27.03.2022
Mija trzydziesty trzeci dzień wojny Rosji z Ukrainą. To, co wydawało się oczywiste: szybkie zwycięstwo Rosji, błyskawiczna operacja wojenna obliczona na trzy-cztery dni zakończona upadkiem Kijowa, zainstalowaniem nowych/starych władz i rozpoczęciem rosyjskich porządków w kraju, w którym jest wiele do uporządkowania, okazało się błędem strategicznym Putina.
Trwa okrutna, barbarzyńska wojna na wyniszczenie, w której zabijanie cywilów, kobiet i dzieci, stanowi sposób na złamanie Ukraińców i prezydenta Zełeńskiego. To naprawdę straszny wybór – trwanie w oporze, który i tak musi się kiedyś skończyć a tym samym przestaną ginąć ludzie, a kraj przestanie się wyludniać (z Ukrainy uciekło już blisko cztery miliony ludzi a dziesięć opuściło swoje domy), stawia przed przywódcą dramatyczny wybór. Jak dotąd świat stoi przy prezydencie, kolejne kraje umożliwiają mu wystąpienia na forach swoich parlamentów, prezydent Zełenski jest na ustach całego świata.
Pytanie – jak długo jeszcze?
Politykiem stojącym naprzeciw prezydenta Ukrainy jest prezydent Rosji, uznany i nazwany zbrodniarzem wojennym. Jego pozycja jest już trwale zdefiniowana, przed sobą ma perspektywę wewnętrznego puczu i zamachu na życie oraz proces przed międzynarodowym trybunałem; takim, jakim była Norymberga. Obie te perspektywy stanowią przesłankę za trwaniem przy agresji: jeżeli liczba ofiar jest za mała, aby ruszyć sumienie świata, to trzeba ją jeszcze zwiększyć – albo przez nasilenie bombardowań, albo przez użycie nowych rodzajów broni masowego rażenia.
Prezydent Zełeński nie ma takich możliwości. Może jedynie wzywać do oporu, do walki do ostatniego naboju. To stary dylemat; zapewnia godne miejsce w historii, ale owocuje ogromem cierpień wszystkich ludzi. Ta decyzja przywódcy narodu to dotknięcie absolutu, każdy wrażliwy człowiek (ale nie cyniczny i zimny polityk, taki jak zbrodniarz Putin), musi przeżywać wielki dramat.
Ale to jest jego rola, to od niego zależy czas i forma zakończenia okrutnej wojny.
To wszystko, co powyżej dotyczy kraju, z którym Polska graniczy; kraju, z którego do Polski przybyło już blisko dwa i pół miliona uciekinierów. Przez wszystkie te dni od wybuchu wojny Polacy jako ludzie – oraz samorządy wszystkich szczebli, mnogość organizacji pozarządowych – pokazali najwyższy stopień wrażliwości na ludzkie cierpienie i spontaniczną sprawność w rozwiązywaniu problemów życiowych uciekających przed wojną.
Władza państwowa potraktowała problem uchodźców instrumentalnie, to stała jej cecha. Wojna i uciekinierzy to kolejne „polityczne złoto”, które rządzącym spadło z nieba (a właściwie zafundował im je Putin). Znikły wszystkie nierozwiązane problemy wynikające z polityki rządzących, nie ma afery podsłuchowej Pegasusa, konflikt z Unią Europejską zmalał skoro staliśmy się państwem frontowym, prezydent i premier wkroczyli na salony polityczne Europy i świata, wewnętrzne słupki poparcia dla PiS poszły w górę, wróciła koncepcja przyspieszonych wyborów, a nawet wyczyszczenia koalicji rządzącej z tej okropnej Solidarnej Polski i pana Zbyszka jako ministra niepraworządności. Trwa polityczny festiwal, nawet wicepremier ds. bezpieczeństwa pojawił się na arenie międzynarodowej gdzie zaistniał z całkowicie oderwanym od rzeczywistości pomysłem zbrojnej misji pokojowej działającej w trakcie wojny na Ukrainie.
Przybył prezydent Biden, spotkał się prezydentem Dudą, pogłaskał główki ukraińskich dzieci na stadionie, przywołał Jana Pawła z jego przesłaniem – „Nie lękajcie się”, ale i Lecha Wałęsę (czemu nie Lecha Kaczyńskiego, zapyta nasz prezes), zapewnił, że artykuł 5 traktatu obronnego NATO jest święty…
Działo się.
Prezydent Biden przyleciał i odleciał – a miliony Ukraińców zostały i muszą się jakoś odnaleźć w Polsce z jej tragiczną sytuacją w opiece zdrowia, krańcowo biedną oświatą, brakiem mieszkań dla wszystkich niebędących przedstawicielami klasy wyższej, rosnącym kosztem polityki zasiłków dla wielkich grup ludzi, obecnym kryzysem gospodarczym, rosnącą inflacją.
To są prawdziwe problemy, wymagające sprawnych służb państwa – a nie tylko entuzjazmu woluntariuszy. Jeżeli i tu polskie państwo okaże swoją niemoc, a sprawność na poziomie ministra Sasina czy posła Suskiego, to wielki kapitał sympatii i szacunku, jaki Polacy zyskali w oczach świata łatwo może zamienić się w przeciwieństwo tych ocen.
Co tam świat. Wewnątrz mamy ugrupowania, które już zacierają ręce, wietrząc wzrost poparcia dla swoich haseł. Partia, która ma swoją parlamentarną reprezentację – Konfederacja, już teraz proponuje zastąpienie słowa „uchodźca” słowem „nachodźca”, oraz zaczyna kampanię pod hasłem – gościna tak, przywileje nie. Łatwo sobie wyobrazić co może się dziać za kilka miesięcy w przepełnionych klasach szkolnych, do których będzie trzeba wprowadzić jeszcze grupę ukraińskich dzieci, co będzie z opieką pediatryczną przy tragicznym braku pediatrów – wtedy, gdy dojdzie im dodatkowe kilkaset tysięcy małych pacjentów, jak samorządy będą szukać mieszkań czy innych sposobów zakwaterowania tysięcy ludzi pragnących mieszkać tylko tam, gdzie jest możliwość znalezienia pracy.
Państwo liczy na pomoc z innych krajów. Inne kraje przyślą pieniądze, za które trzeba będzie organizować pomoc uciekinierom. Kluczowe jest tu słowo „organizować”; jak dotąd to państwo nie pokazało sprawności organizacyjnej nawet na poziomie elementarnym – a co dopiero wobec problemów tak ekstremalnie trudnych.
Pewną pociechą jest fakt, że są w kraju środowiska i organizacje myślące systemowo o tych wielkich wyzwaniach. W środowisku organizacji pozarządowych powstał program „Nowa Solidarność” obejmujący wszystko to, co trzeba zrobić, aby wielki spontaniczny wysiłek Polek I Polaków okazany w niesieniu pomocy Ukraińcom nie zamienił się w tradycyjne polskie piekło. To, co ważne w tym programie, to również to, że stawia on pytania o sprawiedliwy podział dóbr i usług społecznych – takich jak mieszkania, opieka zdrowotna czy oświata i szkolnictwo.
Dokonaliśmy błyskawicznej korekty w podziale dochodu narodowego zwiększając do 3% udział wydatków na wojsko. Rząd chce wyłączyć te wydatki spod kontroli parlamentu twierdząc, że grozi nam wojna. Taka jest logika czasu, wojna jest tuż za naszymi granicami. Zmiany w budżecie stwarzają tylko możliwości poprawy naszej obronności, ich realizacja wymagać będzie czasu.
Czy nie jest to też czas, aby zmienić inne priorytety i pochylić się nad naszą sferą usług publicznych, tego, co państwo jest winne swoim obywatelom?
Państwo polskie przez wszystkie lata po transformacji stawiało na prywatyzację tych usług. Wyrażało to słynne –„niech weźmie kredyt i kupi mieszkanie”, rosnąca prywatyzacja w sferze opieki zdrowia czy nawet szkół podstawowych lub średnich.
Teraz, mając ogromną rzeszę ludzi z innego kraju ogarniętego wojną trzeba, planując im systemową państwową pomoc, musimy zrobić to tak, aby nie wywołać napięć pomiędzy większością polskich obywateli, żyjących „od pierwszego do pierwszego”, biorących „chwilówki”, a nie kredyt, którego nikt im nie da.
Brak systemowego rozwiązania tego problemu może przenieść wojnę zewnętrzną do wewnątrz, a wojny domowe są zawsze najgorsze. Wybuch takiej wewnętrznej wojny oznacza też trwałe wzmocnienie tych sił politycznych, które zmienią Polskę z potencjalnej satrapii w trwałą autorytarną dyktaturę, w której wcześniej czy później, pojawi się jakiś Putin.
Oby nie!

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
