02.06.2022
Brakuje mi jasno przedstawionej analizy, którą dostarczyłby nam maluczkim socjolog czy psycholog z grona rodzimych naukowców. Mamy przecież takich i w kraju, i na świecie, a chciałabym się dowiedzieć co – poza znanymi prezentami z mamony – sprawia, że rodacy tak ochoczo popierają poczynania rządów PiS-u. Zrozumiała jest radość ludzi z rozdawanych nadprogramowo pieniędzy, jednak w zderzeniu z obyczajami i praktyką stosowaną w europejskiej cywilizacji pisowskie metody zdobywania głosów wyborczych wydają się żałośnie prymitywne.
Nie warto przypominać, o co strony polityczne się u nas spierają, na szczęście ciągle jeszcze są tu wolne media i kto chce może się dowiedzieć. Rzecz w tym, że – podobnie jak wszędzie – u nas też jest wystarczająco dużo wyborców, którym nie chce się zajmować nudnym i kłótliwym przerzucaniem winy i wnikać, gdzie jest racja. Prosty przekaz, znany wszystkim handlowcom: – patrzcie u mnie jest lepiej i taniej – na razie wystarcza.
Psuć system rządzenia znacznie łatwiej niż go potem naprawiać. Kto chce, pamięta co było po złotych czasach Gierka – okropne, nieczułe na ludzką biedę recepty „drożyzna i zaciskanie pasa dla ludzi pracy a dla cwaniaków i złodziei złote żniwa”. Do dzisiaj można spotkać rodaków, którzy wspominają, że dzięki Gierkowi po latach biedy i postu w sklepach zakwitły nigdy niewidziane przed nim frukty a na ulicach zrobiło się kolorowo od cudzoziemców. Bo nawet upragniony świat Zachodu się do nas przekonał. A kiedy było najgorzej? Rzecz jasna za Balcerowicza, firmował przecież boleśnie przykręconą śrubę, żeby zatrzymać cieknący upadek.
Posypały się potem pomysły i recepty, że trzeba było inaczej, taniej społecznie wychodzić z tej zapaści. Jeszcze teraz, kiedy poprzednia zmora minęła i Polska szczęśliwie stoi na europejskim gruncie odzywają się ci, co wiedzą, że można było z tamtych długów wydostać się lepiej, bez takiego bólu.
Szczęśliwie kraj nie jest już w zapaści. Być może częściowo i dlatego, że nawet polityczni populiści pamiętają tamten gorzki upadek i nie są gotowi tak ochoczo firmować życie na kredyt. Pokusa polityków, żeby chodzić w gospodarce na skróty, nawet ryzykowne, byle tylko nie oddać władzy, jest wielka. Poza tym chroni nas parasol przepisów UE, której wprawdzie pisowska władza nie cierpi, ale musi słuchać, bo łatwo władzę stracić, kiedy wyfruną obiecane pieniądze. A tak, jest szansa, że uda się przed wyborami przeciągnąć UE na swoją stronę przynajmniej część także tych „otumanionych zachodnią propagandą”.
Odpowiedzi na pytanie „co robić” nie znajdziemy sięgając do ewangelii Marksa i Lenina – odebrać bogatym, oddać biednym. Zwalanie wszystkiego na Unię też ma krótkie nogi. Czy UE może pomóc wyplątać się z tej matni, w jaką nasze społeczeństwo dało się wplątać? Już sam fakt tego wplątania, mam nadzieję, historia właściwie zanotuje jako fenomen dla przestrogi. Na pocieszenie możemy sobie powiedzieć, że nie pierwszy raz historia płata psikusy. Wygórowane ambicje człowieka miernej klasy, za to z wielkimi ambicjami i silną wolą władzy? Proszę bardzo, pełno jest „bohaterów” takich udanych sukcesów.
Nam się trafiło jednak więcej – człowiek z miernym dorobkiem, miernej postury, słaby mówca, nieznający świata w XX wieku ani obcych języków, którego siła polega na skłócaniu ludzi – niby trudno z takiego materiału ulepić silnego despotę, dyktatora z charyzmą i twardą ręką. A jednak Polak potrafił!
Sukcesy w historii trafiają się wprawdzie częściej osobom wybitnym albo ciekawym, którzy imponują wiedzą, otwartym na świat i jego nowości, a nie przodownikom w zawiści, która potrafi być motorem o niebezpiecznie silnym napędzie.
Na pytanie – dlaczego w takim razie nasz polski przypadek znalazł tak wielu swoich zwolenników? – odpowiedzi nie znam. Ale nie wątpię, że w gronie mądrych polskich socjologów i psychologów znajdziemy wielu zdolnych do odpowiedzi na moje pytanie.
Czy UE może nam pomóc w wyplątaniu się z politycznej iluzji, którą polskie społeczeństwo tak chętnie kupiło? Już sam fakt tego wplątania, mam nadzieję, historia stosownie oceni. Wprawdzie podobnych przykładów można w przeszłości znaleźć dużo więcej, ale nie wątpię, że w gronie naszych zdolnych psychologów i socjologów też nie zabraknie chętnych do opisania tego fenomenu.
I zapewne taki opis znalazłby też powodzenie na międzynarodowych forach.

Agnieszka Wróblewska
Publicystka
Ur. 16 grudnia 1933 roku w Warszawie. Ukończyła Wydział Dziennikarski UW, pracowała m.in. – w „Sztandarze Młodych”, „Kobiecie i Życiu”, „Przeglądzie Technicznym”, „Gazecie Wyborczej”.
