08.05.2026
Przed południem wszystko wygląda poważniej. Nawet filiżanka kawy stoi na stole jak decyzja ustrojowa, a człowiek – zanim się dobrze obudzi – ma wrażenie, że świat da się jeszcze poukładać od nowa, najlepiej jedną ręką, najlepiej własną. I właśnie o tej porze rodzą się pomysły największe: zmienić konstytucję, przemalować państwo, przesunąć ciężar władzy z jednego krzesła na drugie, jakby chodziło o przemeblowanie salonu, a nie o fundamenty domu.
W takim porannym nastroju Karol Nawrocki spojrzał najwyraźniej na Polskę i pomyślał: „A może by tak prezydent był najważniejszy?”. Nie pierwszy to w historii pomysł, żeby stery oddać jednemu człowiekowi. Zwykle kończyło się to tym, że ster był, owszem, mocny – tylko statek tonął, a kapitan tłumaczył, że winna jest pogoda.
Bo Polska, jak wiadomo, jest dziś dziwnym ustrojowym zwierzęciem. Trochę rządzi premier, trochę prezydent przeszkadza, trochę parlament udaje, że wszystko kontroluje. System hybrydowy – polityczny centaur: pół koń, pół człowiek, całość biegnie w różne strony naraz. Idealny dla polityków – koszmarny dla państwa.
I oto pojawia się Nawrocki – prezydent z ambicją większą niż kompetencja, z temperamentem recenzenta i warsztatem praktykanta. Człowiek, który dopiero co zdążył nauczyć się, gdzie w pałacu jest światło, a już chce przeprowadzać generalny remont instalacji elektrycznej. Człowiek, który z wetowania ustaw zrobił dyscyplinę olimpijską, a teraz domaga się większej liczby medali.
Sondaże są przy tym bezlitosne jak rachunek po kolacji: 44 procent Polaków mówi „zostawcie jak jest”, niespełna 30 procent marzy o systemie prezydenckim, a reszta patrzy na to wszystko jak na awanturę sąsiadów przez ścianę – niby słychać, ale szkoda wstawać. Krótko: Naród nie chce oddać steru Karolowi Nawrockiemu, bo już widział, jak trzyma kierownicę.
Bo jeśli ktoś przez kilka miesięcy prezydentury pokazuje głównie talent do komplikowania spraw prostych, to wizja, że dostanie więcej władzy, działa na wyobraźnię jak instrukcja obsługi piły łańcuchowej wręczona dziecku z dopiskiem „powodzenia”.
W tle stoi Jarosław Kaczyński – demiurg zmęczony własnym dziełem, który dziś bardziej liczy pęknięcia niż buduje mosty. To on wymyślił Nawrockiego jak się wymyśla figurę na szachownicy: miała być posłuszna, okazała się ciężka w ruchu i zaskakująco głośna. Projekt polityczny, który po wdrożeniu wymaga nie zarządzania, tylko instrukcji obsługi dla otoczenia.
Z drugiej strony Donald Tusk – z tym swoim spokojem chirurga i ironią nauczyciela, który widział już wszystkie ściągi świata – mówi wprost: nie zamierza udawać, że to poważne. I trudno mu się dziwić. Projekt zmiany ustroju państwa, który powstaje szybciej niż sensowna ustawa, pachnie raczej konferencją prasową niż konstytucją.
A gdzieś obok krąży Rada Nowej Konstytucji – polityczna scenografia z ambicjami instytucji. Zbigniew Bogucki, w roli nadwornego tłumacza sensu, opowiada o „wyciągniętej ręce” prezydenta, podczas gdy druga ręka jednocześnie blokuje, zawiesza i utrudnia. Gest pojednania wykonywany łokciem.
Problem polega na tym, że Nawrocki myli dwie rzeczy: władzę i zdolność jej używania. System prezydencki działa tam, gdzie prezydent rozumie, że państwo to nie scena do wygłaszania przemówień, tylko mechanizm do rozwiązywania problemów. W Polsce mamy natomiast prezydenta, który potrafi zamieniać rozwiązania w problemy z godną podziwu regularnością i uporem urzędnika pieczętującego własne pomyłki.
To nie ustrój jest tu największym kłopotem. Kłopotem jest człowiek, który uważa, że jeśli coś nie działa, to należy mu dać więcej kompetencji – najlepiej natychmiast, najlepiej bez refleksji, najlepiej z kamerą.
Bo państwo to nie jest zabawka, którą się ulepsza przez dokręcanie śrubek na chybił trafił. To jest konstrukcja, która albo stoi, albo się wali – i zwykle wali się wtedy, gdy ktoś z nadmiarem ambicji próbuje ją poprawić bez nadmiaru rozumu.
A Karol Nawrocki wygląda dziś jak człowiek, który chce zostać architektem katedry, nie potrafiąc narysować prostego domu, a przy okazji ma pretensję do ołówka, że nie słucha.
I właśnie dlatego Polacy, w swej zbiorowej mądrości, mówią „nie”. Bo wiedzą coś, czego Nawrocki jeszcze nie rozumie: państwa nie naprawia się przez powiększenie prezydenta, tylko przez zmniejszenie jego pomyłek – a tych Karol Nawrocki ma więcej niż powodów, by mu tej władzy nie dawać.
Krzysztof Bielejewski
