Marek Jastrząb: Reminiscencje6 min czytania

()

27.09.2021

Powiada się, że przed ciągniętym na egzekucję pojawia się niewidzialna przestrzeń, rozciąga intymna strefa zmarnowanej ambicji, ambicji umożliwiającej mu powrót. Jednak powrót ten nie ma starej, poprzedniej, znanej i swojskiej, przyjaznej i bezpiecznej formy: przybiera kształty jeszcze zamglone, a już nieosiągalne, jeszcze rozświetlające mrok, a już nasączone jadem pesymizmu; bezapelacyjnością własnego odchodzenia, która nadaje uciekającej spod nóg rzeczywistości — nowy szlif.

Lecz są i tacy, jak ja, którym żaden wyrok, żadna egzekucja nie przeszkadzają dobrze się trzymać, odwrotnie, od im większego kociokwiku się opędzają, tym bardziej chcą go sobie chwalić. Wtedy pociechą jest wiara w to, że mam wolę, kieruję się natchnieniami, dążę do celów, o których w gruncie rzeczy nic nie wiem, a cele te prowadzą mnie do doznań o niejasnym przeznaczeniu. I w tej osobliwej aureoli trwogi doznaję mieszanych wrażeń, ponieważ przychodzą do mnie skomplikowane obrazy uchodzącego świata, przejmujące widoki zakazanych owoców.

Mój wzrok, rozjarzony gasnącym ognikiem zmysłów, odsłania przede mną porzucone chwile zdziwień, które, stwierdzam, kiedyś należały do mnie i były kiedyś moim niepisanym przymierzem ze światem. Mówię więc sobie, że jestem teraz uosobieniem prochu: wierzę w nadzwyczajność swojej znikomości, w bycie pyłem, którego tragedia polega na nieskończonej degradacji.

*

Nie ma nic żałośniejszego, aniżeli widok wesołka; swoim chimerycznym optymizmem wyprowadza w szczere pole niejednego wyznawcę posępności. Gdy uspokojeni zatroskani zostawiają go samopas, odczuwa, że stosowane przez niego metody rozwiązywania problemów, to stary zwiastun naiwnej wiary w to, że nie wydobyte na jaw marzenia same wylezą ze skorupy, same z siebie zostaną odwzajemnione. Lecz jednak, niestety wie, że ponieważ są za szczelnie ukryte, nikt poważny nie zechce trudzić się ich zrozumieniem.

Rankiem, gdy wstaje, wolniutko dochodzi do pełni władz umysłowych. Natomiast w niespiesznych obrzeżach południa zaczyna się u niego proces odwrotny: odchodzenia od zmysłów. I ten proces martwi go na dłużej, bo razem ze świadomością dociera do niego pytanie o to, kim jest naprawdę.

Przecież jego rozpędzony optymizm nie ma żadnego umocowania w rzeczywistości. Wszakże wyczuwa, że uczestniczy w grze o niewyjaśnionych zasadach, że nawet w środku nocy, wyrwany z krzyków, demonstruje, ze sztucznym uporem, że jest mu bardzo nieźle, wstrząsająco świetnie, niczego mu nie trzeba, niczego nie żąda i nie pożąda, na wszystko się godzi, przy czym bucha z niego wręcz obrzydliwa pewność, że to, o czym bzdurzy, jest zgodne z tym, co o nim sądzą.

*

Za każdym razem, gdy zabieram się za szukanie najświeższych wiadomości, czynię to z lękiem. Szczególnie ostatnio, czytając powiadomienia o śmierci ludzi wyciskających na mnie piętno. Czynię to z obawą, bo nie wiem, co znajdę. W zastraszającym tempie ubywa mi znanego świata, a na dodatek razem z nim obumierają we mnie — oczekiwania; mam wrażenie, iż za często odchodzą ludzie szlachetni, a na ich opuszczone miejsce wskakują komiczne figurki z kreskówek; wymykają się z istnienia takie potęgi, jak Kapuściński, Herbert, Lem, Gombrowicz, a zamiast nich gramolą się skwaśniali eksperci od oceny ich dorobku.

*

Wszystkie nasze oceny zależą od sytuacji; jak na dłuższą metę nie da rady udawać mądrego, bo wystarczy, gdy zabierze głos i od razu wiemy, że jest to głos durnia, tak, gdy tego głosu nie zabierze i będzie zawzięcie milczał, strojąc przy tym sprytnie UCZONE miny, przez długi czas może uchodzić za intelektualistę.

Tego rodzaju filuta opisał mój ukochany Balzak; namalował portret męża Marii Luizy Anais de Bargeton, pudernicowej kochanki głównego bohatera „Straconych złudzeń”. Otóż ten znakomity rogacz maskował swoją głupotę za pomocą trzymania języka za zębami, zdawał sobie bowiem sprawę, że kiedy coś powie, z mety wyjdzie, kim jest. Lecz że połowica prowadziła tak zwany salon literacki, co wiązało się z prowadzeniem domu otwartego, chciał – nie chciał, musiał odgrywać rolę wicegospodarza, nie miał innego wyjścia, tylko trzeba mu było być interesującym, mądrym, elokwentnym i zabawiać prowincjonalnych notabli przybywających tu z towarzyskiego obowiązku.

A że „zabawiać”, oznaczało dla tego milczka – tortury, wymyślił sobie cwany sposób na erudycję: przed inwazją gości uczył się, wkuwał w siebie łaciński cytat, jakiś fragmencik inteligentnego sformułowania użytego przez kogoś z górnej, filozoficznej półki, a w trakcie konwersacji z zaściankową śmietanką tak manewrował i naprowadzał rozmowę, by móc powiedzieć: NATOMIAST W TYM TEMACIE CYCERO RZEKŁ TO. I niedbale, przed rozdziawione gęby, rzucał łacińską sentencją. Co wzmacniało opinię o nim, że jest chodzącą encyklopedią.

A teraz wystarczy sobie wyobrazić, że nie jest w realu, ale siedzi w necie. Z racji umysłowej urody nie pisze długich postów, a nie pisze, bo nie potrafi złożyć jednego zdania z dwoma przecinkami, a co dopiero skreślić parę słów z trzema. Więc ogranicza się do komentarzy wielkości SMS. W ten sposób może przez lata uchodzić za mądrego i nikt go nie rozgryzie.

*

Znalazłem w internetowej bibliotece czytane 30 lat temu arcydzieło Balzaka „Kuzynka Bietka” i już zacząłem się cieszyć, że przeczytam je na nowo, już nawet przebrnąłem przez kilka zdań, gdy coś mi poczęło zgrzytać we wspomnieniach. Nie ten styl, nie ten rozmach, a i rytm beznadziejny. Spojrzałem na nazwisko tłumacza i okazało się, że to Teresa Prażmowska, a tłumaczenie pochodzi z 1883 roku. Więc gdyby nie było Boya, Słomczyńskiego czy Chądzyńskiej, kto wie, czy nie dziwiłbym się, czemu robi się tyle hałasu o nic.

*

Nie wiem, jak z innymi, ale są ludzie pogodzeni z nieuchronnością. Z wiekiem życia i wiekiem choroby przechodzą od pierwszej „fazy” przeżywania swojego stanu, a więc ślepego buntu i nieuzasadnionych nadziei, do kolejnej: czarnowidztwa i zgorzknienia. W miarę jednak upływającego czasu (w moim przypadku przeszło 40 lat) narasta świadomość bezpowrotnej utraty, no, a że nie ma sensu wiecznie chlipać nad rozlanym mlekiem, przychodzi uznać realia po to, by żyć nadal „w miarę normalnie”.

*

Człowiek wykwintnie kulturalny, wernisażowy, bywały na otwarciach i zamknięciach, uczestniczący w intrygujących wydarzeniach roku, fan okrzyczanej rewelacji sekundy, chce być człowiekiem aktualnym i otrzaskanym, choć to zdumiewająca mordęga i zamiast erudytą, nieporównanie łatwiej być mu ergocistą z umysłem na agrafce. Trudno mu przyjąć, że tuż pod jego ksenofobicznym nosem, tuż za mapą ze śródziemnomorskim basenem z cywilizacją, istnieją kraje wyzwolone z europejskich ograniczeń, obszary mające swoje własne, niecodzienne kanony i moralne dogmaty nakazujące święcie wierzyć w to, co dla człowieka żerującego pod niebem Polski czy Francji, jest czystą abstrakcją.

Świadomość niedostatku swojej wiedzy jest pierwszym krokiem do samopoznania, a pokora wobec ogromu indywidualnej ignorancji, może być początkiem rozwoju osobowości. Tylko powierzchowniak, intelektualny zaniedbalec i rozchichotany pleciugowicz chełpi się swoją wiedzą; człowiek wiedzący nie za wiele i nie za wyraźnie, ma ten gust, by nie stękać o swoich szerokich horyzontach i zasobach wiadomości, gdyż zdaje sobie sprawę, że jego wiedza jest znacząco nikła, na wpół rzetelna i w miarę trafna.

Marek Jastrząb

Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • jastrzab: BM

One Response

  1. asc 28.09.2021