24.02.2023

Gdy premier Morawiecki gromko popędzał Niemców, by jak najszybciej przekazali Ukrainie czołgi Leopard 2, spodziewałem się, że w końcu jakiś wyprowadzony z równowagi Niemiec poradzi, by zamiast drzazgi w cudzym oku, dostrzegł belkę w swoim. Niemców widać, skrępowanych poprawnością polityczną, wyprowadzić z równowagi się nie da. A premier plecie co chce, zasadnie licząc na krótką pamięć odbiorców plecionki.
Dawno temu, 28 grudnia 2015 r., po długich negocjacjach Inspektorat Uzbrojenia MON podpisał z konsorcjum tworzonym, przez Polską Grupę Zbrojeniową i Zakładu Mechaniczne Bumar-Łabędy umowę wartości 2,415 mld zł, dotyczącą modernizacji czołgów Leopard. Do 30 listopada 2020 r. 128 czołgów zmodernizowanych miało być do standardu Leopard 2 PL, z uwzględnieniem dostarczenia dalszych 14 do 30 listopada 2021 r. W ramach umowy powstać miał Ośrodek Szkoleniowy w Świętoszowie dysponujący nowoczesnym trenażerem; konsorcjum miało stworzyć pakiet logistyczny, zabezpieczyć części zamienne, przekazać zestawy narzędzi specjalistycznych, by utrzymać sprawność dostarczonego sprzętu; zapewniono także pakiet szkoleniowy przygotowujący czołgistów do obsługi zmodernizowanych Leopardów. Uzupełnieniem umowy było, podpisane 18 lutego 2016 r., porozumienie z niemieckim producentem czołgów Rheinmetall Defence, wartości 130 mln euro, o współuczestniczeniu w projekcie modernizacyjnym.
Nie wnikam w dyskusję czy lepsze są dla naszej armii amerykańskie Abramsy, czy czołgi koreańskie, rosyjskie, niemieckie a może francuskie. Stwierdzić jedynie można, że gdyby umowa z 2015 r. została zrealizowana, polska armia dysponowałaby w 2022 r. 142 Leopardami 2 i możliwe byłoby przekazanie ich Ukrainie. Niestety, do końca 2022 r. armia odebrała z Łabęd 45 czołgów, w tym 13 w 2021, a po wybuchu wojny i przyspieszeniu realizacji kontraktu: 20. Termin wywiązania się z umowy przesunięto na rok 2025, a następnie na rok 2027. Wtedy pewnie będziemy mieli Abramsy i K-2 Black Panther, więc te Leopardy staną się zbędne. Od czasu podpisania kontraktu w Bumarze zmieniło się kilku prezesów, wściekli związkowcy mówią o celowym doprowadzeniu firmy na skraj upadłości.
Odpowiedzią na wybuch wojny było przyspieszenie dozbrojenia polskiej armii. Pospiesznie uchwalono ustawę o obronie Ojczyzny zapewniającej finansowanie zbrojeń poza kontrolą parlamentarną, zakupy prowadzono z wolnej ręki, sądząc, że intuicja głównodowodzącego jest na wojnie ważniejsza od biurokratycznych procedur sztabowych. Być może, gdybyśmy mieli w armii lub MON Napoleona, to teoria o intuicji byłaby trafna. Potencjalnych „napoleonów”, sprawdzonych udziałem w zagranicznych misjach i konfliktach zbrojnych, wyrugowała „miotła” zwolenników „spiskowych teorii dziejów” skupionych wokół Macierewicza. Z braku innych Napoleonem ministra Błaszczaka stał się gen. broni Wiesław Kukuła, mianowany Dowódcą Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych, czyli – w domyśle – Naczelnym Wodzem w czasie wojny. Generał Kukuła nie miał do tej pory żadnego wpływu na kształt narzędzia, jakim ma dysponować: ani na uzbrojenie, ani na organizację. Chwalony był za stworzenie Wojsk Obrony Terytorialnej, przez skromność jednak przemilczał, że ten nasz WOT w żaden sposób nie przypomina sprawdzonej w boju, ukraińskiej obrony terytorialnej. WOT w tradycji służył przede wszystkim obronie miasta i rejonu, z którego pochodzą żołnierze. Związanie wyszkolonych rezerwistów ze „swoim” garnizonem umożliwiało szybką mobilizację rezerw, wpływa także na morale walczących. WOT w Polsce jest dziwną „półzawodową” formacją, podległą nie armii, lecz ministerstwu; na rozkaz ministra kierowaną do różnych zadań w różnych rejonach Polski.
Uzawodowienie wojska, z równoczesnym zaniedbaniem szkolenia rezerw, spowodowało, że nasz kraj ma ograniczone zdolności mobilizacyjne. Ukraina po rosyjskim ataku była zdolna powołać pod broń blisko 700 tys. żołnierzy. W Polsce bez powodzenia próbowano przećwiczyć mobilizację 200 tys. rezerwistów na ćwiczenia. Zdolność mobilizacyjna nie wynika z wpisania do ustawy powszechnego obowiązku służby. Konieczny jest system pozwalający stale doszkalać rezerwistów, konieczne są miejsca, gdzie mają się gromadzić na wypadek „W”, konieczne jest zmagazynowanie odpowiedniej dla liczby mobilizowanych ilości broni, amunicji, umundurowania, żywności itd. Jeśli WOT nie przyczynił się do zwiększenia możliwości mobilizacyjnych, to jego istnienie jest wątpliwym sukcesem.
Rok wojny na Ukrainie pokazał, że siła państwa zależna jest nie tylko od żołnierskiej odwagi, ale przede wszystkim od cywilnego zaangażowania. Mimo bombardowań, mimo zniszczeń, mimo braku możliwości prowadzenia normalnej działalności gospodarczej: pociągi jeżdżą, linie energetyczne przesyłają prąd, wodociągi dostarczają wodę, działają szkoły i szpitale. Natychmiast po ataku bombowym pojawiają się ekipy ratunkowe, które wiedzą, co robić i dysponują niezbędnym sprzętem. To, co nazywamy „obroną cywilną” działa, jak trybiki w zegarku. Patrzeć na to możemy z zazdrością, zwłaszcza, gdy sobie uświadomimy, że u nas tego nie ma. Stary niefunkcjonalny system obrony cywilnej został rozmontowany ustawą o obronie Ojczyzny; nowa ustawa o obronie cywilnej utknęła w sejmowej „zamrażalce”. Jak jest silniejszy wiatr lub większy śnieg, to jeszcze dzięki straży pożarnej i zapałowi ochotników dajemy radę. Ale wobec wielkich kataklizmów, a zwłaszcza wobec wojennej katastrofy, jesteśmy bezsilni. Jak sobie poradzą stratedzy ze Sztabu Generalnego, gdy wróg pozbawi kraj prądu, zniszczy mosty na Wiśle i tory kolejowe?
Rok wojny to opłacony ludzkim nieszczęściem poligon doświadczeń. Odpowiedzialni za nasze bezpieczeństwo powinni uważnie obserwować i uczyć się. Nauka to nie dyshonor, ale wyraz odpowiedzialności. Nas, obywateli żyjących w obawie o własne życie, nie interesuje, czy polityk głośniej lub ciszej deklaruje swą miłość do Ojczyzny. Nie interesuje nas także licytacja, kto wcześniej przewidywał wojnę, kto mocniej, werbalnie, popierał Ukrainę.
Po roku wojny oczekujemy na konkretne odpowiedzi.
- Czy zwiększone zostały możliwości produkcyjne naszych zakładów i zintensyfikowana kooperacja z przemysłem zbrojeniowym krajów europejskich?
- Czy zwiększyliśmy rezerwy broni, amunicji, sprzętu, żywności, lekarstw na wypadek „W”?
- Czy trwa proces aktualizacji planów i procedur działań obrony cywilnej?
- Czy zwiększyliśmy odporność systemu energetycznego upowszechniając produkcję „rozproszoną” i lokalne linie przesyłowe oraz „magazyny energii”?
- Czy poprawiliśmy zdolność mobilizacyjną szkoląc rezerwistów i magazynując dla nich broń?
- Czy planując rozwój sieci transportowej uwzględniliśmy potrzeby związane z obronnością?
Celowo używam określenia „my”. To my, ogół obywateli RP, ponosimy odpowiedzialność za przygotowanie naszego państwa na wypadek wojny. Słowa prezydenta Joe Bidena grzeją nas i cieszą, ale posiadanie gwarancji ze strony silnego sojusznika nie zwalnia nas z odpowiedzialności za nasze zaniedbania.
Gdyby Ukraina nie była zdolna, by rok wytrwać w oporze przeciw najeźdźcy, to prezydent Biden, zamiast Kijów, odwiedzałby Moskwę, dyskutując z Putinem o nowym „resecie”. Trzeba o tym pamiętać.
Jarosław Kapsa

Teraz widać wyraźnie, ze Putin popełnił błąd. Gdyby najechał Polskę, to w trzy dni by był w Warszawie, a w piec dni na Odrze. No i teraz zagadka: po co oni utrzymywali Macierewicza w pełnej gotowości bojowej, i po co on odnosił kolejne sukcesy w rozmontowaniu polskiej obronności, jeśli na koniec Rosjanie nie skorzystali z przedpola, które on tak pięknie dla nich przygotował?
Odpowiedź jest prosta – Polska jest członkiem NATO. Rosja ma świadomość swojej słabości na tle NATO. Macierewicz na niewiele by się zdał, gdyby sojusznicy (czytaj USA) przyszli z pomocą.