Krzysztof Bielejewski: Generał, który przewidział klęskę, lecz nie potrafił jej zatrzymać9 min czytania

()


31.07.2026

Za dwa dni Warszawa o siedemnastej zatrzyma się. Zawyją syreny, staną samochody, przechodnie znieruchomieją, na minutę miasto przestanie się spieszyć. Będziemy wspominać odwagę ludzi, którzy mieli po kilkanaście albo dwadzieścia kilka lat, bardzo mało broni i zadziwiająco dużo gotowości do śmierci.

O ich bohaterstwie nie trzeba dyskutować. Było bezsporne. Dyskutować trzeba o tych, którzy wysłali ich do walki.

Jednym z najciekawszych, a zarazem najbardziej tragicznych bohaterów politycznego tła Powstania Warszawskiego jest generał Kazimierz Sosnkowski. Naczelny Wódz, który trafnie przewidział katastrofę, ostrzegał przed nią przez wiele miesięcy, rozumiał zamiary Stalina lepiej niż większość polskich polityków, a mimo to nie zdołał — albo nie potrafił — zatrzymać decyzji prowadzącej do zagłady miasta.

To historia nie tylko o bezsilności. Także o odpowiedzialności człowieka, który miał rację, lecz nie uczynił z niej dostatecznie skutecznego użytku.

DWA OŚRODKI WŁADZY I ŻADNEGO WSPÓLNEGO KIERUNKU

Po śmierci generała Władysława Sikorskiego w lipcu 1943 roku rozdzielono stanowiska premiera i Naczelnego Wodza. Premierem został Stanisław Mikołajczyk, dowództwo nad siłami zbrojnymi objął Sosnkowski.

Rozwiązanie wyglądało rozsądnie na papierze. Problem polegał na tym, że obaj politycy nie ufali sobie niemal równie mocno, jak nie ufali Stalinowi, a w przypadku Mikołajczyka może nawet bardziej.

Mikołajczyk wierzył, że z Moskwą trzeba próbować się porozumieć. Liczył, że Wielka Brytania i Stany Zjednoczone nie pozwolą Stalinowi całkowicie podporządkować Polski. Chciał odbudować zerwane po ujawnieniu zbrodni katyńskiej stosunki dyplomatyczne z ZSRR i sądził, że demonstracja dobrej woli może ocalić choć część polskiej suwerenności.

Sosnkowski uważał te nadzieje za złudzenie.

Widział, że Stalin nie nadchodzi jako wyzwoliciel, lecz jako przyszły gospodarz. Rozumiał, że Armia Czerwona, wypierając Niemców, przyniesie Polsce nie wolność, ale zmianę okupanta, wspartą własnym wojskiem, aparatem bezpieczeństwa i przygotowanymi w Moskwie komunistycznymi władzami.

Historia przyznała mu rację. Niestety historia ma paskudny zwyczaj przyznawania racji dopiero wtedy, gdy nie można już uratować ludzi, którym odmówiono jej wcześniej.

POWSTANIE JAKO AKT ROZPACZY

Sosnkowski nie odrzucał walki z Niemcami. Sprzeciwiał się powstaniu powszechnemu bez realnej pomocy aliantów.

Stawiał trzy warunki powodzenia: załamanie morale Niemców, poważne wsparcie materiałowe i lotnicze Zachodu oraz pomoc wojsk nadchodzących z zewnątrz. Żaden z tych warunków latem 1944 roku nie został spełniony.

Brytyjczycy nie zamierzali prowadzić wielkiej operacji zaopatrzeniowej nad Polską bez zgody Stalina. Amerykanie podporządkowywali sprawę polską nadrzędnemu celowi, jakim było pokonanie Hitlera przy współpracy z ZSRR. Armia Czerwona nie miała najmniejszego interesu w ratowaniu sił wiernych legalnemu rządowi Rzeczypospolitej.

Sosnkowski pisał, że akty rozpaczy bywają w życiu narodów nieuniknione i mogą mieć znaczenie moralne dla potomności. Ostrzegał jednak, że taki czyn może wbrew intencjom Polaków ułatwić realizację interesów „drugiego okupanta”.

To zdanie zawiera istotę tragedii.

Powstanie miało zamanifestować polską suwerenność przed Stalinem. W praktyce doprowadziło do zniszczenia największego skupiska polskiej inteligencji, młodzieży i struktur państwa podziemnego — dokładnie tego, czego Stalin potrzebował przed przejęciem kraju.

Chcieliśmy pokazać Sowietom, kto jest gospodarzem. Stalin cierpliwie poczekał, aż Niemcy wymordują gospodarzy i spalą dom.

„BURZA”, KTÓRA PRZYNOSIŁA ARESZTOWANIA

Pierwsze doświadczenia operacji „Burza” nie pozostawiały wielkiego pola dla złudzeń. Żołnierze AK pomagali wypierać Niemców, ujawniali się przed Armią Czerwoną jako przedstawiciele legalnego państwa polskiego, po czym ich dowódcy trafiali do aresztów NKWD, a szeregowców rozbrajano, wcielano do armii Berlinga albo wywożono.

Tak było na Wołyniu, Wileńszczyźnie i w okolicach Lwowa.

Sowieci odpowiadali na polską demonstrację państwowości metodą prostą i skuteczną: państwowość aresztowali.

Sosnkowski widział, że eksperyment zakończył się fiaskiem. Wiedział również, że powtórzenie go w Warszawie może oznaczać katastrofę na niewyobrażalnie większą skalę.

Tyle że w tym samym czasie tracił rzeczywistą kontrolę nad Komendą Główną AK. Władze w kraju coraz bardziej się usamodzielniały, depesze szły długo, instrukcje były niejasne, a polecenia z Londynu filtrowali ludzie prowadzący własną politykę.

Ironia historii osiągnęła szczególną doskonałość w przypadku Leopolda Okulickiego. Sosnkowski wysłał go do kraju jako zaufanego oficera i przyszłego organizatora konspiracji antysowieckiej. Tymczasem Okulicki stał się jednym z najgorętszych zwolenników wybuchu powstania w Warszawie.

Naczelny Wódz wysłał więc człowieka, który miał przygotować podziemie na nadejście Sowietów, a otrzymał jednego z głównych inspiratorów zrywu, po którym podziemie zostało wykrwawione.

OSTRZEGAŁ, ALE NIE ZAKAZAŁ

W tym miejscu kończy się wygodna legenda o proroku całkowicie pozbawionym wpływu.

Sosnkowski był przeciwnikiem powstania. Jego stanowisko było znane. Wielokrotnie ostrzegał przed „całopalnym porywem”, brakiem pomocy Zachodu i skutkami ujawniania AK przed Sowietami.

Nie wydał jednak odpowiednio wcześnie jednoznacznego, kategorycznego rozkazu zakazującego rozpoczęcia walki w Warszawie.

Można go bronić. Decyzja o powstaniu miała charakter polityczny i formalnie należała do rządu. Naczelny Wódz nie otrzymywał pełnych informacji o zmianach w planie „Burzy”. Jego instrukcje lekceważono, a łączność z krajem działała powoli i była poddawana kontroli ludzi niepodzielających jego stanowiska.

Można go również oskarżać.

W najważniejszych dniach lipca przebywał we Włoszech. Prezydent Raczkiewicz wzywał go do powrotu, lecz generał zwlekał. Być może uważał, że decyzje i tak zapadną bez niego. Być może nie chciał firmować przedsięwzięcia, które oceniał jako szaleństwo. Być może czuł się wśród żołnierzy Andersa bezpieczniej niż w politycznym kotle Londynu.

Ale Naczelny Wódz nie może ograniczyć się do trafnego przewidywania katastrofy. Od przewidywania są analitycy. Dowódca powinien jeszcze próbować jej zapobiec — nawet wtedy, gdy szanse powodzenia są niewielkie.

Sosnkowski miał rację niemal we wszystkim poza przekonaniem, że samo posiadanie racji może wystarczyć.

DEPESZA, KTÓRA PRZYSZŁA PO CZASIE

29 lipca generał wysłał do „Bora” Komorowskiego depeszę. Pisał w niej, że walkę z Niemcami należy kontynuować w ramach „Burzy”, lecz w istniejących warunkach jest bezwzględnie przeciwny powszechnemu powstaniu. Ostrzegał, że błędna ocena sytuacji niemieckiej będzie kosztowała bardzo wiele.

Było to stanowisko jasne. Depesza dotarła do Warszawy 6 sierpnia.

Powstanie trwało już szósty dzień. Wola była miejscem masowej rzezi. Miasto płonęło, oddziały ponosiły ogromne straty, a rozkaz, który mógł mieć znaczenie 31 lipca, stał się dokumentem dla przyszłych historyków.

Wiadomość nie spóźniła się z powodu mgły nad Europą. Została przetrzymana w Londynie. W aparacie polskiego państwa trwała walka polityczna, a część oficerów uznała najwyraźniej, że wie lepiej od Naczelnego Wodza, które jego rozkazy powinny dotrzeć do podkomendnych.

Państwo podziemne, które przez pięć lat potrafiło organizować sądy, tajne szkolnictwo, wywiad i armię, w chwili najważniejszej decyzji nie potrafiło sprawnie przekazać stanowiska własnego dowódcy.

Nie była to wyłącznie tragedia militarna. To była katastrofa systemu podejmowania decyzji.

POLITYCZNY ATUT Z ŻYCIA MIASTA

Mikołajczyk liczył, że walcząca Warszawa stanie się jego argumentem podczas rozmów ze Stalinem. Polska stolica miała powitać Armię Czerwoną jako gospodarz, ujawnić legalne władze i zmusić Moskwę do uznania politycznych faktów.

Problem polegał na tym, że Stalin dysponował czołgami, armią, policją polityczną i zgodą zachodnich aliantów na urządzenie swojej strefy wpływów. Mikołajczyk miał nadzieję, meldunki z kraju i cudzą gotowość do śmierci.

W dyplomacji argument jest wart tyle, ile siła stojąca za nim. Warszawa miała być kartą przetargową, lecz została rzucona na stół w grze, w której przeciwnik rozdawał karty, pilnował banku i mógł w każdej chwili aresztować pozostałych graczy.

Decyzja o powstaniu nie była więc dziełem jednego człowieka. Odpowiedzialność rozkłada się między Mikołajczyka, kierownictwo polityczne w kraju, „Bora” Komorowskiego, Tadeusza Pełczyńskiego, Antoniego Chruściela i szczególnie aktywnego Okulickiego. Towarzyszyły jej błędne meldunki o położeniu Niemców, wiara w rychłe wkroczenie Sowietów, lęk przed komunistycznym powstaniem oraz przekonanie, że Warszawa nie może pozostać bierna.

Sosnkowski znajdował się poza tym kręgiem. Ale jako Naczelny Wódz nie znajdował się poza odpowiedzialnością.

RACJA BEZ WŁADZY, WŁADZA BEZ ROZSĄDKU

Najuczciwiej powiedzieć tak: Sosnkowski trafniej niż jego przeciwnicy rozumiał położenie Polski, zamiary Stalina i brak gotowości Zachodu do udzielenia realnej pomocy. Jego sprzeciw wobec powstania był racjonalny, konsekwentny i oparty na faktach.

Jednocześnie był politycznie osamotniony, temperamentem bardziej analitykiem niż człowiekiem gwałtownych decyzji, uwikłany w spór z premierem i częściowo odcięty od kraju. Nie wykazał determinacji odpowiedniej do zagrożenia, które sam tak dobrze rozpoznawał.

Nie należy czynić z niego ukrytego sprawcy Powstania Warszawskiego. Byłoby to fałszem.

Nie należy również budować mu pomnika bezsilnej niewinności. Miał urząd, autorytet i możliwość głośniejszego sprzeciwu. Nawet jeśli zakaz zostałby zignorowany, powinien był paść wcześniej, wyraźniej i z pełnym ciężarem stanowiska Naczelnego Wodza.

Sosnkowski przewidział, że powstanie może zmienić jedną okupację w drugą, wykrwawiając naród i ułatwiając Stalinowi przejęcie Polski. Przewidział dobrze.

Warszawy jednak nie ocalił.

Za dwa dni będziemy czcić tych, którzy poszli walczyć. Należy im się pamięć bez zastrzeżeń. Dowódcom należy się coś innego: pamięć bez upiększeń.

Bo dojrzały naród nie musi wybierać między szacunkiem dla bohaterów a oceną decyzji, która wysłała ich na śmierć. Może kochać powstańców i jednocześnie pytać, czy powstanie powinno było wybuchnąć.

Może też uznać, że człowiek, który miał rację, nie zawsze jest człowiekiem, który spełnił swój obowiązek.

Tragedia Sosnkowskiego polegała na tym, że widział nadchodzącą przepaść wcześniej niż inni. Tragedia Warszawy — że stał zbyt daleko od kierownicy, a gdy wreszcie krzyknął, rozkaz zatrzymano na poczcie.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo