31.07.2026
Nie mam wobec Powstania Warszawskiego dystansu. Nie mogę go mieć. Urodziłem się w 1952 roku w rodzinie, w której pamięć o Powstaniu była codziennością dzieciństwa, rozmową przy stole i cieniem obecnym na każdym rodzinnym spotkaniu. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w domu moich dziadków pojawiali się ludzie, którzy Powstanie przeżyli — żołnierze i cywile, świadkowie tamtych dni. Ich opowieści zostały we mnie na zawsze.
Moja babka, nauczycielka i emancypantka, kobieta z pokolenia, które po 1918 roku tworzyły niepodległą Polskę i jej instytucje, straciła w Powstaniu 16-letniego syna. W moim domu Powstanie nie było tematem publicystycznym. Było raną.
Lata później słuchałem relacji profesora, szefa katedry uniwersyteckiej, w której pracowałem. Jako dwunastolatek spędził całe Powstanie w Warszawie z matką i starszym bratem. To wszystko zostaje na zawsze. Dlatego o odwadze powstańców nie umiem mówić półgębkiem. Ich bohaterstwo było prawdziwe, a ich ofiara straszliwa.
Dużo bardziej przekonuje mnie historyczna perspektywa profesora Normana Daviesa zawarta m.in. w książce „Powstanie ’44”, niż publicystyczne uproszczenie. Davies nie buduje łatwych mitów ani prostych oskarżeń. Pokazuje tragedię Warszawy jako splot błędów, złudzeń, zaniedbań i dramatycznych ograniczeń polityki alianckiej. I właśnie dlatego jego ujęcie wydaje mi się dużo bliższe prawdzie niż wszelkie schematy, które sprowadzają Powstanie do jednego nazwiska, jednego rozkazu albo jednej winy. (2,1)
Davies przypomina, że Armia Krajowa walczyła w warunkach skrajnie nierównych, a decyzja o wybuchu Powstania została podjęta w obliczu nadziei na sowiecką pomoc, której ostatecznie nie było. Podkreśla też, że rozkaz Bora-Komorowskiego był ryzykowny, ale nie da się go oceniać tak, jakby decydenci dysponowali wiedzą, którą mamy dziś. To ważne aby unikać pułapek prezentyzmu: dzisiejsza pewność nie może udawać ówczesnej wiedzy. (1,2)
Nie ma potrzeby bronić wszystkich decyzji podjętych w Londynie, w Delegaturze ani w Komendzie Głównej AK. Przeciwnie — trzeba je oceniać surowo. Ale surowa ocena nie powinna przeradzać się w publicystyczną łatwiznę. Powstanie nie wybuchło dlatego, że jeden człowiek był za słaby, by zadzwonić i zatrzymać historię. Wyrosło z chaosu politycznego, błędnych kalkulacji, presji chwili i zderzenia polskich nadziei z brutalną geopolityką wojny. (2,1)
Rząd w Londynie liczył, że polityczny manewr wobec Stalina pozwoli ocalić choć część suwerenności. Delegatura w kraju i dowództwo AK chciały pokazać, że Warszawa jest stolicą legalnego państwa, a nie pustym terenem do zagospodarowania przez obcych. Ten odruch był państwowy i zrozumiały. Problem polegał na tym, że był też obciążony złudzeniem, iż symboliczny gest może zrównoważyć czołgi, artylerię i decyzje wielkich mocarstw. (1)
Zachód nie zamierzał się bić o Warszawę. Stalin nie zamierzał jej oszczędzić. Niemcy zamierzali zniszczyć wszystko, co stawiało opór. W takich warunkach tragedia była niemal wpisana w samą logikę sytuacji. (2,1)
Państwo podziemne i jego pęknięcie
Najbardziej bolesne jest to, że państwo podziemne, tak sprawne w konspiracji, w chwili najważniejszej próby okazało się niespójne, rozchwiane i podatne na polityczną emocję. Sosnkowski rozumiał sytuację lepiej niż wielu innych, ale nie miał realnej kontroli nad wydarzeniami w kraju. To nie zwalnia go z odpowiedzialności, ale też nie pozwala uczynić z niego centralnej figury całego dramatu.
Właśnie dlatego wolę czytać tę historię w wersji Daviesa niż w ujęciu publicystycznym. Davies widzi całość: Londyn, Moskwę, Waszyngton, Warszawę, złudzenia aliantów, ograniczenia Polaków i dramat decyzji podejmowanych w warunkach kompletnej niepewności. Taka perspektywa jest uczciwsza niż przypisywanie wszystkiego jednemu człowiekowi albo jednej grupie. (1,2)
Są też pytania trudniejsze, których nie należy przemilczeć. Chodzi o wpływy sowieckie, penetrację środowisk politycznych i wojskowych oraz o to, jak daleko sięgał cień Moskwy nad polskim podziemiem. Nie wolno z tego robić sensacji, ale nie wolno też udawać, że problem był czystą fantazją. Dziś wiemy, że aparat sowiecki aktywnie penetrował polskie struktury wojskowe i polityczne, a obawy o wpływ ludzi Moskwy na bieg wydarzeń nie są bezpodstawne. (3,4)
Nie znaczy to, że wszystko można sprowadzić do agentury. To byłoby równie nieuczciwe, jak całkowite jej negowanie. Znaczy to tylko tyle, że uczciwy opis Powstania musi obejmować także tę ciemną stronę politycznej gry.
Dla mnie sprawa jest prosta i zarazem bolesna. Powstańcom należy się honor, szacunek i wdzięczność bez żadnych zastrzeżeń. Decydentom — krytyka, ale krytyka bez mitologii. I właśnie dlatego nie potrzeba ani pomnika bez skazy, ani oskarżenia bez kontekstu. Wobec Powstania trzeba zachować dwie prawdy naraz: moralną wielkość tych, którzy walczyli i polityczną odpowiedzialność tych, którzy pozwolili, by walczyli bez szans.
Najgorsze, co możemy zrobić, to zamienić pamięć w legendę. A jeszcze gorsze — zamienić analizę w wygodne moralizowanie. Warszawa w 1944 roku nie potrzebowała legend. Potrzebowała rozsądku, którego zabrakło. I dlatego pamięć o Powstaniu nie może być tylko aktem czci. Musi być także aktem osądu.
Nie zgadzam się z tezą, że tragedia Warszawy polegała na tym, iż jeden człowiek był za słaby, by ją zatrzymać. Tragedia polegała raczej na tym, że zbyt wielu ludzi było zbyt pewnych własnej racji, by w porę uwzględnić ostrzeżenia i realne ograniczenia sytuacji. A gdy ostrzeżenia wreszcie wybrzmiały, było już po czasie — dokładnie w rytmie polskiej klęski.(2,1)
⁂
- https://wiez.pl/2022/08/01/prof-davies-rozkaz-o-rozpoczeciu-powstania-byl-ryzykowny-ale-nie-byl-az-takim-strasznym-bledem/
- https://www.wprost.pl/kraj/67577/powstanie-moglo-sie-udac.html
- https://apcz.umk.pl/DN/article/view/44998
- https://www.1944.pl/artykul/powstanie-warszawskie,4736.html
- https://www.scribd.com/document/931048693/Norman-Davies-POWSTANIE-44
- https://pl.wikipedia.org/wiki/Powstanie_’44
- https://wiadomosci.onet.pl/norman-davies-o-powstaniu-warszawskim/33n025z
- https://skupszop.pl/powstanie-44-norman-davies-9788324030170?id=8273074
- https://natemat.pl/69981,obled-44-chce-odklamac-manipulacje-o-powstaniu-a-sam-manipuluje-davies-nie-wszystko-jest-takie-oczywiste
- https://www.sehepunkte.de/old_site/2005/04/pdf/6762.pdf
- https://rmtrain.h-net.org/reviews/showrev.php?id=11646
- https://wiadomosci.onet.pl/norman-davies-w-1944-r-warszawa-byla-jedyna-stolica-sojusznicza-w-ktorej-brytyjczycy/pt0zm
- https://www.rp.pl/opinie-polityczno-spoleczne/art1812891-prof-norman-davies-mity-o-powstaniu-warszawskim
- https://www.binek.pl/6_v3.html
- https://i.pl/prof-norman-davies-bez-powstania-warszawskiego-polska-stalaby-sie-kolejna-republika-zsrs/ar/c15-3526045
- https://muzhp.pl/wiedza-on-line/norman-davies-o-powstaniu-warszawskim
- https://bazhum.muzhp.pl/media/texts/palestra/2004-tom-49-numer-9-10561-562/palestra-r2004-t49-n9_10561_562-s108-111.pdf
Sławek

POWSTANIE NIE POTRZEBUJE LEGEND. POLEMIKA RÓWNIEŻ NIE
Odbieram ten tekst jako polemikę z moim tekstem, który jeszcze niedawno „wisiał” w tym miejscu. Teraz jest obok. Zatem odpowiadam.
Felieton Pana Sławka zaczyna się od rodzinnej pamięci, wobec której nie wypada od razu wyciągać czerwonego ołówka polemisty. Szesnastoletni syn babki, który zginął w Powstaniu, powstańcy przychodzący po wojnie do rodzinnego domu, opowieści słyszane przy stole — to nie jest publicystyczna dekoracja. To rana.
Takiej pamięci należy się szacunek.
Nie oznacza to jednak, że rodzinne doświadczenie rozstrzyga spór historyczny. Przeciwnie: właśnie dlatego, że mówimy o konkretnych ludziach, a nie o figurach z patriotycznego fresku, musimy precyzyjnie pytać, kto podejmował decyzje, kto ostrzegał, kto nie słuchał i kto nie zrobił wszystkiego, co mógł zrobić.
Pan Sławek słusznie pisze, że heroizm powstańców był bezsporny, a decyzje dowódców należy oceniać surowo. W tym punkcie nie ma między nami sporu. Spór zaczyna się wtedy, gdy mój tekst o Kazimierzu Sosnkowskim zostaje sprowadzony do tezy, której w nim nie postawiłem.
Sławek pisze:
„Powstanie nie wybuchło dlatego, że jeden człowiek był za słaby, by zadzwonić i zatrzymać historię”.
Zgoda.
Tylko że ja niczego podobnego nie napisałem.
Nie twierdziłem, że Sosnkowski był jedynym człowiekiem odpowiedzialnym za tragedię Warszawy. Przeciwnie, wymieniłem cały krąg odpowiedzialności: Stanisława Mikołajczyka, Tadeusza Bora-Komorowskiego, Tadeusza Pełczyńskiego, Antoniego Chruściela „Montera”, Leopolda Okulickiego oraz polityczne kierownictwo w kraju.
Napisałem wyraźnie:
„Nie należy czynić z niego ukrytego sprawcy Powstania Warszawskiego. Byłoby to fałszem”.
Moja teza była inna i, jak sądzę, znacznie mniej wygodna.
Sosnkowski trafnie przewidział katastrofę, ale jako Naczelny Wódz nie zdołał przełożyć tej wiedzy na skuteczne działanie. Nie był sprawcą Powstania. Nie był też jednak prywatnym komentatorem wojskowym, który mógł ograniczyć się do trafnych przewidywań i późniejszego westchnienia, że historia przyznała mu rację.
Miał urząd. Miał autorytet. Miał obowiązek dowodzenia.
I dlatego jego bezsilność nie może być potraktowana wyłącznie jako okoliczność łagodząca. Była także częścią katastrofy systemu dowodzenia.
GDZIE PAN SŁAWEK PISZE O SOSNKOWSKIM?
Nazwisko Naczelnego Wodza pojawia się w felietonie Pana Sławka dokładnie w jednym istotnym miejscu:
„Sosnkowski rozumiał sytuację lepiej niż wielu innych, ale nie miał realnej kontroli nad wydarzeniami w kraju. To nie zwalnia go z odpowiedzialności, ale też nie pozwala uczynić z niego centralnej figury całego dramatu”.
To zdanie jest rozsądne i w znacznej części zgodne z moim tekstem.
Ja również pisałem, że Sosnkowski rozumiał sytuację lepiej od Mikołajczyka i wielu oficerów Komendy Głównej AK. Wiedział, że Stalin nie nadchodzi jako wyzwoliciel. Wiedział, jak zakończyły się wcześniejsze odsłony operacji „Burza”. Wiedział, że nie ma realnej pomocy lotniczej Zachodu ani gwarancji współdziałania Armii Czerwonej.
Pisałem również, że tracił kontrolę nad krajem, że jego instrukcje filtrowano, a Komenda Główna AK prowadziła coraz bardziej samodzielną politykę.
Tyle że właśnie tutaj zaczyna się pytanie, którego Pan Sławek nie rozwija.
Dlaczego Naczelny Wódz utracił realną kontrolę nad własną armią i co zrobił, aby ją odzyskać?
Brak kontroli nie jest pogodą. Nie spada z nieba jak grad. Jeżeli najwyższy dowódca nie ma wpływu na decyzje swoich podkomendnych, to nie tylko opis jego trudnego położenia. To także informacja o niewydolności dowodzenia.
Pan Sławek słusznie nie czyni z Sosnkowskiego „centralnej figury całego dramatu”. Ja także tego nie robię. Czynię go centralną figurą mojego felietonu — bo felieton dotyczy właśnie jego roli.
To różnica zasadnicza.
Tekst poświęcony jednemu człowiekowi nie musi twierdzić, że ten człowiek ponosi całą odpowiedzialność za wydarzenie. Biografia kapitana Titanica nie oznacza przecież, że autor uważa ocean za niewinny, górę lodową za nieistotną, a konstruktorów statku za grupę bez wpływu na dalszy bieg wydarzeń.
DAVIES WIDZI CAŁOŚĆ, ALE CAŁOŚĆ NIE MOŻE BYĆ MGŁĄ
Pan Sławek powołuje się na Normana Daviesa, ponieważ Davies przedstawia Powstanie jako splot polityki mocarstw, niemieckiego terroru, sowieckiego cynizmu, polskich nadziei, błędnych meldunków i dramatycznej niepewności.
To wartościowa perspektywa.
Nie ma jednak sprzeczności między szerokim obrazem Daviesa a analizą odpowiedzialności konkretnego dowódcy. Panorama nie unieważnia portretu. Widok całego pola bitwy nie oznacza, że nie wolno przyjrzeć się człowiekowi stojącemu przy mapie.
Ostrzeżenie przed prezentyzmem także jest słuszne. Nie należy oceniać ludzi z 1944 roku tak, jakby mieli przed sobą opracowania napisane osiemdziesiąt lat później.
Tylko że mój zarzut wobec decydentów nie opiera się na wiedzy zdobytej po wojnie.
Przed 1 sierpnia było wiadomo, że:
na Wołyniu, Wileńszczyźnie i w okolicach Lwowa oddziały AK po wspólnej walce z Niemcami były rozbrajane przez Sowietów;
dowódcy trafiali w ręce NKWD;
Zachód nie gwarantował Warszawie skutecznego wsparcia;
Stalin nie zobowiązał się do udzielenia pomocy;
Armia Krajowa w stolicy miała broń tylko dla części żołnierzy;
Niemcy, mimo odwrotu na wschodzie, nadal dysponowali ogromną siłą i zdolnością do zbrodni.
To nie była wiedza historyków z XXI wieku.
To były informacje dostępne decydentom w lipcu 1944 roku.
Nie trzeba było znać przyszłości, aby dostrzec przepaść. Sosnkowski ją dostrzegał. I właśnie dlatego pytanie o jego nieskuteczność pozostaje zasadne.
SOSNKOWSKI NIE MÓGŁ ZATRZYMAĆ HISTORII TELEFONEM
Sławek ironicznie odrzuca wizję jednego człowieka, który mógł „zadzwonić i zatrzymać historię”. Jest to efektowna figura, lecz polemizuje z tekstem, którego nie napisałem.
Nie twierdzę, że jeden telefon Sosnkowskiego na pewno zatrzymałby Powstanie.
Twierdzę, że jednoznaczny rozkaz Naczelnego Wodza powinien zostać wydany odpowiednio wcześnie, bez pozostawiania pola dla swobodnych interpretacji.
Nawet gdyby został zlekceważony, sytuacja historyczna wyglądałaby inaczej. Wiedzielibyśmy, że najwyższy dowódca zrobił wszystko, co należało do jego kompetencji, aby zapobiec działaniu, które uważał za katastrofalne.
Tymczasem jednoznaczna depesza Sosnkowskiego z 29 lipca dotarła do Warszawy dopiero 6 sierpnia.
Dlaczego tak późno?
Ponieważ została zatrzymana w Londynie. Ponieważ państwo polskie było rozbite politycznie. Ponieważ między premierem, Naczelnym Wodzem, sztabem i krajem trwała walka o wpływy. Ponieważ część ludzi uznała, że wie lepiej, które rozkazy Naczelnego Wodza powinny dotrzeć do Armii Krajowej.
To rzeczywiście nie jest historia jednego winnego. To historia państwa, które w decydującej chwili nie potrafiło skutecznie przekazać rozkazu własnego dowódcy.
Sosnkowski był ofiarą tej niewydolności, ale jako Naczelny Wódz był także jej częścią.
CHAOS NIE PODPISUJE ROZKAZÓW
Pan Sławek trafnie wymienia chaos polityczny, presję chwili, błędne kalkulacje i zderzenie polskich nadziei z geopolityką.
Tylko że w takim opisie łatwo zgubić ludzi. Chaos nie wyznaczył godziny „W”. Presja chwili nie podpisała rozkazu. Geopolityka nie powiedziała pułkownikowi Chruścielowi, że walka rozpocznie się 1 sierpnia o siedemnastej.
Ostateczna decyzja miała autorów. Bór-Komorowski ją podjął, „Monter” naciskał na rozpoczęcie walki, Okulicki należał do jej najgorętszych zwolenników, Pełczyński ją popierał, Delegat Rządu Jan Stanisław Jankowski udzielił zgody politycznej, a Mikołajczyk liczył, że walcząca Warszawa wzmocni jego pozycję wobec Stalina.
Sosnkowski znajdował się poza tym kręgiem bezpośrednich decydentów. Nie znajdował się jednak poza hierarchią odpowiedzialności.
Właśnie to napisałem.
Nie był człowiekiem, który skierował Warszawę do walki. Był człowiekiem stojącym formalnie ponad tymi, którzy ją skierowali — i nie zdołał narzucić im swojego trafniejszego rozpoznania.
To jest tragedia znacznie ciekawsza niż prosta historia winnego generała.
ZBYT WIELU LUDZI, CZYLI KTO DOKŁADNIE?
Pan Sławek kończy zdaniem, że tragedia nie polegała na słabości jednego człowieka, lecz na tym, że „zbyt wielu ludzi było zbyt pewnych własnej racji”.
To brzmi mądrze. Jest również trochę niebezpieczne.
„Zbyt wielu ludzi” to formuła, w której odpowiedzialność może rozpłynąć się jak cukier w herbacie. Każdy dorzucił jedną łyżeczkę, więc nikt nie odpowiada za to, że napoju nie da się już wypić.
Dojrzała analiza powinna jednocześnie pokazywać system i nazywać ludzi.
Tak, decyzja dojrzewała w chaosie. Tak, Londyn był podzielony. Tak, Stalin prowadził cyniczną politykę. Tak, Zachód porzucił polskie interesy. Tak, Niemcy ponoszą pełną odpowiedzialność za masowe zbrodnie i zniszczenie miasta.
Ale również:
Bór-Komorowski wydał rozkaz. „Monter” przedstawił błędny meldunek i naciskał na rozpoczęcie walki. Okulicki popychał dowództwo ku powstaniu. Mikołajczyk chciał politycznego argumentu przed rozmową ze Stalinem.
Sosnkowski przewidział katastrofę, lecz nie zdołał narzucić zakazu.
To nie jest upraszczanie historii. To przywracanie jej podmiotów.
SOWIECKI CIEŃ BEZ NAZWISK
Pan Sławek porusza również temat sowieckiej penetracji polskiego podziemia. Pisze ostrożnie, że nie należy wszystkiego sprowadzać do agentury, ale też nie wolno lekceważyć wpływów Moskwy.
Zasadniczo trudno się z tym nie zgodzić.
Jednak w tekście o decyzji dotyczącej Powstania sama sugestia istnienia „sowieckiego cienia” nie wystarcza. Trzeba wskazać konkretne osoby, źródła, meldunki i mechanizmy wpływu. Inaczej otrzymujemy atmosferę podejrzenia zamiast argumentu.
Agentura sowiecka istniała. Moskwa przenikała polskie środowiska polityczne i wojskowe. Nie wynika z tego automatycznie, że decyzję o Powstaniu można objaśnić tajną ręką Kremla.
Do wyjaśnienia tragedii wystarczą czynniki aż nazbyt ludzkie: ambicja, pycha, błędne meldunki, polityczna desperacja, rywalizacja, brak skutecznego dowodzenia i tragiczne przekonanie, że heroizm młodych ludzi zdoła zastąpić dywizje, artylerię oraz zgodę mocarstw.
Nie każda katastrofa wymaga agenta. Czasem wystarczą patrioci, którzy za długo wierzą, że dobre intencje mają siłę ognia.
GDZIE NAPRAWDĘ SIĘ RÓŻNIMY
Felieton Sławka jest bliski mojemu stanowisku w najważniejszej sprawie. Powstańcom należy się bezwarunkowy szacunek, a dowódcom — krytyczna ocena. Legenda nie może zastąpić historii.
Różnica polega na rozłożeniu akcentów. Pan Sławek obawia się, że skupienie uwagi na Sosnkowskim stworzy uproszczoną opowieść o jednym człowieku, który mógł zatrzymać katastrofę.
Ja obawiam się czegoś przeciwnego: że szeroki opis chaosu, geopolityki i zbiorowych złudzeń rozmyje szczególną odpowiedzialność ludzi zajmujących konkretne stanowiska.
Sosnkowski nie jest kozłem ofiarnym. Nie jest ukrytym sprawcą Powstania.
Nie jest również całkowicie bezsilnym prorokiem, któremu pozostało jedynie patrzeć na spełnianie się własnych przepowiedni.
Był Naczelnym Wodzem, który trafnie przewidział klęskę, lecz nie potrafił sprawić, aby jego racja stała się skutecznym rozkazem.
To nie oskarżenie o wywołanie Powstania. To ocena niewypełnionego do końca obowiązku.
Panie Sławku, masz rację: Powstanie Warszawskie nie potrzebuje legend.
Dlatego nie budujmy legendy o jednym wszechmocnym winowajcy.
Ale nie budujmy również legendy o katastrofie tak złożonej, że właściwie nikt nie mógł nic zrobić.
Sosnkowski widział przepaść.
Bór i jego otoczenie uznali, że trzeba iść dalej.
Jedni mieli rację bez dostatecznej władzy.
Drudzy mieli władzę bez dostatecznego rozsądku.
Warszawa zapłaciła za jedno i drugie.
Rozumiem osobisty ton wstępu Pana Sławka, ponieważ również nie patrzę na Powstanie Warszawskie z bezpiecznej odległości historycznego seminarium.
Mój dziadek, ojciec i stryj stali wówczas po drugiej stronie Wisły. Brali udział w wyzwalaniu Pragi. Stryj, podoficer kompanii zwiadu, przeprawił się później na lewy brzeg w ramach desantu zarządzonego przez generała Zygmunta Berlinga. Przez kilka dni walczył tam razem z powstańcami.
Ja także pamiętam powojenne ruiny Warszawy. Nie były fotografią w albumie ani szkolną ilustracją. Stały przy ulicach, wyrastały między odbudowywanymi domami i należały do krajobrazu mojego dzieciństwa.
Dlatego również nie mam wobec Powstania stosunku obojętnego. Moja rodzinna pamięć prowadzi po prostu inną drogą — przez Pragę, Wisłę i dramatyczną próbę dotarcia z pomocą do walczącego miasta.
Nie piszę więc o Powstaniu wyłącznie jako publicysta. Piszę także jako syn i bratanek ludzi, którzy widzieli płonącą Warszawę, a jeden z nich przepłynął do niej pod ogniem.
Napisałem ten artykuł aby przedstawić swój punkt widzenia. Polemika z tezą, że gen. Sosnkowski mógł skutecznie zapobiec decyzji o jego wybuchu pojawiła się w tekście wyłącznie jako część mojego poglądu na ten temat.
Od czasu Powstania do dzisiaj trwała i trwa nadal w Polsce dyskusja o odpowiedzialności za decyzję o wywołaniu tego zrywu. Przeczytałem wiele książek, artykułów, obejrzałem ileś audycji i debat telewizyjnych, filmów dokumentalnych, podcastów w sieci. Rozrzut poglądów historyków, publicystów, uczestników i świadków zawiera w zasadzie prawie wszystkie możliwe pytania i odpowiedzi – od pełnej akceptacji do zupełnego potępienia decyzji o wybuchu Powstania.
Przez lata dominowało przekonanie o odpowiedzialności głównie Bora-Komorowskiego i KG AK oraz Delegatury Rządu na Kraj, a także niektórych członków Rządu RP w Londynie za wywołanie zrywu, który przyniósł tragedię żołnierzom – powstańcom, ludności cywilnej, które skutkowały decyzją Hitlera o zburzeniu miasta. W zasadzie poważna polska historiografia z czasem odrzucała odpowiedzialność władz aliantów w tym Anglii, USA i ZSRR w tym zakresie. Upraszczając – w historiografii i publicystyce utrwaliło się jako główne stanowisko, że decyzja o Powstaniu to część polskiej historii i dość pochopnych, a zarazem nieodpowiedzialnych decyzji ludzi sprawujących władzę za wybuch m.in. insurekcji kościuszkowskiej, powstania listopadowego, powstania styczniowego, powstań Śląskich i w końcu Powstania Warszawskiego.
Kolejne artykuły rocznicowe (także na SO) koncentrują się na dwóch wymiarach – podkreślenia bohaterstwa i ofiar uczestników, oraz nieodpowiedzialności decydentów. Stereotyp o braku odpowiedzialności jest nie tylko krzywdzący różnych ludzi (zależnie od tego komu aktualnie przypisuje się główny ciężar odpowiedzialności), ale jest także mało użyteczny dla analizy i oceny samej decyzji o wywołaniu Powstania.
Ponieważ zawodowo zajmowałem się przez ponad 30 lat metodami szacowania różnego rodzaju ryzyka i zarządzania ryzykiem, w takich ocenach czegoś mi brakowało. Wszyscy, którzy zetknęli się z kwestiami rządzenia, zarządzania czy szerzej decydowania niezależnie od miejsca wykonywania takiej działalności wiedzą, że istotną jej częścią jest konieczność podejmowania ryzyka, bowiem wiele okoliczności działania obarczonych jest niepewnością, nieprzewidywalnością na tle choćby braku wpływu decydentów na otoczenie. Ryzyko jest wpisane w każdy proces decyzyjny. Zatem pytanie o odpowiedzialność decydentów sprowadza się do pytania czy zostały przez nich rozpoznane wszystkie rodzaje ryzyka, czy zostały prawidłowo odczytane i czy decyzja o wybuchu Powstania zawierała dopuszczalną czy nadmierną, a więc niedopuszczalną skalę ryzyka. Przez wiele lat nie znajdowałem na to odpowiedzi w dostępnych źródłach.
Dopiero praca Normana Daviesa „Powstanie 44” wypełniła te braki odpowiadając na pytania, które mnie nurtowały. Odpowiedź zawarta w tej pracy i wielu artykułach, które częściowo zawarłem w przypisach artykułu, jest bardzo rozbudowana i szeroko uzasadniona. Rozkłada się ona w różnych proporcjach na władze brytyjskie, amerykańskie i sowieckie, oraz na polskich decydentów. Najważniejsze, że taka odpowiedzialność wszystkich istotnych uczestników procesu decyzyjnego została opisana i uzasadniona źródłami oraz żmudną analizą. Na tym kończy się moja ocena decyzji o Powstaniu Warszawskim – przyjmuję za Normanem Daviesem jego ustalenia jako najpoważniejsze w istniejących opracowaniach. I to wszystko co powiedziałem a moim tekście.
Kilka słów na przyszłość
Norman Davies jest historykiem a nie specjalistą od oceny ryzyka, stąd ta odpowiedzialność wielu podmiotów nie jest w jego pracach skwantyfikowana. Wątpię zresztą czy to w ogóle byłoby możliwe z perspektywy historyka. To raczej zadanie dla dużego modelu AI aby przeanalizować dokumenty i opracowania historyczne na ten temat z zadaniem skwantyfikowania odpowiedzialności wszystkich podmiotów oddziałujących na podjęcie decyzji o Powstaniu. Biorąc pod uwagę wiele aspektów samej decyzji i skutków Powstania, kwantyfikowanie odpowiedzialności natrafiłoby na problem kryteriów jakościowych, których uwzględnienie nie ułatwiłoby takiej oceny. Mam na myśli poważne hipotezy naukowe, że bez Powstania nie byłoby częściowo niepodległej PRL czy twierdzenie, że Powstanie przyczyniło się do tego, że ZSRR nie interweniował w Polsce ani w 1956, ani w 1970 ani wreszcie w 1981 r. Biorąc pod uwagę tempo rozwoju AI niewykluczone, że ktoś pokusi się o tego rodzaju kwantyfikację odpowiedzialności za podjęcie decyzji o Powstaniu Warszawskim. Chciałbym doczekać tego rodzaju kwantyfikacji.
Zanim moderator oceni moją dzisiejszą, obszerniejszą wypowiedź, kilka słów wyjaśnienia. Napisałem artykuł aby przedstawić swój punkt widzenia. Przy okazji odniosłem się polemicznie do Pańskiego felietonu o roli i odpowiedzialności gen. Sosnkowskiego, ponieważ mam nieco inną perspektywę oceny decyzji o wywołaniu Powstania. Odwołałem się do Normana Daviesa, bo jego książka i wiele artykułów oddają złożoność i niejednoznaczność oceny roli wszystkich podmiotów mających wpływ na tę decyzję. Mam nadzieję, że dłuższy komentarz wyjaśni mój punkt widzenia.
Bardzo dziękuję za ten tekst. Nic dodać, nic ująć
W pełni podzielam diagnozę Pana Slawka. Szkoda, ze nie ona określa debatę publiczna zdominowana przez skrajnych ideologów kręgu upolitycznionego (by nie powiedzieć spisialego) IPN. W wywiadzie dla Okopress prof. Friszke dobrze zdiagnozował ten zdegenerowany organ, któremu grozi trwanie w marazmie jeśli go przejmie niejaki Szpytma.
Doroczne obchody powstania pełne patosu, nieprawdy i oddawania „hołdu zwyciężonym”, marginalizują ofiary cywilne (200 tysięcy ludzi) nierozważnej decyzji o jego wybuchu. Tak jak w większości powstań i tamtym razem nie liczono się z 'biologiczną substancją narodu’. Skutki tego odczuwamy do dziś w postaci cierpiętnictwa, ofiarnictwa, wybraństwa i innych haseł (i postaw) tak chętnie wykorzystywanych przez 'obóz patriotyczny’ z prezydentem na czele. 'Obóz zdrady’ od lat nie jest w stanie niczego przeciwstawić tej narracji niszczącej tkankę społeczną. Strawestujmy więc zdanie Autora: 'Warszawa 1944 roku nie potrzebuje legend, potrzebuje rozsądku, którego brakuje. Pamięć o powstaniu nie może być tylko aktem czci, musi być także aktem osądu’.
Samozwańczy „obóz patriotyczny” powinien być nazywany zgodnie ze jego spectrum pogladów obozem nacjonalistyczno-populistycznym. Jednym z absurdów będących skutkiem m.in. działalności tego obozu jest ogłupianie młodzieży. Dla przypomnienia – kiedy w 2009 roku zwiedzałem muzeum Powstania Warszawskiego podsłuchałem rozmowy młodzieży (na oko licealnej), która była przekonana, że my to Powstanie wygraliśmy. Trudno o bardziej szkodliwe skutki hagiografii i gloryfikacji tego zrywu.
Muszę dodać małe wyjaśnienie do tej polemiki. Gdy wpisywałem swoją krótką, jednozdaniową ocenę tekstu Sławka nie było żadnych komentarzy, mój był pierwszy i nie było wątpliwości czego dotyczy – dotyczył tekstu Sławka.
Teraz, gdy jest tam gdzieś w środku wyjaśniam – to było do tekstu Sławka,.a nie do polemiki z nim.
Muszę dodać następujące wyjaśnienie do swojej krótkiej oceny – to była ocena tekstu Sławka a nie tej polemiki jaka pojawiła się później. Mój wpis był pierwszy, gdy go zamieszczałem innych jeszcze nie było.
To tak, by nie bylo wątpliwości czego on dotyczy
Panie Zbigniewie,
Rozumiem, że według Pana nie mam racji? No cóż, przyjmuję z pokorą, choć nie wiem gdzie się mylę.
Ukłony
Panie Krzysztofie
To nie tak, pański tekst o powstaniu przeczytałem ze smakiem, był jak zawsze pełen treści i faktów. Moja krytyka dotyczy tego, że po tekście Sławka wpisuje pan polemikę tak obszerną, że zakłóca to samo rozumienie polemiki, czym ona jest.
Kończąc – ocena powstania Sławka odpowiada mi bardziej niż to co proponuje ta pańska „polemika”
Panie Zbigniewie,
Nie ja ustalam kolejność publikacji wpisów. Swoją „polemikę wysłałem dość wcześnie, zaraz po ukazaniu się felietonu Pana Sławka, Moderator umieścił ją mniej więcej po dobie. Dlaczego, nie wiem. Często moje teksty, komentarze są przetrzymywane, stąd też całe to zamieszanie. Choc nie czuję się winny – przepraszam i pozdrawiam. 🙂
DO PANA SŁAWKA
Panie Sławku,
dziękuję za obszerne dopowiedzenie. Po jego przeczytaniu mam wrażenie, że różnimy się mniej w ocenie samego Powstania, a bardziej w sposobie ważenia odpowiedzialności.
Pańska perspektywa zawodowa — ocena decyzji poprzez rozpoznanie i oszacowanie ryzyka — jest bardzo ciekawa. Rzeczywiście, nie wystarczy zapytać, kto podniósł rękę albo wydał rozkaz. Trzeba również ustalić, jakie zagrożenia rozpoznano, które błędnie oceniono, a które zwyczajnie wyparto ze świadomości, ponieważ przeszkadzały w podjęciu decyzji już wcześniej emocjonalnie zaakceptowanej.
Mam jednak dwie wątpliwości.
Po pierwsze, rozłożenie odpowiedzialności na wszystkich uczestników historycznego dramatu nie może sprawić, że odpowiedzialność stanie się podobna do warszawskiego powietrza: obecna wszędzie, lecz niemożliwa do przypisania komukolwiek. Brytyjczycy, Amerykanie i Stalin tworzyli geopolityczne warunki tragedii. Niemcy dokonali zbrodni i zniszczyli miasto. Ale decyzję o rozpoczęciu walki podejmowali konkretni polscy politycy i dowódcy. Otoczenie wpływa na decyzję, lecz jej nie podpisuje.
Po drugie, byłbym ostrożny z przyszłą kwantyfikacją odpowiedzialności przez sztuczną inteligencję. Duży model może przeanalizować tysiące dokumentów, sporządzić macierz ryzyka i oznajmić na przykład, że Bór-Komorowski odpowiada w 24,7 procentach, Mikołajczyk w 16,3, a Stalin w 31,8. Wynik będzie wyglądał niezwykle naukowo, zwłaszcza dzięki przecinkom.
Tyle że model nie wybierze za nas kryteriów moralnych. Ktoś będzie musiał zdecydować, ile waży błędny meldunek, ile polityczne złudzenie, ile zaniechanie, a ile świadoma odmowa pomocy. Historia, niestety, nie jest arkuszem kalkulacyjnym, choć czasem właśnie w nim najłatwiej ukryć arbitralne założenia.
Jeszcze ostrożniej traktowałbym hipotezy, że bez Powstania Polska zostałaby republiką ZSRR albo że jego pamięć powstrzymała sowiecką interwencję w latach 1956, 1970 czy 1981. To hipotezy interesujące, lecz kontrfaktyczne. Nie znamy historii alternatywnej, ponieważ dzieje — w odróżnieniu od programów komputerowych — nie posiadają wersji testowej ani przycisku „cofnij”.
W jednym natomiast zgadzamy się całkowicie: nie była to prosta historia jednego winnego. Ja jedynie upieram się, że złożoność nie może stać się pralnią odpowiedzialności, do której wkładamy konkretne nazwiska, a wyjmujemy czysty „splot okoliczności”.
Pański komentarz bardzo dobrze doprecyzował Pańskie stanowisko. Mój zarzut pozostaje węższy: Sosnkowski nie odpowiada za wywołanie Powstania, lecz jako Naczelny Wódz ponosi część odpowiedzialności za to, że jego trafna diagnoza nie stała się skutecznym i odpowiednio wcześnie wydanym rozkazem.
Jak widać, różnimy się już nie o całą historię, lecz o podział ciężaru na jej szalach. To znacznie lepszy punkt wyjścia do rozmowy niż wzajemne ważenie sobie patriotyzmu.
DO PANA ZBIGNIEWA
Panie Zbigniewie,
dziękuję za wyjaśnienie. Teraz wszystko jest jasne.
Układ komentarzy przeprowadził małą rekonstrukcję historycznego chaosu komunikacyjnego: Pański wpis zmienił sąsiedztwo i zaczął wyglądać tak, jakby odnosił się również do mojej polemiki.
Cofam zatem pytanie, w czym nie mam racji, i przywracam Pański komentarz właściwemu adresatowi.
Tym razem depesza dotarła z opóźnieniem jednodniowym, a nie sześciodniowym. Możemy więc mówić o wyraźnym postępie w polskiej łączności.
Ukłony.
DO PANA PROFESORA STANISŁAWA OBIRKA
Panie Profesorze,
krytyka politycznego wykorzystywania IPN jest w wielu punktach uzasadniona. Instytucja, która miała badać historię, nazbyt często próbowała ją również układać, czesać i ubierać w strój odpowiedni do aktualnej akademii ku czci.
Nie chciałbym jednak, aby debata o Powstaniu została zamknięta między „upolitycznionym IPN” a jednym obowiązującym stanowiskiem jego krytyków. Wtedy historia ponownie stałaby się zakładniczką bieżącej polityki, tylko zmieniłby się strażnik celi.
Tekst Pana Sławka i mój różnią się rozłożeniem akcentów, ale oba odrzucają hagiografię. Obaj uważamy, że bohaterstwo powstańców nie może zwalniać od krytycznej oceny decydentów. Różnica dotyczy tego, jak szeroko rozkładać odpowiedzialność i jak mocno eksponować rolę konkretnych dowódców.
To chyba spór bardziej pożyteczny niż kolejna bitwa między obozem narodowej aureoli a obozem narodowego samobiczowania. Polska historia cierpi bowiem jednocześnie na nadmiar kadzidła i rózg. Rozsądku wciąż dostarcza się w ilościach reglamentowanych.
DO PANA SENEXA
Panie Senexie,
zgadzam się, że cywilne ofiary Powstania są w publicznych obchodach zbyt często przesuwane na drugi plan. Patos ma tę właściwość, że znakomicie wygląda przed kamerami, lecz słabo radzi sobie z konkretnym cierpieniem ludzi wyciąganych z piwnic, mordowanych na ulicach i tracących całe rodziny.
Zgadzam się również, że pamięć Powstania bywa wykorzystywana do utrwalania przekonania, iż narodowa wielkość mierzy się przede wszystkim rozmiarem poniesionej ofiary. To bardzo wygodna doktryna dla polityków, ponieważ własne błędy można w niej przedstawić jako cudze bohaterstwo.
Nie jestem natomiast przekonany do podziału na „obóz patriotyczny” i „obóz zdrady”, nawet ujętego w cudzysłów. Dwa takie obozy bardzo szybko budują między sobą zasieki, po czym rozsądek ponownie zostaje bez przepustki.
Pamięć o Powstaniu powinna być zarazem aktem czci i aktem osądu. Cześć należy się ludziom, którzy walczyli i ginęli. Osąd — tym, którzy podjęli decyzję bez wystarczających środków, gwarancji pomocy i planu wyjścia z katastrofy.
Nie musimy wybierać między legendą o zwycięstwie moralnym a pogardą dla całego powstańczego wysiłku. Możemy czcić odwagę i jednocześnie potępić polityczną lekkomyślność. Dojrzałość zaczyna się właśnie tam, gdzie człowiek potrafi pomieścić w głowie dwie prawdy, nie ogłaszając jednej z nich zdradą.