29.06.2022
Przy okazji incydentu w Inowrocławiu zwróćmy uwagę na dwie rzeczy. Jak bardzo skundlona jest już policja, jak skłonna do przemocy w obronie przestępczej władzy i jak łatwo przychodzi różnym przełożonym policji i rzecznikom bezczelnie kłamać, by uzasadnić bezprawne działanie funkcjonariuszy.
Ale zwróćmy też uwagę, jak bardzo ta władza, a zwłaszcza Jarosław Kaczyński, boi się społeczeństwa. Nigdy wcześniej, za mojej pamięci, nawet w stanie wojennym, sejm i budynki rządowe, nawet budynki mniej ważnych ministerstw, nie były do tego stopnia zamienione w fortece. Może tak było za Niemca lub za Bieruta, ale to były rządy okupacyjne, zresztą tamtych czasów pamiętać nie mogę. Na pewno jednak nigdy po 1956 roku, czyli odkąd skończyłem osiem lat, tak nie było.
Owszem były przepustki i nie każdy mógł wejść ot tak, bez powodu, ale nigdy sejm nie był ogrodzony i to trzema rządami różnych płotów i zapór. Za komuny do instytucji rządowych i do sejmu nie chodziłem, bo nie miałem tam żadnego interesu. Pamiętam jednak, jak pomiędzy budynkami sejmowymi Warszawiacy chodzili na spacery z dziećmi i psami, bo to był teren publicznie dostępny.
Po 1989 roku wchodziłem do sejmu jako dziennikarz wielokrotnie. Szło się do biura przepustek, pokazywało legitymację prasową i dostawało się przepustkę. Przy wejściu tylko straż sejmowa kazała przejść przez bramkę i sprawdzała, czy nie wnosi się broni lub innych niebezpiecznych przedmiotów. Chodziłem po korytarzach, rozmawiałem z posłami, członkami rządu, w ich biurach, w restauracji sejmowej, a nawet na korytarzu. Mogłem też wejść na galerię i obserwować obrady sejmu.
Nie było czegoś takiego, by przed sejmem stały rzędy płotów i kordony policji, by dla dziennikarzy i gości zamknięte było większość korytarzy i galeria.
Jarosław Kaczyński chodzi po sejmie z ochroną i nie można się do niego zbliżyć. Komuś udało się zadać mu pytanie, czemu tak się chroni i odpowiedział, że „ktoś mógłby go o coś spytać”. I to jest powód strachu wymagający minimum czterech ochroniarzy, a ostatnio całej grupy aktywu swojej partii wokół wodza. Pamiętam, jak ta chroniąca go grupa przewróciła Katarzynę Kolendę Zalewską, a wódz bąknął tylko: „but pani spadł” i nawet się nie zatrzymał, gdy jego kumple niemal kobietę tratowali.
Rozmiary ochrony wodza Hannibala Trzęsi Portas są wręcz komiczne. Ochrona skrzynki pocztowej – kilkunastu policjantów, plus kilku ochroniarzy prywatnych. 800 policjantów i 60 radiowozów broni wodza przed młodymi dziewczętami, które tańczą mu przed domem poloneza. W tym czasie Hannibal Trzęsi Portas jest ewakuowany na drugi koniec Warszawy, jakby groziła mu niemal bomba atomowa.
Jednocześnie spotykam się bez problemu z Donaldem Tuskiem, daję mu książkę (o nieznanej mu treści!!! O Zgrozo!!!). Spotykam się bez problemu z politykami Koalicji Obywatelskiej, z posłami, i to bez żadnej ochrony. Nikt mnie nie legitymuje, nie rewiduje, nie wypytuje, po co i o co. To samo z politykami innych partii, z szefem PSL Władysławem Kosiniakiem Kamyszem na spotkaniu publicznym w moich Wydminach, z Adrianem Zandbergiem spotkałem się w tramwaju, z Barbarą Nowacką na ulicy w Gdańsku, z szefową Partii Europejskich Demokratów, Elżbieta Bińczycką, byłem na kawie, i … no właśnie: ani razu nikt mnie nie zrewidował!
Hanibalowi Trzęsi Portas dedykuję wiersz mistrza Gałczyńskiego:
Ballada o trzęsących się portkach
Posłuchajcie, o dziatki, bardzo ślicznej balladki: Był sobie pewien pan, na twarzy kwaśny i wklęsły, miał portek z piętnaście par (a może szesnaście) i wszystkie mu się trzęsły; włoży szare: jak w febrze; włoży granatowe: też; od ślubu: jeszcze lepsze! marengo: wzdłuż i wszerz. Krótko mówiąc, w którekolwiek portki kończyny dolne wtykał, to trzęsły mu się one jak nie przymierzając osika. W ten sposób, przez trzęsienie, pan żywot miał bardzo lichy, bo wszędzie, gdzie wszedł, zdziwienie, a potem śmichy i chichy. W końcu babcia czy ciocia, już nie pamiętam kto, powiedziała do tego pana: „Chłopcze, ty uschniesz, bo nad portek sprawą przedziwną wylałeś trzy morza łez, a znowu nie jest tak zimno, więc spróbuj chodzić bez. Toć są materiały urocze. Toć są, kochanie. Toć. Ty kup sobie jakiś szlafroczek i w tym szlafroczku chodź; lub od razu na zadek kup sobie spódnic troszkę, a na wszelki wypadek parasolkę. I broszkę; też innych rzeczy mnóstwo, kociackie ochędóstwo, rzęsy z drutu, najlony — i już będziesz urządzony, a wąsy sobie wyskub. I tak wyglądasz jak biskup”. Kupił pan sobie szlafroczek, chodził w szlafroczku roczek, ale tylko w ciemności, bo i szlafrok trząsł mu się cości; a portki schowane w kredensie też się nie zrzekły tych trzęsień; trzęsło się całe mieszkanko, kanapy i futryny, bo to był dom melancho i bardzo cyko ryjny. Tutaj się kończy ballada o portkach się trzęsących, z ballady morał gada, morał następujący: GDY WIEJE WIATR HISTORII, LUDZIOM JAK PIĘKNYM PTAKOM ROSNĄ SKRZYDŁA, NATOMIAST TRZĘSĄ SIĘ PORTKI PĘTAKOM

Krzysztof Łoziński
Emeryt
Ur. 16 lipca 1948 r., aktywista wydarzeń marca 68. Były działacz opozycji antykomunistycznej z lat 1968-1989, wielokrotnie represjonowany i dwukrotnie za tę działalność więziony.
Członek Honorowy KOD i NSZZ „Solidarność”
