04.10.2026
W polityce słowa są głównym, a czasem jedynym środkiem komunikacji. Nazywają problemy, porządkują spór, służą obietnicom i rozliczeniom. Bywają też zasłoną: za jednym hasłem potrafią zniknąć fakty, program, pieniądze i odpowiedzialność. Cudowna sztuczka — po spektaklu iluzji nikt nie pyta, gdzie podział się królik.
„Naród”, „suwerenność”, „normalność”, „rodzina”, „cenzura”, „elity”, „zdrajcy”, „bezpieczeństwo” — słowa z historią, ciężarem i własnym temperamentem. Kłopot zaczyna się, gdy nie opisują rzeczywistości, lecz próbują ją zastąpić. Kiedy jedno hasło ma wyjaśnić, dlaczego młodych nie stać na mieszkanie, kolejka do lekarza rośnie szybciej od zaufania do państwa, szkoła nie wyrównuje szans, a obywatel w urzędzie bywa traktowany jak nieproszony gość na własnym przyjęciu.
Łatwiej wskazać „ideologię” niż powiedzieć, dlaczego psychiatra dziecięcy stał się dobrem deficytowym, a mieszkanie przypomina spadek po bogatej ciotce — najpewniejszy wtedy, gdy ktoś ją miał. Łatwiej powiewać „suwerennością” niż wyjaśnić, jak Polska ma bronić swoich interesów w Europie, w gospodarce i w sprawach bezpieczeństwa. Sztandar w ręku nie wymaga kosztorysu. To jego polityczna uroda.
Najbardziej wdzięcznym słowem w tym repertuarze pozostaje „rodzina”. Jest ciepłe, pojemne i niemal niemożliwe do zakwestionowania. Kto pyta, co polityk rzeczywiście rozumie przez „obronę rodziny”, ryzykuje natychmiastowe oskarżenie o atak na tradycję, dzieci, wiarę, dom rodzinny, a po drodze zapewne także na zdrowy rozsądek. To poręczna konstrukcja. Pozwala wygrać spór, zanim ktokolwiek zdąży zapytać o konkrety.
Rodzina jest wartością. Nie trzeba tego tłumaczyć. Czym innym jest polityka rodzinna, czym innym dekoracja z rodzinnego albumu rozwieszona nad kampanią wyborczą. Rodziny potrzebują mieszkań, żłobków, szkół, ochrony zdrowia, opieki dla bliskich niesamodzielnych, skutecznie egzekwowanych alimentów i ratunku w razie przemocy. Potrzebują także pracy, która pozwala utrzymać dom bez codziennej akrobatyki między lodówką a terminem spłaty kredytu.
W politycznym zaklęciu „obrona rodziny” nie zawsze chodzi o rodzinę. Częściej o wskazanie przeciwnika: kobiet domagających się podmiotowości, osób LGBTQ+, edukacji seksualnej, europejskich standardów praw człowieka albo wszechmocnej „ideologii”, której właściwości zmieniają się zależnie od potrzeb występującego. Lista wrogów jest bardzo elastyczna. Program pomocy dla rodzin — nie tak bardzo rozciągliwy.
Słowa nie spadają z nieba. Dotykają spraw ważnych: przynależności, godności, wiary, rodziny, wspólnoty, bezpieczeństwa. Retoryka prawicowo-populistyczna działa dlatego, że nie zaczyna od zupełnej fikcji. Wykorzystuje istniejące lęki i prawdziwe potrzeby, po czym podaje je w sosie prostego wyjaśnienia oraz wygodnego winnego.
Za trudności życiowe odpowiada „Bruksela”, za słabość państwa „elity”, za niepewność jutra „obcy”, za pytania o prawa kobiet lub osób LGBTQ+ „ideologia”, a za krytykę rządzących — „zdrada”. W takim repertuarze świat jest uporządkowany: winny zawsze mieszka gdzieś indziej, rachunek płaci ktoś inny, a niewinność własnej strony pozostaje nieskazitelna jak śnieg w folderze biura podróży.
Taka polityka jest wygodna. Nie potrzebuje projektu, harmonogramu, budżetu ani mierzalnego rezultatu. Wystarczy dobrze obsadzić role. Są „prawdziwi Polacy”, są podejrzani, są ludzie „gorszego sortu”, obcy duchowo, „elementy animalne”, a w chwili potrzeby — niebezpieczni. Kiedy brakuje mieszkań, lekarzy, nauczycieli, autobusów i opieki, można ogłosić kolejną bitwę o symbol. Symbol jest tani, dobrze wygląda na transparentach i — co istotne — nie prosi o remont ani o podwyżkę.
Rodzina na sztandarze prezentuje się nienagannie. Co prawda nie ogrzeje mieszkania, nie skróci kolejki do pediatry, nie opłaci terapii dziecka i nie zaopiekuje się schorowanym dziadkiem, ale ma nad programem istotną przewagę. Sztandaru nie trzeba finansować ani realizować. Wystarczy dobrze złożyć po wiecu.
Nie jest to tekst przeciw ludziom o poglądach konserwatywnych, religijnych czy prawicowych. Mają prawo do własnych wartości, obaw i politycznych wyborów, tak jak ludzie liberalni, lewicowi i centrowi. Nie zamierzam organizować konkursu na właściwą biografię, obyczaj, pobożność czy ideową czystość. Po takim konkursie część polityków musiałaby zapewne prosić o powtórkę z wychowania obywatelskiego.
Interesuje mnie język, który realne społeczne niepokoje, lęki czy frustracje przerabia na paliwo wyborcze. Zamiast powiedzieć, kto podjął decyzję, ile ona kosztuje i komu służy, opowiada o „układzie”, „zdrajcach”, „lewactwie”, „obcych” i „wrogach normalności”. Nie zaprasza do rozmowy. Ustawia rozmówcę pod ścianą, przykleja etykietę, a potem triumfalnie ogłasza, że wygrał debatę. To rodzaj dyskusji, w której werdykt jest gotowy przed rozpoczęciem procesu.
Nie po to, by dowodzić, że ludzie myślący inaczej są głupsi, gorsi lub mniej polscy. Taką technikę pozostawiam tym, którym brakuje argumentów, więc rozdają świadectwa moralności albo patriotyzmu. Publicystyka ma prawo do poglądów, także bardzo stanowczych. Nie ma prawa do pogardy przebranej za zasadę ani do zastępowania faktów sugestią.
W demokracji można różnić się niemal we wszystkim. Nie ma potrzeby czynić z każdego sporu testu lojalności, a z każdego oponenta podejrzanego. Słowa powinny pomagać nam myśleć. Gdy zaczynają myśleć za nas, trzeba pytać, czy nie zastępują programu.
Eliza M.
ur. 1960, pół-emerytowana dziennikarka, zwolenniczka rozumu, przyzwoitości i otwartości bez zadęcia

Świetnie, nowe pióro, nowe spojrzenie, a przede wszystkim głos kobiety, którego brak SO odczuwa boleśnie od początku. Oby Pani Eliza M. Rozpoczęła regularna obecność kobiecej wrażliwości na naszych stronach, której brak również w polityce mści się dotkliwie i zubaża jakość tej służby społecznej, która stała się służba męskiego ego.
Pani Elizo, powitania i gratulacje! Akces do SO to najważniejszy skutek turbulencji bielejewskiej… Cieszę się, że pierwszy tekst dotyczy słowa, wszak 'na początku było słowo’! Wymienione hipostazy, czyli pojęcia bez desygnatów albo 'przedmioty fikcyjne uznane za istniejące’ to prawdziwe nieszczęście człowieka, zwłaszcza religijnego… Szczególnie wnikliwy akapit o 'rodzinie’, której nadużywają wszystkie strony sporu politycznego w Polsce, na czele z twórcą 'rodziny Radia Maryja’… SO (Stanisław Obirek) ma rację, mówiąc o kobiecej wrażliwości; spodziewam się, że da Pani popalić niejednemu autorowi…