19.06.2026
Jest taki typ człowieka, który, gdy w domu zaczyna się palić, nie biegnie po gaśnicę. Najpierw sprawdza, czy sąsiad oddał pożyczoną wiertarkę. Potem przypomina sobie, że trzy lata temu ktoś krzywo na niego spojrzał. Następnie wygłasza przemowę o honorze, tradycji i godności, a dopiero na końcu zauważa, że dach właśnie spadł mu na głowę.
Patrzę na Karola Nawrockiego i coraz częściej mam wrażenie, że Polska dostała prezydenta właśnie z tej szkoły zarządzania rzeczywistością.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że UPA była organizacją zbrodniczą. Nie mam wątpliwości, że Wołyń był ludobójstwem. Nie mam wątpliwości, że pamięć o zamordowanych Polakach jest naszym obowiązkiem. Pisałem o tym wielokrotnie. Pisałem o pomordowanych wsiach, o kobietach rozrywanych siekierami, o dzieciach nabijanych na sztachety, o rodzinach, które zniknęły z powierzchni ziemi tylko dlatego, że mówiły po polsku.
Ale właśnie dlatego nie wolno tej pamięci zamieniać w polityczną cepelię ani w narzędzie bieżących awantur.
Bo pamięć historyczna jest jak porcelana. Trzeba ją chronić. Tymczasem Karol Nawrocki zachowuje się jak człowiek, który wjechał do sklepu z porcelaną na motocyklu crossowym.
Odebranie Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego nie przywróci życia ani jednej ofierze Wołynia. Nie odnajdzie ani jednego grobu. Nie przyspieszy ani jednej ekshumacji. Nie sprawi, że ukraińskie podręczniki historii staną się bardziej uczciwe.
Spowoduje natomiast coś bardzo konkretnego. Kolejny kryzys. Kolejne emocje. Kolejną awanturę. Kolejny prezent dla Kremla.
Nawrocki sam mówi, że Rosja jest agresorem. Sam mówi, że Ukraina jest potrzebna dla bezpieczeństwa Polski. Sam mówi, że konflikt polsko-ukraiński służy Putinowi. Po czym wykonuje ruch, który od kilku dni jest głównym tematem rosyjskich propagandystów, internetowych trolli i wszystkich tych środowisk, które od lat próbują przekonać Polaków i Ukraińców, że powinni się nawzajem nienawidzić. To trochę tak, jakby strażak wygłosił płomienne przemówienie o zagrożeniu pożarowym, a następnie dla podkreślenia swoich racji podpalił stodołę.
Od miesięcy obserwujemy zresztą ten sam schemat. Gdy trzeba mówić o gospodarce – jest Ukraina. Gdy trzeba mówić o bezpieczeństwie – jest Ukraina. Gdy trzeba mówić o polityce zagranicznej – jest Ukraina. Gdy trzeba pokazać twardość – też jest Ukraina.
Mam wrażenie, że dla części polskiej prawicy Ukraina pełni dziś funkcję politycznego scyzoryka. Narzędzia do wszystkiego. Nie ma znaczenia, jaki jest problem. Wyciąga się Wołyń. Nie ma znaczenia, jaka jest dyskusja. Wyciąga się Banderę. Nie ma znaczenia, że za wschodnią granicą trwa największa wojna w Europie od 1945 roku. Najważniejsze, żeby w krajowej polityce można było pokazać minę surowego patrioty.
Tyle że polityka zagraniczna nie jest konkursem na najgroźniejszą minę. Prezydent państwa powinien umieć odróżniać rację moralną od politycznej skuteczności. Powinien wiedzieć, kiedy walczyć. Powinien wiedzieć, kiedy naciskać. Powinien wiedzieć, kiedy rozmawiać. Powinien wiedzieć, kiedy milczeć, a przede wszystkim powinien umieć przewidywać skutki własnych działań.
To właśnie odróżnia męża stanu od awanturnika. Awanturnik widzi tylko najbliższe pięć minut. Mąż stanu widzi pięć lat. Awanturnik myśli o nagłówku w mediach społecznościowych. Mąż stanu myśli o interesie państwa. Awanturnik chce oklasków. Mąż stanu chce rezultatu. I tu pojawia się zasadnicze pytanie.
Jaki rezultat osiągnął Karol Nawrocki? Czy Ukraina zmieniła decyzję? Nie. Czy przyspieszono ekshumacje? Nie. Czy poprawiły się relacje? Nie. Czy wzrosło bezpieczeństwo Polski? Nie. Czy Putin ma powody do zadowolenia? Nietrudno zgadnąć.
Historia jest zresztą pełna polityków, którzy byli zakochani we własnej nieustępliwości. Stali wyprostowani. Mieli twarde miny. Wygłaszali wielkie słowa o honorze. Potem okazywało się, że zostawili po sobie głównie stertę konfliktów, kilka efektownych fotografii i bardzo mało realnych osiągnięć.
Karol Nawrocki mówi, że chce budować pamięć, pamięć wymaga refleksji. Refleksja wymaga mądrości. Mądrość wymaga proporcji. Tymczasem od wielu miesięcy obserwujemy politykę prowadzoną młotkiem. Jeżeli jedynym narzędziem, które ma polityk, jest młotek, to każdy problem zaczyna przypominać gwóźdź. Nawet wtedy, gdy jest nim bezpieczeństwo państwa. Historia uczy, że bardzo rzadko kończy się dobrze sytuacja, w której człowiek przekonany o własnej nieomylności zaczyna wymachiwać młotkiem w składzie pełnym porcelany.
Zwłaszcza gdy ten skład stoi tuż obok rosyjskiej granicy.
Krzysztof Bielejewski
