Na szczęście ludzie nie uczą się historii, ani z historii. Gdyby było inaczej, można by żywić obawy podobne do Szwejka, który twierdził, że gdyby wszyscy byli mądrzy, to by od tego zgłupieli.
Coś w tym jest …
Na szczęście, póki co nam to nie grozi, a biorąc pod uwagę barchanowe reformy oświaty jakie przygotowała nam dobra zmiana możemy spać spokojnie. Nagły przypływ mądrości nie zakłóci nam snu.
Ulga jakiej doznałem po tej konstatacji wzięła się stąd, że ostatnio miałem przyjemność rozmawiać ze swoimi słuchaczami o konstrukcji Królestwa Kongresowego oraz o ludziach, którzy tworzyli jego elitę, czyli arystokracji, generalicji i bogatszej szlachcie, która to warstwa decydowała o warunkach i atmosferze w jakiej toczyło się życie tego państewka.
Pisząc kiedyś na SO o Księstwie Warszawskim wspomniałem o grupie ziemian, która w opozycji do Józefa Poniatowskiego wzdychała do cara Aleksandra I nieomal modlitewnie „przyjdź królestwo twoje …” uważając, że stosunki panujące w zachodnich guberniach Rosji są dokładnie tymi, których potrzeba prawdziwym Polakom.
No i wymodlili. Królestwo przyszło raptem sześć lat później.
Wśród mieszkańców można wyróżnić kilka grup. Pierwsza to arystokracja, grupa nieco ponadnarodowa, uważająca się za Europejczyków, bo powiązana z Europą często więzami pokrewieństwa i powinowactwa, mająca podobne zainteresowania i potrzeby.
Ta grupa odetchnęła po wojnach napoleońskich, bo ustały kontrybucje i przymusowe daniny na wojsko, zaczęły się natomiast bale, rauty, wyjazdy za granicę, przyjmowane zagranicznych gości, teatry, czyli – normalne życie.
Drugą grupką byli krzykliwi patrioci, którym wystarczał widok biało czerwonych barw, polskiego wojska, polskiego języka w szkołach i mnóstwo narodowych symboli obecnych w przestrzeni publicznej. Relacja między oficjalną symboliką, a rzeczywistością jakoś im nie spędzała snu z oczu.
Tacy ludzie są zawsze, dziś także.
To wśród tej grupy, karmiącej się pozorami polskości Kongresówki powstał hymn na cześć „naszego króla” czyli pieśń „Boże coś Polskę” zamówiona przez księcia Konstantego dla uczczenia wizyty brata – cara Aleksandra.
Sam Aleksander dawał zresztą popis hałaśliwego liberalizmu na pokaz.
Konstytucja Królestwa opracowana we współpracy z Adamem Czartoryskim była najliberalniejszą konstytucją ówczesnej Europy.
Szczycono się tym, nie biorąc pod uwagę jednego drobiazgu – nie była przestrzegana kiedy Rosjanom tak było wygodniej. W 1819 roku Aleksander, w „Boże coś Polskę” nazywany „aniołem pokoju”, członek jednej z polskich lóż masońskich, wprowadził cenzurę nie zmieniając nawet konstytucji, która cenzury wyraźnie zabraniała. Rok później zakazał istnienia wszelkich stowarzyszeń tajnych i szykanował dawnych „braci” masonów.
Aleksander nie prześladował dawnych wrogów sprzed 1815 roku, poczesne miejsca w Królestwie zajęli dawni generałowie napoleońscy (Zajączek był nawet namiestnikiem), dawni działacze – Wybicki i Kołłątaj – brali udział w pracach państwowych.
Zawsze jednak jest jakieś ale…
Królestwo miało sejm i senat, ale rządził i tak komendant wojskowy – książę Konstanty, któremu nie przeciwstawił się nikt. Rządził nieformalnie, nie mając do tego żadnych podstaw prawnych, za to bardzo skutecznie.
Cham i prostak, na którym poznała się babka Katarzyna II odsuwając go nawet od zwyczajowej w rodzinach panujących edukacji ze względu na nienachalną inteligencję, który uwielbiał wojsko, ale nawet od Suworowa nie potrafiący się niczego nauczyć, sadysta wprowadzający dyscyplinę na poziomie patologicznym – ożenił się z panną Joanną Grudzińską.
Matka panny ożeniona z niejakim Brońcem przehulawszy majątek na gwałt szukała dla córki dobrej partii. Na tyle dobrej by pozwoliła na spłatę maminych długów i życie „na poziomie”.
Po wielkich perypetiach doszło do ślubu, a nawet trzech. Konstanty ożenił się rzetelnie – w obrządku prawosławnym, katolickim oraz wziął z Grudzińską ślub cywilny.
Nie wspominałbym o tym, bo to rzecz mało ważna, ale ciekawy jest wzajemny wpływ tych dwojga na siebie. Ponoć pod wpływem żony Konstanty nie zachowywał się już jak wariat, choć żądał, by przyjmowała w swoim salonie jego kochankę, a nawet dzieliła się z nią otrzymywanymi od męża podarkami.
Pani Joanna alias księżna łowicka, przejęła polityczny punkt widzenia męża i kiedy wybuchło powstanie listopadowe, zarzuciła swoim rodakom… zdradę!
Jej postawa wcale nie była jakoś odosobniona, pamiętniki z epoki odnotowują ją nader często w tej warstwie społecznej. Warto o tym pamiętać.
Rząd Królestwa pracował, na ile mógł wzorując się na reformach wprowadzanych w okresie Sejmu Wielkiego. Na ile mógł.
Wobec rządu Królestwa powstała ciekawa grupa opozycyjna, złożona głównie z bogatszej szlachty z kresów wschodnich, która w koalicji z Kościołem zaczęła walkę o zmiany w Kongresówce. Dobre zmiany.
Głównym celem ataków był kodeks cywilny Napoleona obowiązujący w KP, a zawierający „uciążliwości nie do zniesienia” w postaci wolności osobistej człowieka (i jak tu pole zaorać jeśli uwolni się chłopa?) oraz rzeczy siejącej zgrozę – ślubów cywilnych.
Dziś możemy wzruszać ramionami, ale właśnie to ostatnie stało się przyczyną zdymisjonowania prezesa sądu najwyższego – Józefa Wybickiego, autora naszego hymnu, który uparcie trzymał się prawa do cywilnych ślubów, tudzież rozwodów.
Jeszcze ciekawsza była dymisja drugiego ministra – Stanisława Potockiego, który kierował edukacją w zgodzie z konstrukcjami dawnej Komisji Edukacji Narodowej.
Posłużywszy się pretekstem w postaci wydania przez niego (anonimowo wprawdzie) książki „Podróż do Ciemnogrodu” obrazującej polskie stosunki kościelne, zmuszono ministra do ustąpienia ze stanowiska.
Jego następca natychmiast przystąpił do wprowadzenia „reformy” w podległej mu dziedzinie.
Warto przyjrzeć się temu mechanizmowi, bo nietrudno odgadnąć jaka mu myśl przewodnia przyświecała.
Po pierwsze zmienił zasady finansowania tzw. szkół elementarnych – dziś nazwalibyśmy je podstawowymi. Finansowane były z podatku płaconego przez wszystkich, od księcia do chłopa.
Wprowadzono nową zasadę – dobrowolnego finansowania takich placówek. Wmawiano ludziom, że to dla ich „wolności”. I ludzie uwierzyli, szczególnie, że ta „wolność” oznaczała zatrzymanie dodatkowych pieniędzy w kieszeni.
Efekt był taki, że w ciągu 10 lat (1820 – 1830) liczba szkół elementarnych w Królestwie z 880 zmalała do 329. Rewelacyjna skuteczność, prawda?
Jeśli dodamy do tego drastyczne podwyżki opłat za kształcenie w szkołach średnich na tyle, by coraz mniejszą liczbę młodzieży było na nie stać, bez trudu znajdziemy ową „myśl przewodnią” tych działań.
Oczywiście nie śmiałbym porównywać reform pani Zalewskiej (matkobosko co mi się napisało!) z tamtą sytuacją, ani insynuować jej celów podobnych do tamtych, ale jeśli chodzi o efekty… jakoś nie mam złudzeń.
Co ciekawe, jedne z pierwszych grup konspiracyjnych powstałych w opozycji do zastanej rzeczywistości objawiły się właśnie wśród uczącej się młodzieży.
Sporą ciekawostką z punktu widzenia taktyki i strategii jest fakt, że nieprawdopodobnie liczna sieć szpicli Konstantego (a któż nimi był? No przecież nie Rosjanie w mundurach) miała kłopot z tymi organizacjami, ponieważ konstruowane były według jednego wzoru. Np. przysięgę zachowania tajemnicy pod groźbą pożarcia przez smoka i moce piekielne składali członkowie super tajnej grupy zajmującej się… pokątnym podpijaniem winka bez wiedzy rodziców i nauczycieli. Takich i podobnych grup było wtedy wśród młodzieży wiele i wyłowić spośród nich akurat tę zajmująca się stricte polityką nie było łatwo.
Co interesujące, wzorem dla tej młodzieży był Tadeusz Kościuszko, którego liczne fragmenty pism krążyły jak bibuła po szkołach.

Drugą grupą buntująca się było wojsko. Chora miłość Konstantego do wojska traktowanego jak ołowiane żołnierzyki musiała wywoływać sprzeciw. Upokarzani publicznie oficerowie – z policzkowaniem włącznie – bywało, że popełniali samobójstwa, nie godząc się na plamienie ich honoru. Oni jeszcze wiedzieli co to słowo znaczy nie uważając za normalne traktowanie ich jak przedmiotów będących zabawką w ręku człowieka niezrównoważonego. Lizusów przyklaskujących idiocie za cenę awansu było niewielu. Pamiętać należy, że w dużej części byli to oficerowie napoleońscy, eks-legioniści, a to akurat były formacje, które wprowadziły wręcz rewolucję humanizującą stosunki wewnątrzwojskowe. Zakaz kar cielesnych, traktowanie każdego – od szeregowca do generała – jak człowieka, to nie było coś, co łatwo dawało się zapomnieć.
Wszyscy znają nazwisko majora 4 pułku Waleriana Łukasińskiego. Aresztowany za udział w tajnym sprzysiężeniu wojskowym w wieku 36 lat dostał wyrok 9 lat więzienia, później skrócony przez Aleksandra do lat 7.
Z więzienia nigdy nie wyszedł. Spędził w nim… 46 lat!
Konstanty jednym rozkazem podwoił mu wyrok bez żadnego sądu z dopiskiem, że nie wolno go z więzienia wypuszczać bez wyraźnego jego rozkazu.
Prawo? Jakie prawo? Prawo nie jest najważniejsze!
Gdzieś to słyszałem.
Czas udręczenia tego człowieka wymagałby osobnego, szczegółowego opisu, a wart jest i filmu historyczno sensacyjnego (służę scenariuszem w razie czego), ale jest w jego historii moment, na który chciałbym zwrócić szczególną uwagę.
Po wybuchu powstania listopadowego brat, Antoni Łukasiński, zwrócił się do Rządu Narodowego o starania w celu uwolnienie więźnia. W rękach powstańców było kilku znaczących rosyjskich generałów, można było zaproponować Rosjanom wymianę.
Radziwiłł i Skrzynecki nie ruszyli palcem w tej sprawie.
Rzecz raz jeszcze była poruszona na posiedzeniu sejmu Królestwa. Skrzynecki ponownie nie zrobił nic. Łukasiński zmarł w wieku 82 lat przeżywszy w ciężkich więzieniach więcej lat, niż ich miał gdy go zamykano.
Wieczny wyrzut sumienia na polskim patriotyzmie tamtych lat.
I jeszcze jedno. Większość szlachty Królestwa Polskiego „odsunęła się” od polityki uznając, że to nie ich sprawa. Ciekawe, prawda? Ponad dwieście lat awantur z kolejnymi królami w celu powiększenia obszaru szlacheckich wolności i nagle… co? Wszystko nieważne? Tak łatwo z nich zrezygnowali?
A może tak naprawdę nigdy ich nie potrzebowali i byli tylko marionetkami w rękach magnatów kierujących ich wolą i głosami dla własnej partykularnej korzyści?
Łatwość z jaką zrezygnowali z przysługujących im jeszcze niedawno praw na to by wskazywała.
Na szczęście, jak już powiedziałem, nikt nie bierze historii na serio.
Możemy spać spokojnie.
Jerzy Łukaszewski


Najbardziej wstrząsający a zarazem wzruszający jest los Waleriana Łukasińskiego. To rzeczywiście historia nadająca się na film. Historia politycznej zemsty za rzeczy nie udowodnione. Postawa przywódców powstania listopadowego zdumiewająca, zresztą nie tylko w tej sprawie. Dzisiejsza opozycja jak malowana. Na szczęście historia nie boli nas zawsze. Po śmierci może nam skoczyć.
współczesna Polska to chyba nie tyle odniesienie do oportunizmu co historia upadku wagi wątpliwości na rzecz poczucia przynależności do rywalizujących wspólnot, chociaż być może wtedy także tak hartował się oportunizm ..przekonań
Nie chciałem się wdawać w szczegóły, ale sędziowie, którzy skazali Łukasińskiego to: gen. Maurycy Hauke, Zygmunt Kurnatowski, Ignacy Blumer, płk. Ludwik Bogusławski i Jan Skrzynecki. Skrzynecki początkowo nie chciał podpisać wyroku, ale po rozmowie z Konstantym … zmienił zdanie. Jak widać – na dobre.
@J.LUK – gdyby Pan napisał artykuł poświęcony Walerianowi Łukasińskiemu, wyjaśniający jego dramat i tragedię, to byłby to najlepszy hołd dla tej postaci i ciekawy przykład odniesienia do czasów współczesnych.
Ma pan rację, trzeba się chyba za to wziąć. Odniesień jest aż nadto dużo.
Pamiętam, że jak byłem mały, uczyli mnie (nieprawda, w moim L.O. TPD III nie uczyli, ale potem się autodydakczyłem) tej analizy wartości, ekonomii (nawet zdałem egzamin) różnych takich strategii i tych tam „ścieżek krytycznych”, żeby tą całą systematycznością usprawnić myślenie, i uniknąć bezpłodnego głowienia się.
Zdumiewa mnie dzisiaj podwójny Morawiecki, co przecież tego bagażu musiał sobie na studiach na grzbiet naładować, aby rozwiązywać jakieś problemy, nie jak totalny przygłup, tylko przynajmniej w normie średniej, uniwersyteckiej, co pewnie sam w niej biegam, bo z wiekiem to IQ maleje. I on uważa, że prawo nie jest tak ważne jak wyrodek, co reprezentuje (chwilowo, miejmy nadzieję) nasz nieszczęsny narodek. Więc żądzi, żądzi, bo to jego jedyna żądza. I tej „oportunistycznej” logiki się wyzbył, chore emocje panują nad zdrowym rozsądkiem i wszystkimi co to panowanie uznali, więc błaszczą się przed nim pod Pałacem Paskiewicza, albo gdziekolwiek.
@ A. GORYŃSKI – problem z Morawieckim jest nieco inny. Z wykształcenia historyk, z uzupełniającego specjalista od zarządzania i trochę prawa europejskiego. Ten pan nie ma żadnego wykształcenia ekonomicznego, porównywalnego z osobami klasy Balcerowicza czy Belki. Ten brak elementarnej wiedzy makroekonomicznej widać po jego zachowaniach, wypowiedziach, planach czy działaniach. Brak wykształcenia ściśle ekonomicznego widać także w wyznawanych teoriach. Ekonomista, który odrzuca rynek jako główny regulator gospodarki, jest zwyczajnie ekonomistą marnie wykształconym, niestety. Na dodatek jest klinicznie skażony pewnym typem pseudointelektualizmu proletariackiego przez swojego ojca. To wszystko sprawia, że ten pan wyznaje teorię jakoby państwo było skuteczniejsze od rynku. Stąd już tylko krok do prymitywnego marksizmu. (Marksizm potrafi być dużo mniej żenujący.)
Kiedy prześledzimy karierę zawodową tego pana zobaczymy, że był prezesem w prywatnym banku. W takich bankach wszystkie istotne decyzje strategiczne, taktyczne i strukturalne podejmują akcjonariusze dominujący (w tym banku Allied Irish Bank). Prezes banku nie jest dla nich „mózgiem” a kimś w rodzaju ekonoma. Posłusznego i skrupulatnego wykonawcy poleceń w centrali. Zależnie od jakości wykonania tych zadań jest oceniany i nagradzany. BArdzo scentralizowany i ręczny sposób sterowania bankiem przynosił pewne sukcesy, zwłaszcza kiedy rozmawia się ze współpracownikami prezesa -kadrą kierowniczą różnych szczebli. Dominacja i autorytaryzm prezesa był wprost proporcjonalny do wybujałego ego, wybujałego wielokrotnie ponad miarę. Sukcesy scentralizowanego zarządzania możliwe były dzięki temu, że struktura (kadra kierownicza) swoimi kwalifikacjami i postawami kompensowała największe idiotyzmy scentralizowanego modelu władzy.
*
W obecnej roli ten pan:
– nie ma nad sobą mózgu,którego się od niego oczekuje, a jego własne projekcje w tzw. Planie Odpowiedzialnego Rozwoju to zestaw sloganów, zaklęć, pobożnych życzeń i niedorzeczności,
– nie ma wysokiej klasy kadry kierowniczej która pomogłaby w likwidacji dysfunkcji władzy,
– nie ma dobrej klasy wykonawców jak w przypadku pracowników banku,
– działa w oparciu o fałszywe a zarazem anty efektywne rozwiązanie – państwo jest najgorszym inwestorem i przedsiębiorcą na rynku.
To wszystko sprawia, że skutki jego działań będą, bo muszą być opłakane.
Na razie jednak jak cała ta ekipa rządząca może opowiadać takie bzdury jak z tym prawem ponad, którym jest sprawiedliwość. Raz dlatego, że brak kompetencji w całej ekipie pozwala im wszystkim wygadywać wierutne bzdury. Drugi raz dlatego, że na tle innych ten pan i tak jest gwiazdą pośród miernoty. Ale nie zmniejsza to problemu, niestety.
….. nasuwa się myśl, że ci niby komuniści z PZPR byli bezdennie głupi. Gdyby zamiast zwalczać Kościół jako konkurenta do władzy, podzieliliby się władzą z biskupami i proboszczami, to rządziliby do dzisiaj……. Fragment z bardzo dobrego tekstu ,calosc do przeczytania tutaj : http://konserwatyzm.pl/artykul/24114/szlezak-polski-koniec-historii/#prettyPhoto
Hm… „Zwalczali”? Raczej – starali się trzymać na dystans. Obawiam się, że dla wielu „nie zwalczać” – znaczy dokładnie to samo, co całkowicie ulegać i zaspokajać absurdalne wymagania. Racjonalny stosunek do Kościoła – jaki jest np. w nigdy-nie-komuszej Francji – uchodził w PRL za lewacki (tak, tak – wtedy też zwalczano „lewactwo”, tylko ciut inaczej je rozumiejąc…), podobnie jak nazywają tamtejszą sytuację dzisiejsi prawacy.
@BM Mam podobne zdanie. Zwalczanie polegało na nieobecności biskupów na uroczystościach państwowych i konieczności uzgodnienia przez proboszcza trasy procesji Bożego Ciała z administracją państwową.
Za to podzielili się wpływami i majątkiem przy okrągłym stole. Aż tacy głupi nie byli.
@BM , WEJSZYC… Oczywiscie slowo walczyc powinno byc wziety w cudzyslow , jesli odnosilo sie ono do ostatnich dzisiecioleci realnego socjalizmu w PRL , gdzie KRK krzywda sie nie dziala …Lecz z pewnosci KRK byl trzymany na dystans i nie pozwalano na by pasozytowal na panstwowym organizmie ….Co nastapilo po 1989 . Na dzien dzisiejszy zasadne jest pytanie kto wlasciwie rzadzi w PL : KRK czy 1 sekretarz KC PIS Tow Jaroslaw…???
Coraz bardziej zjadę z Tematu, ale jak już jesteśmy w historii PRLu to przypomina mi się że wzrastająca gwałtownie aktywność (i zapewne liczebność) esbecji, już od 1960 r. rzucała się w oczy każdemu, co miał oczy i uszy a się też rozglądał. Ja wtedy nawet dawałem w moim towarzystwie wyraz obawie, że może nastąpić przekroczenie masy krytycznej i „szpieglozja”, jak przypuszczalnie na Węgrzech. Ta hipoteza była oczywiście niesłuszna, bo późniejsze osiągnięcia Czauszesku pozostawiły w tyle wszystkie dotychczasowe wyobrażenia.
* Ale to mi przypomina, że przecież powinniśmy spojrzeć uważnie na ten kawałek tak pospiesznie uchwalonego budżetu. Oczywiście to będzie zaciućkane pod płaszczykiem walki z terroryzmem i podobnie jak ten WOT nigdy (ależ nigdy!) nie ma służyć do zwalczania politycznej opozycji. Ale kto mi powie: o ile w ciągu tego roku urósł aparat PiSBecji? Nie urósł? I nie pączkuje? Jakoś mi się nie chce wierzyć.
O ile dobrze pamiętam to chyba dwa lata temu odbyła się sesja NAUKOWA na temat Królestwa Kongresowego. Bronisław Łagowski omówił w PRZEGLĄDZIE wydaną z tej okazji publikację. Była tam także mowa o pozytywach tamtego królestwa. Szczegółów już nie pamiętam,ale wniosek,że obraz nie był tylko biało-czarny nasuwa się w sposób oczywisty.
Oczywiście. Nigdy nie ma czarno białych obrazów. Nie piszę tu więc o całym obrazie, ale o tym jak złudne bywają pozory, a także o Polakach jacy byli i jacy są. W większości podręczników dziatwa czyta jak to Polacy „walczyli o wolność”. Naprawdę?
Liczba tych, którzy się urządzali w „obiekcie kisielewskim” na głowę biła tych, którzy o cokolwiek chcieli walczyć. I tak jest zawsze. Dziś też.
Interesujacy wywiad , ktory warto przeczytac…. : http://krytykapolityczna.pl/kraj/polak-pis-ludwika-wlodek/