasuwa piechotą do swoich sklepów. I nikt nie robi z tego problemu.
U nas od jakiegoś czasu obchodzone są dni bez samochodu. Posiadacze prawa jazdy mogą tego dnia jeździć autobusami i trajtkami za darmo.
I co? Jakoś nie zauważyłem, by korki były mniejsze 🙂
Pół wieku niemal jeździłem samochodem; teraz już nie i namawiam wszystkich, którzy ukończyli 75 lat, by też tak zrobili. Nie da się ukryć, refleks i sprawność ruchowa już nie te – i trzeba się z tym pogodzić, by nie stwarzać zagrożenia. I bardzo się cieszę, że samochodu nie mam: nie martwię się, czy rano zapali, nie dręczą mnie coraz większe koszty i tak dalej; a komunikacja w Warszawie jest genialna. Natomiast ogromnie mi przeszkadzają parkujący na trawnikach i w różnych miejscach zakazanych („bo gdzieś muszę” – odpowiedź na to częste uzasadnienie brzmi: to zaparkuj kilometr dalej i się przejdź, brzuch łajzo zrzucisz…), przeszkadza mi smród (czeka facet w dizlu na laskę pod domem i nie gasi silnika, bo mu zimno…), przeszkadzają mi paniusie gadające przez komórkę i prowadzące w piętnastocentymetrowych szpilkach. A w ogóle uważam, że jednorazowy wjazd do śródmieścia powinien kosztować stówę, zaś godzina parkowania minimum 20 złotych. Od razu zrobiłoby się luźniej. Poza tym, jako szczery demokrata i (zdaniem Ernesta) lewicowiec, żeby nie powiedzieć lewak – jestem zdania, że tak jak nie każdy powinien mieć dyplom wyższej uczelni (tylko ci, którzy mają odpowiednio sprawny mózg, czyli nie więcej niż 5% populacji), tak zgoła nie każdego powinno być stać na samochód.
daj spokój lewakom: znasz ten dowcip (wg. Richarda Pipesa, doradcy Reagana był to ulubiony dowcip jego szefa o Breżniewie): Breżniew bardzo lubił samochody, pewnego dnia pokazywał swoją kolekcję mamie: i jak Ci się mamo podoba ? piękne synku, tylko co będzie jak przyjdą komuniści i ci je zabiorą.
Bogdanie,
I ty jesteś lewak!?
Taki co ma serce po lewej stronie, to każdego chciałby posadzić za kierownicą Bentleya!
To ostatni samochód, który dżentelmen może prowadzić sam. Rolls wymaga kierowcy, a to się nie mieści w lewicowym etosie.
Ten gorący protest przeciwko samochodom ma w sobie coś z walki przeciwko maszynie parowej – autor jako subtelny filozof pamięta ten ruch protestu robotników angielskich przeciwko maszynie parowej co eliminowała miejsca pracy i widziana była jak pomiot szatana.
Samochód jest OK, był i był/jest traktowany jak symbol wolności, nadmiar samochodów w przestrzeni miejskiej to już inna sprawa
I jeszcze do red. Skalskiego – podziwiać głębokie znawstwo zwyczajów warstw wyższych – teraz w Polsce to tylko arystokracja KK jeździ Bentlejami, czyż nie tak ?
Do Bentlejem pospieszajcie, przywi….
@Zbyszek123. Nie jestem filozofem, słowo to można odnosić do naprawdę niewielu osób. Protestu przeciw maszynie parowej nie pamiętam. Czytałem o nim i myślę, że było to jednak coś innego, przynajmniej co do skali wyobrażanych zagrożeń.
Uważam, że problem jest znacznie bardziej skomplikowany.
1. Główne źródło smogu to jednak spalane miał, muł, kiepski węgiel i śmieci. Jeżdżę do pracy samochodem – żeby tego nie wdychać. Maseczka to plaster i zamiatanie problemu pod dywan.
2. Często (nie wiem kiedy) muszę przewozić z miejsca na miejsce duże rzeczy. Samochód to konieczność. Alternatywny transport publiczny, to duża niedogodność.
3. Ulice jednokierunkowe. Wystarczy, że jakaś ulica jest trochę węższa, i robią z niej jednokierunkową. W ten sposób zamiast 50 m, muszę przejechać dodatkowy kilometr. Codziennie, czasem 2 razy dziennie.
4. Opakowania. Kupuję produkt np. krem – 50 ml. Pudełko ma wymiary 250 ml. Ciężarówka przewiezie 5 x mniej kremu niż pudełek. Pudełka to potem śmieci, które inny samochód musi wywieźć, ktoś spali. Podobnie oprogramowanie do komputera, pilniczek do paznokci. Opakowanie jest wielokrotnie większe niż sam produkt.
5.”Tryb samochodowy”. Kilka lat temu zrezygnowałam z samochodu, myślę ekologicznie i do pracy mam dosyć blisko (pieszo 30 minut) więc zaczęłam chodzić pieszo. Wydawało mi się, że postępuję właściwie, ale odkryłam niekorzystne skutki uboczne.
Miałam wybór pomiędzy jedną godziną marszu, albo 20. minutami samochodem. 40 minut zysku, to dużo, a marsz w smogu to kiepska opcja. Musiałam też dokładniej planować co, gdzie, kiedy a ponieważ często muszę przewozić różne rzeczy, załatwiać sprawy w różnych miejscach, poświęcałam na drogę o wiele więcej czasu, wzrastały moje koszty (bilety, taksówki), wiele spraw musiałam odkładać, traciłam okazje, możliwość szybkiego reagowania, dyspozycyjność i mobilność. Spadła moja efektywność.
„Tryb pieszy” pozwala kontemplować, obserwować, jest przyjemny, ale sprawia, że staję się „żółwiem”, lub „żółwiem, który się spieszy”.
Nie ma dobrego wyjścia. Ceny transportu publicznego są za wysokie, w wielu miejscach brak takiego transportu, lub jest niewystarczający.
Myślę, że tylko bogate kraje mogą sobie pozwolić na „tryb pieszy”. Samochód to narzędzie. Nie można biedniejszym ograniczać prawa do korzystania z tego narzędzia. Należałoby iść w stronę małych samochodów, ale cena np. smarta czy „mini” zniechęca. Samochód elektryczny jeszcze długo będzie rozwiązaniem miejskim (dla bogatych), więc jeśli nie będzie dobrze rozwiniętego transportu publicznego, wymusi posiadanie drugiego samochodu.
Może walcząc ze smogiem, w pierwszej kolejności należy się skoncentrować na tym czym i w czym opalamy, na ocieplaniu domów, na alternatywnych źródłach energii?
Może warto powalczyć z opakowaniami (ale wtedy ktoś straci pracę) i skrócić niekonieczne przejazdy.
Nie mamy klimatu dobrego dla rowerzystów. Smog najbardziej dokucza nam zimą, a wtedy niewielu przesiądzie się na rower, zwłaszcza w warunkach obecnego prawa i skromnej ilości ścieżek (nie będę jeździła ulicą). No i rower trzeba wtaszczyć do mieszkania, na piętro, zostawić pod sklepem, wyczyścić. Młodzi dadzą radę, starsi mogą mieć problem.
Znalazłem przezabawną z różnych względów i dającą do myślenia, informację prasową.
*
„Ważny okólnik min. skarbu dla posiadaczy samochodów.
Według zebranych przez nas informacyj, min. skarbu rozesłało do wszystkich izb urzędów skarbowych z datą dn. 2 kwietnia r.b. okólnik w sprawie ustosunkowania się władz skarbowych do osób nabywających i utrzymujących samochody.
Okólnik ten poleca między innemi władzom skarbowym stosowanie w praktyce zasady, że w czasach obecnych samochód przestał być przedmiotem zbytku, lecz stał się niezbędnym środkiem lokomocji.
Okólnik podkreśla, że fakt nabycia I utrzymywania samochodu sam przez się nie daje jeszcze podstawy do twierdzenia o osiągnięciu przez płatnika dużych dochodów i nie może z reguły stanowić podstawy do określania dochodu płatnika w kwotach wyższych, niż to wynika z posiadanych przez władze skarbowe materiałów o źródłach dochodowych płatnika.
W związku z tern okólnik poleca wladzom skarbowym potrącać z ogólnego dochodu wydatki na utrzymanie samochodu narówni z innemi kosztami osiągnięcia dochodu, przyczem bez znaczenia powinna być okoliczność, że samochód używany ijest częściowo również dla celów osobistych płatnika, nie związanych z wykonywanem zajęciem zawodowem lub przedsiębiorstwem.
Okólnik ten zostanie ogłoszony w najbliższym numerze Dziennika Urzędowego ministerstwa skarbu”.
*
Niech ktoś zgadnie, z którego roku pochodzi?
Ok. 1973.
Informację wyczytałem w gazecie codziennej „Dzień Dobry!”.
Jest to numer 99 wydany w środę 8 kwietnia 1936 r.
He, he, he …
Inne tytuły z pierwszej strony tego numeru gazety:
11 osób zabitych w katastrofie samolotu.
2156 ofiar huraganu w Ameryce.
Wstrząsająca zbrodnia obłąkanej. 2 śmiertelne ofiary w częstochowskiej Ubezpieczalni Społecznej.
Pociąg runął do przepaści. Zbrodniczy zamach dynamitowy.
Bawół z Poznania nie chciał jechać do Hamburga
Niżej płatni pracownicy budowlani uzyskali podwyżki. Orzeczenie komisji rozjemczej likwiduje zatarg.
*
Coś mi to przypomina.
Jeszcze dwa słowa. Pisałem o samochodach ciemiężących miasta. Są jednak problemem bardziej ogólnym. Ich pokarmem jest ropa naftowa, a ropa to wojny (Bliski Wschód) i skażenia ekologiczne (katastrofy tankowców). Świadomość ta staje się coraz bardziej powszechna, czego symbolicznym wyrazem jest Światowy Dzień bez Samochodu (22 września). A wiadomo, że akty symboliczne – takie jak godziny bez prądu, miesiąc bez alkoholu (sierpień) czy dni bez Żydów (organizowane przez endeckie korporacje na uniwersytetach w latach trzydziestych) – ujawniają cechy świadczące o stanie kultury.
Mentalność kierowców. W związku z dniem bez aut Metropolitalny Związek Komunikacyjny Zatoki Gdańskiej wydał specjalny numer „Przystanku Metropolitalnego”, z wybitym na początku tekstem zatytułowanym „Jak przesadzić kierowcę samochodu do autobusu lub tramwaju?”. Odpowiedź była taka, że trzeba by mu ten samochód zabrać – inaczej nie zrezygnuje z wątpliwych najczęściej korzyści, w tym tak istotnej, jaką jest poczucie władzy nad maszyną, którą kieruje.
Wolność? Też tak myślałem, szczególnie po obejrzeniu „Swobodnego jeźdźca” Dennisa Hoppera (nie ma znaczenia, że są tam motocykle, nie auta), także „Znikającego punktu” Richarda C. Sarafiana. Rozstawałem się z tym poglądem pod wpływem lektur, które pokazywały, że jest to wolność iluzoryczna, pusta. Myślę m.in. o „Nieśmiertelności” Milana Kundery, który odróżnia drogę i szosę. „Droga: pasmo ziemi, po którym chodzi się pieszo. Szosa różni się od drogi nie tym, że przemierza się ją samochodem, lecz również tym, że jest zwykłą linią łączącą jeden punkt z drugim. Sama w sobie szosa nie ma żadnego sensu: mają go tylko oba punkty, które łączy. Droga jest hołdem wobec przestrzeni. Każdy odcinek drogi obarczony jest sensem i zachęca do postoju. Szosa triumfalnie pozbawia przestrzeń wartości; dzisiaj przestrzeń to już tylko utrudnienie dla człowieka, który się porusza, zwykła strata czasu”.
Zdominowane przez zysk myślenie o urbanistyce i architekturze sprawia, że:
„Mieszkańcy większości nowych osiedli są skazani na samochody, bo nie ma myślenia w kategoriach transportu zbiorowego. Zresztą nawet dróg często nie ma.
Kiedy w XX-leciu międzywojennym pod hasłem Wielki Kraków rozpoczęto radykalne rozszerzanie granic Krakowa i stopniowe włączanie w jego obręb siedmiu sąsiednich gmin, miasto przygotowywało plan dla danego rejonu, wyznaczało działki i budowało drogi, co znacząco podnosiło cenę parcel, a dopiero potem z zyskiem sprzedawało je inwestorom. Dzięki temu miało kontrolę nad całym procesem i jednocześnie mogło planować, gdzie za zarobione pieniądze zbuduje linię tramwajową. Dzisiaj tego nie ma, często z powodu tzw. świętego prawa własności i faktu, że miasta nie są w stanie kontrolować terenu, za który odpowiadają.”
http://wiadomosci.onet.pl/kraj/duch-osiedli/24c5pxf
No i mamy odpowiedź skąd taki pasztet. Tak się dzieje zawsze wtedy kiedy myślenie ma kierunek „od szczegółu do ogółu”. Modernizm kładł nacisk na odwrotny kierunek (Karta Ateńska), ale chciwość zwyciężyła.
Spirala chciwości nakręca się błyskawicznie i wkręca wszystkich. Trudno się jej oprzeć, chciwy tak potrafi przedstawić swoją ofertę, że wybieramy „g” w ślicznym papierku i jeszcze jesteśmy zachwyceni. Jeszcze trudniej z nią walczyć, bo pojawia się wtedy, skądinąd słuszny argument „prawa własności”.
I tak, aby dotrzeć do własnego mieszkania, musimy korzystać z własnego samochodu, kosztem własnego zdrowia, nabijając kabzę deweloperom i przymykając oczy na konflikty z ropą naftową w tle. Niestety nie mamy innej opcji. Jeśli „nie wsiądziemy do tego pociągu, zostaniemy przez niego rozjechani”.
Na początku tego wszystkiego jest CHCIWOŚĆ (kto z Was nie ma smartfona? – to tylko pozorny brak związku).
A nie mówiłem, że subtelny filozof z tego ACLeszcza
SMOG !
http://www.independent.co.uk/environment/european-smog-27-times-more-toxic-chinese-air-pollution-china-quality-a7572051.html