Czy można dziwić się ludziom, że są wkurzeni na to, jak działa ich państwo, kiedy życie uprzykrzają niezrozumiałe decyzje?
Tak zwany szary człowiek boi się urzędów, bo z doświadczenia wie, że proste pozornie sprawy okażą się niemożliwe do załatwienia, i że z biurokracją się nie wygra. Jeden z takich biurokratycznych demonów to gospodarka terenami. Plany zagospodarowania przestrzennego, nie wiedzieć dlaczego, rodzą się przez dziesięciolecia, a ich brak zatruwa ludziom (i urzędnikom) życie. Urzędy tłumaczą, że szybciej nie można, ale żadne z tych tłumaczeń kupy się nie trzyma. Warszawa ma tu i ówdzie zatwierdzone plany, ale znaczna większość miasta rozwija się „na kocią łapę”. Planów nie ma też Choszczówka, gdzie mieszkam, (część dzielnicy Białołęka) i tym łatwiej zagnieździły się tam absurdy.
Choszczówka była w czasie wojny niemal kompletnie zniszczona – z kilkuset domów do mieszkania nadawało się kilkadziesiąt i większość dawnych mieszkańców już tu nie wróciła. Nowa władza w PRL prawem własności się nie przejmowała – kto mieszkał, to mieszkał, na wolnych terenach zasadzono las. Dawni właściciele tych gruntów dopominają się teraz o swoje. Grodzą kawałki lasu, wieszają na drzewach przedwojenne adresy i czekają na plan zagospodarowania terenu. Niektórzy tracą cierpliwość i krok po kroku osiedlają się nielegalnie tam, gdzie kiedyś była ich ziemia, a teraz jest państwowy las.
Nikt nie wie – czy las się zachowa, jak słusznie chcą architekci, a wtedy właścicielom trzeba będzie zapłacić za utracony grunt, czy też plan pozwoli się w tym lesie budować. Na razie architekci wyznaczyli umowną granicę miedzy lasem a osiedlem – po jednej stronie granicy są działki z domami, po drugiej las i warunków zabudowy się nie dostaje.
Wydawało się to jasne, ale pewnego dnia wkroczyła do Choszczówki komisja ze stołecznego urzędu. Przeszła się po osiedlu, czyli tam gdzie wg. architektów budować można, zobaczyła że między domami są jeszcze działki bez domów i oznaczyła je literkami LŚ, czyli zrobiła z nich las. Architekci nie wiedzieli chyba o wizycie geodetów, bo chociaż wszyscy są z urzędu miasta – decyzje wydali odmienne. Tam gdzie architekci pozwolili budować, komisja postawiła literki LŚ, czyli las bez prawa do zabudowy.
Komisja zrobiła swoje, a właściciele działek które oznaczono literkami LŚ (leśna – nie do zabudowy) dostali od losu kosztowną niespodziankę.
Państwo K. kupili kiedyś działkę z prawem do zabudowy, upewnili się, że takie prawo mają i spokojnie czekali na stosowną okazję, żeby zrobić z niej użytek. Kiedy jednak po paru latach postanowili działkę sprzedać, okazało się że nie ma ona żadnej wartości rynkowej – w międzyczasie bowiem chodziła tu wspomniana wyżej komisja i uznała, że prawo do zabudowy tej działce nie przysługuje. Jak się państwo K. dowiedzieli – komisja dokonała „terenowej weryfikacji użytków gruntowych” czyli „wszczęto postępowanie w sprawie aktualizacji gleboznawczej klasyfikacji gruntów w celu utrzymania operatu ewidencji”. Ta klarowna informacja wisiała ponoć na tablicy ogłoszeń w Dzielnicy Białołęka i ogłoszona była w urzędowych komunikatach na łamach „Gazety Stołecznej”.
Urząd jest zatem formalnie w porządku, nie jego wina, że państwo K. nie pilnowali swego i nie chodzili do ratusza, żeby czytać tablice ogłoszeń, przez co stracili swój majątek. Bo, rzecz jasna, na nic im ta działka bez prawa do zabudowy. Lata lecą, a wyrok tamtej komisji jest nadal w mocy. Państwo K. wydali już krocie na opłacanie adwokata, odkręcić decyzji się nie da. Nikt nie potrafi wytłumaczyć – dlaczego obowiązująca poprzednio klasyfikacja gruntów przestała być właściwa i po co „upoważniony klasyfikator” dr. inż. Ludmiła Pietrzak w styczniu 2010 roku „wykonała czynności związane z ustaleniem nowej klasyfikacji gruntów”. Na tej nieszczęsnej działce owszem rośnie parę drzew, ale nigdy nie będzie ona lasem. Dookoła od dawna stoją domy, jest doprowadzona elektryczność, miasto doprowadza też wodociąg i gaz.
Planów zagospodarowania nie ma i nie wiadomo kiedy będą, słusznie więc architekci wyznaczyli umowną granicę osiedla, która dzieli teren do zabudowy od zwartego lasu. Dlaczego inni urzędnicy stołeczni zmieniają nagle tę klasyfikację? Dlaczego urząd z urzędem w tej samej miejskiej administracji nie jest w stanie się dogadać?
Znaków zapytania jest znacznie więcej, bo w tej samej okolicy jest kilkadziesiąt podobnych przypadków. Pan H. kupił wiele lat temu działkę przy zabudowanej gęsto ulicy, ale jego działka była dwa razy większa niż działki sąsiadów, bo w przyszłości chciał obok wybudować dom dla dzieci. Kiedy zainteresował się już bliżej statusem drugiej połowy swojej posesji okazało się, że akurat ten drugi kawałek jest już „leśny” czyli „trefny” i pod budowę się nie nadaje. Biega po urzędach, ale wszędzie próby wyjaśnienia tego absurdu kończą się podobnie – skoro na prawie własności figurują literki LŚ to znaczy, że działka nie jest przewidziana do zabudowy i kropka. W Naczelnym Sądzie Administracyjnym dowiedział się: „ ustawy są tak skonstruowane, że nie mamy podstaw, aby Panu wydać prawo do zabudowy”. Drugą część własności pana H. nazwano bowiem – „terenem leśnym nie zalesionym”.
Absurd goni absurd. Najciekawszy z nich jest ten, że prywatnie wszyscy, także urzędnicy miejscy czy dzielnicowi, są zgodni – sensu tu żadnego.
Cały teren osiedla Choszczówka jest przewidziany pod zabudowę jednorodzinną, wytyczono działki, są numery posesji, na których przewidziano domy. I ni z tego ni z owego pojawia się jakaś komisja i ustala, że kawałek pusty między domami to będzie las bez prawa do zabudowy. Wszyscy się zgadzają – absurd, ale nic nie można poradzić. Pan H. wielokrotnie prosił, żeby ktoś z urzędu zobaczył, że nie ma sensu nazywać lasem kawałka terenu w środku osiedla, w dodatku kawałka praktycznie bez drzew! Wszyscy się z nim zgadzają, kiwają głowami, mówią, że to absurd. Kiedy pan H. prosi, żeby ktoś przyjechał i na własne oczy ten absurd zobaczył, przyjeżdżać nikt nie chce.
I trudno się dziwić, że zaraz ciśnie się na usta pytanie – czy aby ktoś nie upatruje dla siebie korzyści w tym, żeby stworzyć podstawę prawną i zablokować właścicielowi możliwość korzystania z jego własności? Ale przyglądając się bliżej tej abstrakcji wydaje się, że groźniejsza jest nieudolność i zła organizacja w urzędach niż proste łapownictwo.
Inny przypadek – w tym samym pasie lasu kilka osób kupiło działki z myślą o budowie domu. Jedni z nich dostali pozwolenia na budowę a inni dostali LŚ, czyli pozwolenia na budowę nie będzie. Od sześciu lat chodzą, pytają: dlaczego? Płacą kancelariom prawnym – skutek taki sam jak wyżej opisany – budować nie można, działka leśna. Nie – bo nie.
Nikt nie potrafi im wytłumaczyć dlaczego obok, w tym samym pasie leśnym wolno stawiać nawet okazałe budowle, wycinać w pień wszystkie drzewa, a inni tłuką się po urzędach i odchodzą z kwitkiem. Trudno się dziwić, że właściciele działek, które nie wiedzieć czemu nie są do zabudowy, podejrzewają, że w grę wchodziły tam jakieś lewe argumenty. Bo skoro – rozumują ci bez pozwolenia – skoro dookoła jest sieć ulic, doprowadzona kanalizacja, i skoro właściciele sąsiednich działek pozwolenia dostali, no to dlaczego…..?
Złośliwość? Łapówka? Syndrom „kafkowski”? Bo są to sytuacje znane z powieści Franza Kafki, w których króluje konflikt jednostki z anonimową, nadrzędną instancją.
Nie ma co kombinować na zdrowy rozum, bo zdrowy rozum nie działa.
Na infrastrukturę komunalną państwo łoży miliardy złotych. Nie trzeba mędrca, żeby uznać, że w interesie społecznym jest, aby w okolicy uzbrojonej w drogą infrastrukturę ludzie stawiali domy i płacili podatki, które chociaż częściowo zwrócą koszt drogich inwestycji. Przestrzeń powinna być racjonalnie zagospodarowana, a najdroższe jest zbrojenie terenu. I nie po to się teren zbroi, żeby między domy wciskać kawałki „lasu” z którego nikt nie będzie korzystał.
Kiedy pan M. kupował swoją działkę był pewien, że skoro wydano pozwolenie, aby podzielić teren do sprzedaży na działki po 2 tysiące metrów każda, to po to, żeby ci co je kupują mogli się tam budować, a nie tylko zbierać grzyby. Obok przechodzi kanalizacja, na którą wydano społeczne miliardy, przecież nie po to, żeby zarastała krzakami, tylko żeby ludzie z niej korzystali. Poza tym, skoro innym w tym samym pasie leśnym daje się zezwolenia na budowę, no to…
Ale kiedy państwo jest „teoretyczne” zdrowym rozsądkiem nie można się kierować – jedni budują kanalizację, drudzy decydują czy obok mają rosnąć domy czy las.
Agnieszka Wróblewska


A miała być taka piękna gospodarka kapitalistyczna… i jest!
Dawni właściciele chyba nie burczą ze się pozbyli „majątku.”