02.08.2026
Gdy w 2004 roku dwóch uznanych filozofów, Ian Buruma i Avishai Margalit, opublikowało swoją odpowiedź na ataki kierowane pod adresem cywilizacji zachodniej zatytułowaną Okcydentalizm. Zachód w oczach wrogów, to skupili się głównie na tekstach przeciwników Zachodu. Jak pamiętam, ich publikacja nie wywołała większego poruszenia, gdyż te ataki na nasz krąg cywilizacyjny wydawały się akademicką ciekawostką, która obchodziła wąskie grono badaczy, ale nie dotykała problemów, którymi żyła ulica.
Zwłaszcza w Polsce byliśmy od tych problemów daleko. Owszem nie brakowało i nie brakuje entuzjastów Orientalizmu Edwarda Saida, czy książek Frantza Fanona o niegodziwościach białej rasy, ciągle są też obecni zwolennicy studiów kolonialnych, którzy każą widzieć Europejczyków jako niepoprawnych kolonizatorów, to jednak był to ciągle margines. By było jasne, sam jestem zwolennikiem krytycznego spojrzenia na europejską historię, jednak jej obraz jaki wyłania się z niektórych publicystycznych książek radykalnej lewicy i ekstremalnej prawicy jest zwyczajnie fałszywy i głęboko niesprawiedliwy. Dzisiaj stało się inaczej i to głównie za sprawą konfliktu izraelsko-palestyńskiego, który niektórzy każą nam widzieć jako probierz humanizmu w ogóle (słynny test Bobako, wedle którego można zabierać głos na jakikolwiek temat, a zwłaszcza Holocaustu, tylko po uprzednim potępieniu imperialnych i kolonialnych praktyk Izraela!). Jeśli nie potępisz i nie podpiszesz odpowiedniej petycji, to nie zasługujesz na miano humanisty.
Tłumaczenie Okcydentalizmu ukazało się już w 2005 roku, ale wtedy byliśmy w euforii po włączeniu naszego kraju w struktury NATO i Unii Europejskiej. Niemal wszyscy mówili o powrocie do cywilizacji Zachodu, której zresztą pospiesznie dodawaliśmy, nigdy nie opuściliśmy. A krótki epizod sowieckiej dominacji odpędzaliśmy jak słusznie miniony koszmar zniewolenia przez azjatyckich barbarzyńców. Ten entuzjazm był też odczuwany na Zachodzie, który zaczęliśmy masowo nawiedzać nie tylko turystycznie czy naukowo, ale przede wszystkim ekonomicznie. Emigracja zarobkowa sięgnęła imponującej liczby ponad dwóch i pół miliona. Odczuła to każda polska rodzina. Nie tylko pozytywnie. Poprawa materialnego statusu pociągała niekiedy za sobą rozbicie rodzin, samotność dzieci i nie zawsze sensowne wydawanie zarobionych na Zachodzie pieniędzy. O tym upokorzeniu już zapomnieliśmy. Dziś na Zachodzie bywamy jako turyści, a imigracja zarobkowa nad Wisłę ma się całkiem dobrze. Ta więc te koszty dzisiaj płacą inne kraje, a stosunek Polaków do imigrantów przypomina to, co ich spotykało przed 20 laty w Niemczech, Holandii, Francji czy Anglii. Dziś to my wskazujemy miejsce w szeregu imigrantom i stajemy się „obrońcami cywilizacji zachodniej” i oczywiście „chrześcijańskiej”. Inna sprawa, że najbardziej wyrazistym sposobem manifestowania cywilizacyjnej wyższości jest wykorzystywanie trudnej sytuacji imigrantów, a nawet jawne okazywanie im naszej pogardy. Są też grupy chętnie sięgające po argument pięści, na szczęście rzadko maczety czy karabinu.
Tak więc w roku 2026 sytuacja jest odmienna od tej jaką zapamiętaliśmy z roku 2004 i z kraju emigrujących włóczęgów, staliśmy się krajem bogatych turystów przyjmującym (ale też w dużej mierze im niechętnych) imigrantów. W tym kontekście pojawiła się nowa książka, dobrze znanego polskiemu czytelnikowi Frederica Martela, która mówi już nie tylko o „Zachodzie”, ale o „Zachodach”, bo jak twierdzi jej autor, i dostarcza sporo przekonujących argumentów, nie ma czegoś takiego jak Zachód. Ani w sensie geograficznym czy etnicznym, nie wspominając już o religii czy polityce. Zachód jest wysoce zróżnicowany i wszelkie próby zamknięcia go w jednoznacznej etykietce musi spalić na panewce.
Jest w tej chwili przygotowywane polskie tłumaczenie. To, co poniżej opieram na lekturze francuskiego oryginału jaki się ukazał w kwietniu tego roku. Jednak lekturę proponuje zacząć od dostępnego darmowo w sieci tomu w języku angielskim liczącego 247 stron i zawierającego źródła z jakich autor czerpał, a jakimi nie chciał obciążać głównego tekstu swojej książki. Jest to lektura bardzo pouczająca również jako źródło bibliograficzne (https://fredericmartel.com/wp-content/uploads/2026/03/SOURCES.pdf). Dowiadujemy się z niego nie tylko jak powstawała książka, ale również jacy autorzy byli jego głównymi przewodnikami. Są to znawcy myśli greckiej (Jean-Pierre Vernant) i rzymskiej (Paul Veyne), ale też wspomniani wcześniej obrońcy Zachodu (Ian Buruma and Avishai Margalit) czy teoretyczka totalitaryzmów Hannah Arendt. Z młodszych to grecki badacz historii pojęcia Zachodu Georgios Varouxakis, którego książka Zachód, historia pewnej idei (The West the history of an idea) wydana w 2025 roku już zrobiła furorę, stała się przedmiotem debat konferencyjnych i zapewne doczeka się tłumaczenia na język polski.
Jednak najważniejszym przewodnikiem dla Martela, jak się okazuje, jest mistrz i przyjaciel Francois Furet, jako autor Przeszłości pewnego złudzenia. Esej o idei komunistycznej w XX w. Jak pisze Martel: „Zatem jako dziennikarz i socjolog, nie będąc historykiem (piszę książkę o teraźniejszości, podczas gdy on pisał o przeszłości), podejmuję pochodnię, a czytelnik bez trudu rozpozna na kartach Zachodów metodę, analizy, a nawet styl Fureta”. Przy czym nie chodzi tylko o inspirację intelektualną, bo istotne znaczenie miała dla Martela wspólna podróż z Furetem po krajach Europy Wschodniej w 1991 roku. Można więc powiedzieć, że z Furetem dotknął wpływu idei na kształtowanie historii, zaś on sam zajmuje się teraźniejszością i tym, co ją kształtuje tu i teraz, a przede wszystkim jakie idee rządzą (a może częściej manipulują) umysłami ludzi współczesnych.

Teraz możemy przejść do samej książki zakładając, że dobrze znane są nam jej inspiracje i cele. Otóż Zachody – śledztwo w sprawie naszych wrogów (Occidents – Enquête sur nos ennemis) to prawdziwy kryminał, a tytułowe śledztwo wcale nie jest metaforą tylko metodą pisarską. Wielu z nas pamięta doświadczenie lektury poprzedniej książki Frederica Martela, sprzedanej w półmilionowym nakładzie (ta liczba pada na okładce Zachodów) Sodomy. Na razie jest komentowana głównie we Francji, ale po przekładach na inne języki (jestem pewien, że się pojawią) stanie się o niej zapewne równie głośno jak o książce, która odsłoniła hipokryzje w sprawie stosunku do homoseksualizmu kleru rzymsko-katolickiego. Podkreślmy, siłą pisarstwa Martela jest tytułowe śledztwo. On nie przedstawia swoich idei w zderzeniu z poglądami innych autorów, nie interpretuje też rzeczywistości, ale pozwala mówić innym.
W przypadku Sodomy byli to księżą, i to przeważnie na wysokich stanowiskach w Watykanie, którzy bez zahamowań mówili o swojej orientacji seksualnej, nie szczędząc też pikantnych szczegółów o życiu prywatnym innych (ach te plotki i ploteczki watykańskie!). Podobnie jest w Zachodach, choć tutaj Martel oddaje głos nie tylko przeciwnikom Zachodu, ale i jego gorących wielbicieli i obrońców. Robi to przywołując osobiste rozmowy i przedstawia ich uprzedzenia, fantazmaty i lęki dziwiąc się ich popularności i coraz szerszym wpływom jakie zdobywają również w Europie. W tytule Zachód pojawia się w liczbie mnogiej, bo tych wyobrażeń na temat cywilizacji zachodniej jest naprawdę wiele i w większości są to chore projekcje zaburzonych umysłów. Nie brak wśród nich ludzi nominalnie należących do Zachodu, którzy jednak za punkt honoru i swoją misje życiowa uznali jego zniszczenie (czyż nie brak takich i nad Wisłą?). Wystarczy wspomnieć głównego architekta wyborczego sukcesu Donalda Trumpa w 2016 roku Steve’a Bannona czy Viktora Orbana, który o mało nie zrujnował całkowicie węgierskiej demokracji albo Aleksandra Dugina, „nadwornego ideologa Putina. Przykłady można oczywiście mnożyć, nie brak ich w otoczeniu Trumpa czy Putina, o naszym Nawrockim nie wspominając. Jak pisze Martel, „Książka ta opiera się na wielu źródłach. W trakcie trwających osiem lat badań terenowych autor przeprowadził około 1 900 wywiadów w pięćdziesięciu dwóch krajach”.
By dać Czytelnikowi przedsmak lektury książki przywołam kilka cytatów – komentarzy do osób z którymi Martel spędził najwięcej czasu. O Bannonie, który go wyraźnie zafascynował pisze tak: „Podoba mi się jego piracka natura. Wiele mówi się o tym metodycznym strategu nowej, zglobalizowanej skrajnej prawicy. Traktowano go poważnie, przeceniano. Twierdzono, że stworzył diaboliczną infrastrukturę, by zjednoczyć europejskich reakcjonistów – ale w praktyce nie widziałem niczego konkretnego. Nieliberalny, bez wątpienia. To również zbzikowany libertarianin, marzący o ‘czarnych światłach’ i ‘mrocznym oświeceniu’. Ale przede wszystkim jest żarliwym, namiętnym anarchistą, pragnącym wysadzić system w powietrze. Mam do czynienia z podpalaczem z ego XXL. Jest nieodpowiedzialny, nie do odkupienia, nieokiełznany, nawet przez tego starego poskromiciela bestii, Donalda Trumpa”. W tych kilku zdaniach mamy celny portret jednego z najbardziej destrukcyjnych ludzi mediów, któremu udało się stworzyć alternatywną rzeczywistość z półprawd, kłamstw i bezczelnego oczerniania przeciwników ideowych, czy to faktycznych czy częściej wyimaginowanych. Dodajmy, że Steve Bannon jest gorliwym katolikiem, zaprzyjaźnionym z wieloma wpływowymi katolickimi hierarchami (w tym z kardynałem Raymondem Burkem, znanym krytykiem papieża Franciszka), a przede wszystkim z niemal wszystkimi liczącymi się przywódcami radykalnej prawicy na cały świecie. Co ciekawe, chętnie tymi kontaktami się dzielił z Marelem, który z niektórych nawet skorzystał, w końcu pisząc książkę Przywołajmy jeszcze jeden fragment książki, podsumowujący spotkania z tym nie tylko medialnym hochsztaplerem. Otóż Frederic Martel wyznaje, że te wszystkie spotkania wywołały w nim poczucie zagubienia: „A Steve Bannon nie pomaga mi jasno widzieć rzeczy: wręcz przeciwnie, mąci wodę. Jest ‘inżynierem chaosu’, żeby użyć określenia trafnie oddającego istotę jego osobowości. Od kilku lat obserwuję, jak świat się rozpada: wojny, wzrost znaczenia partii ekstremistycznych, eurosceptycyzm, brutalne oskarżenia antyzachodnie na forach międzynarodowych. Jak wszyscy inni, nie rozumiem, co się dzieje ani jak do tego doszło”. Nie będzie przesadą, jeśli dopowiemy, że dzieje się tak w głównej mierze dzięki człowiekowi, którego związek z Trumpem jeden z autorów poświęconej burzliwym dziejom tej przyjaźni nazwał nie bez powodu „paktem z diabłem” (devil’s bargain).
Równie ciekawie są przedstawione spotkania z głównym ideologiem Putina Aleksandrem Duginem, który nie przestaje fascynować wielu miłośników Putina również w Polsce. Martel temu urokowi nie uległ i przedstawia Dugina i jego historiozoficzne fantasmagorie dość trzeźwo, nie wspominając o ich autorze, którego wprost nazywa faszystą i niebezpiecznym ideologiem. Jego diagnoza jest przenikliwa i trafna i o Duginie pisze tak: „Autor obszernego dorobku – ponad 10 000 stron – Dugin jest płodnym pisarzem. Wraz z moimi rosyjskimi badaczami zidentyfikowaliśmy około 150 jego książek, często publikowanych przez małe, niezależne wydawnictwa. Aleksander Dugin stoi na styku trzech tradycji: po pierwsze, korpusu marksizmu-leninizmu, ideologii, w której dorastał i której kody opanował; po drugie, korpusu prawosławnego nurtu religijnego, a zwłaszcza jego wersji staroobrzędowej, która ceni starożytne obrzędy i na nowo łączy się z poczuciem sacrum; i wreszcie korpusu filozofii zachodniej, który dogłębnie studiował i który wykorzystuje z wielką erudycją – cecha, która nigdy nie przestaje zaskakiwać u samozwańczego antyzachodnika. Wychodząc z tego filozoficznego tła, zbioru drobiazgów, wciąż stosunkowo nieszkodliwych, oferuje geopolityczną interpretację. Teraz śmiertelnie niebezpieczną”. To widać jak bardzo niebezpieczną już blisko polskich granic od 24 lutego 2022 roku gdy pojętny uczeń Dugina rozpoczął pełnoskalową inwazję na Ukrainie.
Martel rekonstruuje światopogląd Dugina omawiając jego książkę, która stała się swoistym podręcznikiem wielkorosyjskich ambicji Putina: „W swojej najsłynniejszej książce, napisanej z pomocą dwóch wojskowych, Podstawy geopolityki (1997), Aleksander Dugin przedstawia swoją wizję rosyjskiej dyplomacji po upadku ZSRR i proponuje nową strategię, równie diaboliczną, co proroczą. W tego rodzaju podręczniku, mającym na celu zbudowanie nowej szkoły geopolityki, Dugin sugeruje nic innego, jak ‘odwrócenie sojuszy’, w tym całkowite odejście od pierestrojki i glasnosti Gorbaczowa. Skutki działań tej nowej ideologii odczuwają nie tylko ofiary agresji Putina, ale i sami Rosjanie. Jak na razie wydają się być zahipnotyzowani grafomanią Dugina i działaniami jego pojętnego ucznia. Oczywiście cytaty można ciągnąć jeszcze długo, ale nie ma potrzeby, bo dowiadujmy się tego, co już wiemy, zwłaszcza w Polsce i na Ukrainie. Polityka Putina jest głęboko osadzona w podszeptach rosyjskich „intelektualistów”, którzy znaleźli w nim zbawcę ich wielkorosyjskich mrzonek i jeszcze długo będą go utwierdzać w jego misji spasitiela, nie tylko Rosji, ale i całej „cywilizacji chrześcijańskiej”, oczywiście w ich rozumieniu, czyli rosyjskiego prawosławia, które jak wiadomo jest trzecim i ostatnim Rzymem.
Może wystarczy, zatrzymajmy się na Bannonie i Duginie. Dwóch największych „obrońcach” „Zachodu”. Wrogów jest na kartach Zachodów więcej. Niektórzy są znani, inni mniej. Cała ta galeria tworzy jednak dość spójny obraz niszczycieli demokracji i budowniczych nowego, autorytarnego, a nawet totalitarnego porządku. Trzeba ich poznać również po to by nie ulegać „użytecznym idiotom”, których nie brakuje i w Polsce.
Ostateczny cel książki Frederica Martela jest jasno określony i przekonująco przedstawiony. To rezultat wielu lat żmudnej pracy i sięgania do źródeł, których nie należy ani lekceważyć, ale też nie można ich przeceniać. Ta destrukcyjna obecność będzie mniej niebezpieczna, gdy ją poznamy. Dlatego warto czytać Martela, również w tej nowej odsłonie jako burzyciela mitów i złudzeń pięknoduchów z lewej i prawej strony. Sam autor tak go określa: „To jest cel tej książki. Przez osiem lat starałem się zrozumieć nasz świat. I aby to zrobić, udałem się w teren, aby badać i nawiązywać kontakt z naszymi przeciwnikami, naszymi wrogami, tymi, którzy chcą obalić porządek świata, pozbyć się Zachodu lub odrzucić ‘fałszywie uniwersalistyczne’ idee Europy”. Frederic Martel jest też świadom, że jego książka burzy wiele akademickich przyzwyczajeń, z których najbardziej niebezpiecznym jest szukanie potwierdzeń własnych, oczywiście zawsze „jedynie słusznych”, poglądów.
To rzadkie w świecie akademickim. Zwykle badacze łączą się w grupy podzielające poglądy i spoglądające na innych z poczuciem wyższości, wcale nie wolnym od pogardy wobec innych. Droga francuskiego myśliciela jest inna. Jak pisze: „Częstym akademicko-dziennikarskim nastawieniem jest faworyzowanie tych, którzy podzielają nasze idee, a tym samym wzmacniają nasze uprzedzenia. W tym przypadku przyjmuję odwrotne podejście: szukam tych, których idee są najbardziej odległe od moich, słucham ich cierpliwie, traktuję ich poważnie – abym mógł ich następnie krytykować. Wszędzie, na pięciu kontynentach, od Pekinu po Hawanę, od Algieru po Ramallah, od Nowego Delhi po Brazylię, w sumie w pięćdziesięciu dwóch krajach, spotkałem tych ideologów, tych myślicieli i tych propagandzistów, którzy nas nienawidzą, podczas ponad stu podróży”.
Warto poznać to, co inni o nas myślą, nawet jeśli to myśli dalekie od piękna. Wtedy będzie łatwiej z nimi walczyć, a w każdym razie wytrącą nas z bezpiecznej drzemki, ktrą lepiej przerwać lekturą Zachodów niż świstem bomb.


Na początku XX wieku, kiedy w Europie mówiło się o 'żółtym niebezpieczeństwie’, jeden z zapomnianych dziś naszych myślicieli postawił tezę, że 'Zachód zginie od wewnętrznego barbarzyństwa’, czyli za sprawą ludzi przynależnych do cywilizacji zachodniej. Przypomniała mi się ona po lekturze recenzji książki Frederica Martela.
W europejskim/zachodnim ogrodzie pełno jest barbarzyńców; jeden z nich (Kaczyński) lubi nawet powoływać się na Herberta…
Zdziechowski powoływał się na Renana, pisał o swoich czasach tak: „gdy się sprawdza ponura przepowiednia Renana, że od wewnętrznego barbarzyństwa zginie świat”. Wiec jesteśmy w kręgu myślicieli zatroskanych o człowieczeństwo. Dziś mamy tylko hochsztaplerów zatroskanych o siebie, a ich jedyna ambicja jest podporzadkowanie sobie ogłupiałe i zmanipulowane umysły. Myśle, ze Martel głównie z nimi się zmaga. Może ktoś napisze o polskich Bannonach i Duginach. Jest ich legion, a skutki widać przy urnach wyborczych.
„Mam do czynienia z podpalaczem z ego XXL. Jest nieodpowiedzialny, nie do odkupienia, nieokiełznany” to bardzo cenny cytat a drugi wart zapamiętania: „Zwykle badacze łączą się w grupy podzielające poglądy i spoglądające na innych z poczuciem wyższości, wcale nie wolnym od pogardy wobec innych” Takich spostrzeżeń jest bardzo mało w rozmaitych dyskusjach na forum publicznym a tymczasem trafiają w sedno problemu. Miałem zawsze wrażenie że te rozmaite idee i argumenty są tylko powierzchnią, zewnętrzną powłoką wobec tego co tak naprawdę kieruje ludzką aktywnością od wewnątrz. Zachodowi udało pogodzić i zrównoważyć różne potrzeby i konieczności to nie tylko sukces ekonomiczny. Teraz już zawsze będzie obiektem zawiści albo erupcji ego XXL jak i u tego delikwenta który podpalił świątynie Artemidy. Jak dotąd wszystko się w miarę udawało ładnie zregenerować i uwolnić od feudalizmu, faszyzmu czy ideologi katolickiej. To tak jakby naprawdę czynnikiem naprawczym był duch z Delf: „Poznaj samego siebie” oraz „Nic ponad miarę”
Nie przepadam za profesorem Obirkiem. Człowiek spokojnie mógłby napisać coś, co pozwoli czytelnikowi utwierdzić się we własnych poglądach, a on uparcie pokazuje drzwi do pomieszczeń, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia — i jeszcze sugeruje, żeby tam wejść.
Francuskiego nie znam, więc na razie pozostaje mi relacja Pana Obirka oraz anglojęzyczny tom źródeł, który może być intelektualną wersją zwiedzania Paryża z planem metra zamiast przewodnika. Sam temat jest jednak fascynujący: okazuje się, że Zachodu nie tylko bronią jego przeciwnicy, ale czasem najgorliwiej bronią go ci, którzy chcieliby go najpierw podpalić. Martel przez osiem lat rozmawiał z blisko 1900 osobami w 52 krajach, więc przynajmniej nie wymyślił sobie wrogów przy biurku.
Krótko mówiąc: kolejna książka, której jeszcze nie czytałem, a już czuję się przez nią niepokojąco niedouczony. I za to właśnie nie lubię Pana Obirka.
To bardzo ciekawa recenzja — nie tylko streszcza książkę Martela, ale też pokazuje jej szerszy kontekst intelektualny i polityczny.
Najważniejsze wydaje się to, że Autor nie poprzestaje na prostym omówieniu treści, lecz wydobywa z niej ważniejszą myśl: że „Zachód” nie jest jedną, łatwą do zdefiniowania całością, a jego obrona wymaga czegoś więcej niż głośnych deklaracji. Podkreślenia wymaga konsekwencja w pokazaniu, jak niebezpieczne bywają uproszczone narracje i ideologiczne projekcje — zarówno po lewej, jak i po prawej stronie sceny publicznej.
Szczególnie mocne są fragmenty o Bannonie i Duginie, bo profesor Obirek pokazuje, że ich wpływ nie polega wyłącznie na politycznych hasłach, ale na systematycznym podsycaniu chaosu, lęku i pogardy. Polscy sympatycy tych dwóch ludzi nie przeczytali pewnie ani jednej ich pracy, co nie przeszkadza wcale w głoszeniu podobnie radykalnych i absurdalnych pomysłów.
Przewrotnie możnaby stwierdzić, że umowny Zachód (jeśli ktoś woli Zachody) jest bardzo silny, wpływowy i trwały skoro ma tylu zaprzysiegłych wrogów w tak wielu miejscach na świecie.
Jeden z moich znajomych wyraził wątpliwość czy warto czytać i tłumaczyć omawiana książkę dziennikarska i wskazał na, jego zdaniem znacznie bardziej przekonująca rozprawę z krytykami Zachodu, a zwłaszcza Saidem, jaka jest książka Ibn Warraqa. Pozwolę sobie przywołać moja odpowiedz na te wątpliwość: „ Dla Martela Said nie jest najważniejszy, znacznie ciekawski są dla niego „obrońcy” Zachodu jak Bannon czy Dugin czy tez palestyńscy antysemici i ich miłośnicy, lewica to tylko cześć (choć ważna jak wiemy z tego, co wyrabiają w Polsce) problemu, równie ważna (a może ważniejsza ze względu na coraz większe wpływy polityczne) to coraz bardziej brunatniejąca prawica (również w Polsce)”. Dodałbym jeszcze, ze naturalnie Ibn Warraq jest ważny, tym bardziej, ze pisze w ogólnie dostępnym języku angielskim, ale przecież myśli wyrażane w innych językach wcale nie musza być mniej istotne.
A poza tym. Myśle, ze dobre dziennikarstwo (a Martel jest tez profesorem socjologii z uznanym i szeroko czytanym i dyskutowanym dorobkiem) jest ważnym dopełnieniem analiz dyskursu akademickiego, który jednak nie za bardzo się przebija do świadomości ogółu.