22.08.2026
W komentarzu do felietonu K. Bielejewskiego [1] „Prof. Matczak odkrywa lemoniadę” (w SO z 09.08.26) wyznałem skromnie, że jako dinozaur SO mam na takie tematy sporo refleksji, w tym politycznych… Za namową Ojca Założyciela ś.p. Stefana Bratkowskiego, debiutowałem w SO w 2009 r. artykułem pod znamiennym tytułem „Kraj dla nauki czy nauka dla kraju?…”. Nic to nie dało, i do dzisiaj nic się nie zmieniło, choć ta tematyka pozostała głównym nurtem mojej działalności publicystycznej.
Chciał nie chciał, musiałem także pisać o tym, co przeszkadza w tym głównym nurcie, i tu pojawiła się polityka, bo polityka chyba bruździ najbardziej. W 2010 roku napisałem artykuł „2 prawice czyli żadna”, i już wtedy nie było tu żadnego centrum politycznego z prawdziwego zdarzenia, a większość partii była ciągle „lewitujaca” (jeśli nie społecznie, to gospodarczo, z wyj. WiP), jako widoczne pokłosie epoki słusznie minionej. Choć pierwsze moje artykuły w SO (chyba ze dwa tuziny…) zniknęły wraz ze zmianą serwera (Webnode), to spora ich cześć po aktualizacjach znalazła odbicie w książce „Gospodarka nie-wiedzy” dostępnej w sieci od 2020 r. [2].
Ta książka od dawna spełnia ostatnie trafne i zwarte postulaty prof. St. Obirka o sprawach „do załatwienia”, „które w kraju trzeba zmienić i poprawić”. Te postulaty zawarte były w komentarzu #2 pod pierwszym artykułem Pana Sławka w SO na temat Klubów Radykalnego Centrum z 24.07.26. [3].
***
Żeby utrzymać ciągłość historyczną w konwencji satyrycznej warto przypomnieć, że śmieszne kluby dyskusyjne nie są nowością w Polsce; już w 1954 młody Stefan Bratkowski współorganizował w Krakowie prywatny klub dyskusyjny zbuntowanej młodzieży pod dumną nazwą „Klan Płonącego Pomidora”.
Dzisiaj może już niewielu wyborców pamięta, że w grudniu 1990 roku powstała tu Polska Partia Przyjaciół Piwa (PPPP), która w 1991 roku wprowadziła do Sejmu aż 16 posłów!… Jeszcze ciekawsze jest to, że ta założona przez satyryków partia, w odróżnieniu od wielu następnych a także współczesnych, miała prawdziwy i całkiem rozsądny program gospodarczy. Ale po 3 latach (i jeszcze kilku piwach…) jakoś jej się udało wtopić w parlamentarną rutynę, by tak to nazwać.
W sezonach przedwyborczych kolejnych kadencji w tutejszej polityce pojawiały się mniej lub bardziej centryczne partyjki – efemerydy polityczne z różnymi programami szybkiego zbawienia. Było już ich kilka w tym stuleciu ale jeszcze żadna niczego nie zbawiła, a tak naprawdę zazwyczaj chodziło o wprowadzenie siebie i kilku akolitów do Sejmu, czyli na kilka lat do kieszeni podatnika a jakby się dało, to najlepiej aż do ciepłej emerytury. Niektórzy zbawcy obiecywali że się wycofają z gry już po jednej kadencji, ale akurat ta obietnica nigdy się nie udawała, bo dobrze się żyje „z ręką w kieszeni sąsiada” i z darmową popularnością w szkle.
***
Będzie to już prawie dwa tygodnie (05.08.26), kiedy powszechnie szanowany przez czytelników SO Pan Sławek, od dawna złakniony prawdziwej demokracji (co zrozumiałe, choć takiej nigdy tu nie było…), opublikował w Studio Opinii obszerną listę uwarunkowań dla proponowanego przez Prof. M. Matczaka ruchu „Radykalne Centrum”, z silną nadzieją na dalszy polityczny rozwój [4]. Zamiast podobnego rozważania licznych punktów i wielu opcji, ja tu widzę dwa możliwe scenariusze dla dalszego przebiegu wydarzeń.
Pierwszy scenariusz – satyryczny
(zgodnie ze wskazaną ciągłością historyczną gatunku):
jeśli Radykalne Centrum zapragnie tylko przebić PPPP poczuciem humoru, to w dzisiejszym zalewie informacyjnym skutkującym ogólnym otumanieniem zbombardowanych przesytem odbiorców, ta sztuka może się udać. Wiadomo że kolejnych wyborów nie wygra się bez mediów SPO. A profesor Marcin Matczak już od około 10 lat jest mocny w wielu mediach SPO (jednocześnie) a nawet umie rapować, co młode pokolenie niewątpliwie doceni, a czego potencjalni przeciwnicy polityczni mogą nie potrafić. Przy dobrej ogólnej organizacji i z pomocą AI może i wejdzie do Sejmu, stworzy klub ale dalej i tak już nic nie wskóra, bo walec tutejszego neo-centralizmu pseudo-socrealistycznego ma swoje prawa i wszystko wyrówna (jak dotąd wyrównywał), przy znanym od lat wtórze lamentu „yntelygencji”. A profesor MM napisze kolejną książkę o sejmowych przygodach politycznych i z powodzeniem sprzeda ją licznym wielbicielom i ich rodzinom…
***
Drugi scenariusz (jest trudniejszy i bardziej złożony, bo widzę go jako…)
makiaweliczno-syzyfowo-gargantuiczny
Tu potrzebne jest kolejne i nieco głębsze wprowadzenie, tym razem zawodowe. Profesor Marcin Matczak jest świetnym i pracowitym prawnikiem. Z tutejszej przeciętności naukowej wyróżnia się kilkunastoma publikacjami zawodowymi indeksowanymi w najbardziej wymagającej platformie oceny parametrycznej Web of Science, gdzie na dzisiaj ma wskaźnik Hirsch’a = 4. Jak na tutejsze nauki prawne to bardzo dobry wynik; miejscowa konkurencja prawna nie wychodzi ponad H=3, a większość krąży około zera, bo nie ma czasu pisać i jeżeli cokolwiek, to publikuje tylko lokalnie. Niektórzy, dla „umiędzynarodowienia kariery” potrzebnej do awansu, czasem publikują (nieraz łamaną angielszczyzną) w tutejszym „Przeglądzie Sejmowym”, który niewiadomym sposobem jest indeksowany w WoS, ale za to z nadzwyczaj mizernym wskaźnikiem wpływu IF=0,03!… Prawie wstyd… To znaczy, że nikt w świecie tego nie czyta… Profesor Marcin Matczak dla odmiany pisze bardzo dobrym językiem i publikuje w czasopismach o wysokim wskaźniku IF (50 i więcej razy większym niż ten PS!…), co obrazuje wymierny wkład w naukę światową [5].
Na bazie tych osiągnieć pojawia się wniosek pośredni, który może być dalej ważny: bo żeby dobrze pisać do dobrych czasopism o wysokim wskaźniku IF, trzeba być na bieżąco z wiedzą we świecie, trzeba bardzo dużo czytać, czyli dużo wiedzieć. Prof. Marcin Matczak może dużo wiedzieć i na pewno wie, że klubowy dyskurs światopoglądowy (w tym religijny) nie może przeważać nad tematyką gospodarczą, bo „najpierw gospodarka…” (J. Carville) a wszystkie inne tematy są wtórne i są następstwem a nie źródłem. Dawno temu ujął to również niejaki K. Marks: „nie świadomość ludzi określa ich byt, lecz przeciwnie, ich społeczny byt określa ich świadomość”.
***
Wprawdzie prof. M. Matczak nie wypowiada się konkretnie na temat nowoczesnej „gospodarki opartej na wiedzy”, ale mogły do niego dotrzeć sygnały, a pewnie i sam przez ostatnie lata zauważył, że takiej intensywnej gospodarki ciągle tu nie ma, choć się o niej mówi od ćwierć wieku. Dla badacza zagadnień systemowych i roli państwa może być intrygujące odszukiwanie źródła takiej dysocjacji (czy raczej – stagnacji), bo rzeczywiste parametry makroekonomiczne dowodzą, że na pewno coś tu nie działa, albo działa źle [6].

W teorii prawa można tez szukać pra-źródła prawd rozwojowych w wyższości „Dwóch traktatów o rządzie” wybitnego polityka, dyplomaty, lekarza, ekonomisty i filozofa – J. Locke, nad „Umową Społeczną” samouka J.J. Rousseau. Jak uczy historia i znane przykłady, centralny, nakazowo-kontrolny czyli z natury swej opresyjny system zarządzania krajem wzmacnia zniewolenie, tłumi inicjatywę i samodzielne myślenie, pobudza niechęć i apatię. Z kolei kreatywność i talenty rozwijają się i przetwarzają w dobra tylko w warunkach zaufania społecznego (F. Fukuyama) wspieranego poczuciem sprawstwa, a takie daje prawdziwa demokracja przedstawicielska [7, 8].
***
Profesor prawa badający problemy systemowe z pewnością wie że to ujęcie dotyczy nie jednego, ale wielu praw. Jednym z pierwszych do remontu będzie prawo wyborcze, ale równocześnie ze zmianą podstawy konstytucyjnej z „ordynacja proporcjonalna” na „ordynacja większościowa”. i dalej z uściśleniem w prawie wyborczym „w jednomandatowych okręgach wyborczych z zachowaniem normy reprezentatywności”. Ciągle bardzo skuteczna najprostsza i najtańsza jest wersja FPTP [9,10].
Sama ta jedna zmiana spowoduje odejście od kontroli wyborców przez partie i przejście do kontroli partii przez wyborców, a to właśnie jest esencja prawdziwej demokracji przedstawicielskiej której brakuje. Taka zmiana nie tylko wymusza nadrzędność obywatela–wyborcy nad partyjnymi wodzami, ale wprowadza również w szerszym zakresie mechanizmy pozytywnej selekcji politycznej, co wpływa dalej na mechanizmy dobrej selekcji w instytucjach państwa [11, 12].
Dotkliwym skutkiem błędnych założeń „Magdalenki” i jedną z przyczyn rzeczywistej polskiej słabości gospodarczej jest nakazowo-kontrolny centralizm zapisany w kopiującej „francuski model”, a dzisiaj nieco przerdzewiałej konstytucji. Centralizm oparty na biurokratycznej machinie kontrolnej (praktycznie pochodzącej z PRL), z definicji jest ociężały, pobudza pozorowaną sprawozdawczość, tłumi inicjatywę i samodzielne myślenie. Profesor Krystyna Skarżyńska w znamiennym wywiadzie „Prześniona demokracja” („Polityka” 22.01.2020) ujęła to krótko: „nasza transformacja była imitacyjna, a naśladowaliśmy to, czego dobrze nie znaliśmy” [13].
***
Ale „Magdalenki” nie można winić o wszystko co dzisiaj nie działa. Tajne rozmowy w willi „Magdalenka” to był wyjątkowy w swoim rodzaju fenomenem, który doprowadził do bezkrwawego i stopniowego przejęcia władzy, praktycznie pod okupacją sowiecką, co może brzmieć niemal jak fikcja. Wiadomo, że trzeba było zachować ciągłość prawną, ale też prawnicy którzy nad tym pracowali zarówno po jednej jak i drugiej stronie, byli w większości wychowani w PRL i uformowani na bazie ówczesnych praw przez ówczesnych akademików, którzy musieli mieć profile zgodne z linią polityczną. Wtedy się nie podróżowało, nie było dostępu do bibliografii za wyjątkiem tej poprawnej politycznie i w takim ujęciu było przedstawiane prawo rzymskie czy Kodeks Napoleona. Kompromisy ustalane w Magdalence były potem przedkładane pod obrady „Okrągłego Stołu” i stanowiły podstawę przemian ustrojowych. Tematy społeczne miały w tym trudnym czasie absolutny priorytet i najwyższą rangę. Przez te kilka miesięcy lonty były bliskie odpalenia i to przy masowej obecności „bratniej” Armii Czerwonej, w pełni gotowej do „niesienia pomocy”.
Redaktor Stefan Bratkowski, jako członek Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, brał aktywny udział w obradach plenarnych „Okrągłego Stołu” a jako prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i prawnik, także w obradach podzespołu do spraw stowarzyszeń. Bardzo dużo wiedział o „Okrągłym Stole” i docierały też do niego echa rozmów w Magdalence, choć o tym otwarcie nie mówił. Dwadzieścia lat później miałem okazję spytać go w prywatnej rozmowie (przy kawie i pączku…) jak to właściwie wtedy było z wyborem modelu państwa, czy inny niż centralny model był w ogóle brany pod uwagę? Odpowiedział że raczej niespecjalnie; wspominano wprawdzie o „modelu angielskim” (jak to nazwał) ale wtedy nie było dobrej znajomości tematu, bibliografii a nawet języka. Wśród prawników lepsza była znajomość języka francuskiego (sam nim władał), do tego długa historia relacji, podobieństwa modelu, „a poza wszystkim, wiesz – tradycja, stara miłość do Francji”…
To, że tak zostało niespecjalnie powinno dziwić, bo na owe czasy to i tak był kolejny „cud nad Wisłą”. Natomiast to, że w 1997 roku, już po reformach M. Wilczka i L. Balcerowicza i w warunkach wstępnej stabilizacji państwa i gospodarki, w pracach nad nową konstytucją pozostawiono ordynację proporcjonalną ze zliczaniem D’Hondt’a, można uznać za ciężki grzech ówczesnych partii.
Politycy zatrzymali reformy, bo już im się dobrze zaczęło żyć z tymi listami partyjnymi, dominowaniem i manipulowaniem wyborów. W tamtejszej dyskusji parlamentarnej poseł Wojciech Błasiak wskazywał na (cytat za Wikipedią): „możliwe wręcz katastrofalne następstwa proporcjonalności, która czyni ten projekt nie tylko złym, ale wręcz groźnym dla przyszłości Polski, jej suwerenności i niepodległości, jej rozwoju i siły”.
No i tak mamy dzisiaj – rozwoju ciągle za mało a siły głównie z importu…
***
Widać wokół gołym okiem, że będących motorem „gospodarki wiedzy” produktowych innowacji własnych tu mało albo nie ma (przedostatnie miejsce w EU w innowacyjności, 40. w World Innovation Index). No i co z tego dla gospodarki, że mamy największą na świecie liczbę magistrów (na mln mieszk.), skoro w testach PIAAC (badania umiejętności dorosłych) Polska znalazła się w 2023 r. na przedostatnim miejscu wśród krajów OECD…

Spośród wielu przyczyn słabej innowacyjności, jedna z głównych leży również w centralnym prawie, a konkretnie w ustawie o NiSW. Obowiązująca ciągle ustawa z 2018 roku jest bublem prawnym wyprodukowanym przez nieoczytanych i nierozumiejących procesów ignorantów, wprowadzających błędne pojęcia, zamęt operacyjny i ogromne marnotrawstwo – nie tylko finansów ale i kapitału ludzkiego [14,15].


Póki co, nie zanosi się na istotne zmiany w nauce w najbliższej przyszłości, bo partie układu „Ciepłej Wody w Kranie” w opublikowanym niedawno projekcie nowej ale nijakiej „strategii” rozwoju NiSW do 1935 roku, zakładają praktyczne zamrożenie stanu istniejącego (zob. pkt. 5b), a rekomendacje zawarte w ostatnim raporcie o transferze wiedzy tak naprawdę wyglądają tylko na pracowite pudrowanie trupa.
W ciągu ćwierć wieku takiego pełzania czy stagnacji, gdy PKB konkuruje i przepycha się z inflacją, PKB Korei Południowej zdążył zdublować PKB Polski i temu nikt nie zaprzeczy [6].
***
Dobrze mieć na uwadze, że takiej jak w Korei Południowej i w innych krajach rozwiniętych „gospodarki opartej na wiedzy” nie buduje się tylko w uczelniach. Sama uczelnia w całym obrazie może być jak poddasze chwiejnego budynku, pozbawionego solidnych fundamentów. Fundamentem rozwoju, samodzielnego myślenia i kreatywności od dawna jest wczesna edukacja i to począwszy już od przedszkolnej i wczesnoszkolnej [16-18]. Niespójna edukacja to także jedna z istotnych przyczyn notorycznie niskiego poziomu polskiej innowacyjności.

Oparta na przestarzałych modelach pedagogika polska nie spełnia prawie żadnych współczesnych wymogów. jest zawieszona gdzieś pomiędzy XIX wiekiem a PRLem, co zawdzięcza między innymi centralnemu sterowaniu przy pomocy nadrzędnych komisji (PKA i RDN) zdominowanych przez osoby wywodzące się z CKK, bez naukowego dorobku międzynarodowego (z zerowym lub nikłym wskaźnikiem Hirscha, czy zerowym wskaźnikiem IF), oderwane od świata i aktualnego stanu wiedzy [18]…
W szkołach krajów zaawansowanych od początku stulecia nie uczy się już osobnych przedmiotów przyrodniczych. W XXI wieku dzieci od 1. klasy szkoły podstawowej poznają obszar nauczania STEM (od ang. Science, Technology, Engineering, Mathematics). STEM to dzisiaj podstawa nowoczesnej świadomości obywatelskiej i krytyczny dla rozwoju obszar kształcenia [16,17]. Przyjmuje się, że w krajach rozwiniętych już około 70% stanowisk pracy wymaga kształcenia w obszarze STEM [19].

A tu i teraz – w projektowanych (do wdrożenia i to już niebawem…) podstawach programowych szkół podstawowych ciągle nie ma nauczania w obszarze STEM, choć jesteśmy w tym już o całe dekady zapóźnieni [20].
Oparty na centralnych ustawach oświatowych i rozporządzeniach MEN cały system edukacji, począwszy od przedszkolnej przez wczesnoszkolną i dalszą, potrzebuje weryfikacji, przemodelowania i zbudowania spójnej i przejrzystej strategii powiązanej ze strategią rozwoju kraju. Bez nowoczesnej edukacji nie ma i nie będzie nauki odpowiadającej na współczesne wyzwania rozwojowe [15], nie będzie prawdziwej „gospodarki opartej na wiedzy” [2].
***
Jak wskazują wieloletnie już doświadczenia, nie ma możliwości by jakiekolwiek reformy pojedynczych resortów w systemie centralistycznym były inne niż pozorowane, bezskutecznie pochłaniające czas i energię [2].
Jedynym znanym dotąd pokojowym sposobem na polepszenie efektywności funkcjonowania państwa jest systematyczna przebudowa jego prawnego modelu organizacji na federalny, w którym szczupły ale sprawny rząd centralny i parlament zajmuje się tylko wybranymi prerogatywami ogólnokrajowymi, tylko tymi, które ten parlament jest w stanie przygotować sensownie i z wyprzedzeniem, a rząd jest w stanie wdrożyć sprawnie i terminowo, nie na przedwczoraj… Reszta zadań i odpowiedzialności musi być oddelegowana do samodzielnych regionów. Zatem tu wchodzi w grę istotna zmiana nie tylko w konstytucji ale i zmiana prawa administracyjnego.
Na dzisiejsze czasy i przy dynamice rozwoju AI absurdalnie niepotrzebna tu jest skala biurokracji, na czele z podwójną administracją kontrolną, podnoszącą koszty i wydłużającą procesy. Pełna autonomia regionów dotyczy własnych podatków i własnych budżetów, a wyszczuplone przez AI parlamenty, rządy i administracje regionalnie niezależnie zarządzają swoją edukacją i szkolnictwem wyższym, dostosowując je do potrzeb lokalnych rynków, których potrzeby znają najlepiej. Rozdział kompetencji sprzyja bardziej efektywnemu wykorzystaniu funduszy publicznych oraz inicjatywy obywateli. Większościowa ordynacja wyborcza zapewnia pozytywną selekcję na wszystkich szczeblach władz lokalnych i centralnych [2, 9-12].
***
Jest więc o czym dyskutować, i to bardzo konkretnie – o sprawnej gospodarce w sprawnym państwie, bo samym światopoglądem nie nakarmi się przyszłych pokoleń. By pozbyć się obciążeń historycznych rodem z „Magdalenki” i „Okrągłego Stołu” (czyli z PRL) i wreszcie zdążyć wejść do XXI wieku, kluby dyskusyjne Radykalnego Centrum muszą zatem przeistoczyć się szybko w silną i sprawna partię polityczną z nowoczesnym programem organizacyjno-gospodarczym na miarę XXI wieku. Do tego szybko nabyć i dobrze wyćwiczyć umiejętności przekonywania tak, by po dojściu do władzy (dzięki AI i mediom SPO) skutecznie przekonać inne ugrupowania polityczne do przeprowadzenia takich pilnych i głębokich zmian prawnych, niezbędnych dla sprawnego funkcjonowania współczesnego państwa.
Można mieć pewność, że dzisiejsza warstwa polityczna (nazwa celowa bo klasy mało) nie zrobi nic co wychodzi poza interes partyjny. Jest tak uwikłana we wzajemne zależności z zastałą hierarchią kościelną akademicką, że w obecnym stanie prawnym, oprócz barwnego nieraz gadulstwa z przechyłami na lewo czy prawo, nie zanosi się by była w stanie sama z siebie dokonać istotnych zmian prawnych. Tak jak w „Magdalence” ustalono ramy przedłużenia „centralizmu demokratycznego” z epoki PRL z uwzględnieniem wariantów wielopartyjnych („partiokracji”), tak po 1989. i 1997. roku to zostało utrwalone do dziś, z dodatkowo rozrośniętą, administracyjno-biurokratyczną machiną nakazowo-kontrolną.
Bezwład, który zjada sam siebie …
***
Ktoś kto zgodnie z powyżej wskazanymi zaleceniami profesora Stanisława Obirka [3, kom.#2] chciałby wytyczyć plan i program takich zmian godnych Radykalnego Centrum – choćby tylko w omawianych wyżej zasadniczych dziedzinach – na stosunkowo długi czas przed wyborami parlamentarnymi, mógłby zostać szybko zakrzyczany i wdeptany w ziemię przez konkurencję polityczną dysponującą ogromną machiną propagandową. Nawiasem mówiąc, machiną nonsensownie wspieraną przez podatników w postaci publicznych subwencji partyjnych. Może więc być całkowicie zrozumiale, że do czasu zebrania „masy krytycznej” organizator takiego nowego ruchu musi milczeć albo zwodzić i pokornie udawać Klaudiusza. Z takich względów ten scenariusz można nazwać makiawelicznym.
Harmonijnie przeprowadzenie tylko tych działań wskazanych powyżej, dotyczących prawa wyborczego, prawa administracyjnego i zmiany modelu państwa dla dobra demokracji parlamentarnej, rozwoju edukacji, nauki i gospodarki, może wyglądać na kolosalnie niemożliwe zadanie i może łatwo budzić skojarzenia z wysiłkami mitycznego Syzyfa. Żeby jednak taką pracę wykonać w pełni skutecznie i do końca, energia spożytkowana na to przedsięwzięcie musi być iście przeogromna. Dlatego taki scenariusz nazwano też gargantuicznym.
Bibliografia
- Krzysztof Bielejewski: Profesor Matczak odkrywa lemoniadę – Studio Opinii, 06.08.26
- Gospodarka nie-wiedzy Krzysztof Jan Konsztowicz. Ebook – Księgarnia ekonomiczna Onepress.pl, 2020
- Sławek: Kluby Radykalnego Centrum – Marcin Matczak proponuje Polsce rozmowę zamiast wojny plemiennej., 24.07.26
- Sławek: Między poglądem a pogardą – o ryzykach antagonizującej diagnozy i warunkach powodzenia Klubów Radykalnego Centrum, 05.08.26
- K.J. Konsztowicz, SCIENCE WATCH POLSKA – Wyszukiwarka parametryczna Publish or Perish, 22.01.2022
- K J. Konsztowicz Quo vadis nauko polska?… Część III. Liczby i fakty. (sciencewatch.pl), 20.12.25
- Krzysztof J. Konsztowicz: Zwarcie systemów – z konstytucją polską w tle… – Studio Opinii, 05.05.2023
- Krzysztof J. Konsztowicz: Polityka bananowa, gospodarka nie-wiedzy i militaria, okiem inżyniera – Studio Opinii, 31.05.2023
- Krzysztof J. Konsztowicz: Ordynacja Proporcjonalna = Paradoksalna – Studio Opinii, 25.04.2023
- Krzysztof J. Konsztowicz: Protest przeciwko … partiom opozycyjnym – Studio Opinii, 04.09.2023
- Krzysztof J. Konsztowicz: Żółta kartka dla ordynacji wyborczej – jeszcze raz… – Studio Opinii, 08.10.2023
- Krzysztof J. Konsztowicz: Gra w numerki – Studio Opinii, 10.04.2024
- Krzysztof J. Konsztowicz: Podpowiedź do pytania – „którędy do wyjścia”?… – Studio Opinii, 29.04.2020
- K J. Konsztowicz Quo vadis nauko polska? Część I. Pomieszanie pojęć… (sciencewatch.pl, 04.11.25)
- K J. Konsztowicz Quo vadis nauko polska? Część II. Jakie badania dla gospodarki? (sciencewatch.pl, 16.11.25
- K J. Konsztowicz, Jaka edukacja dla lepszej nauki i gospodarki. Część I – Spójność nauczania (sciencewatch.pl), 05.07.26
- K J. Konsztowicz, Jaka edukacja dla lepszej nauki i gospodarki. Część II – Kreatywność, (sciencewatch.pl), 23.07.26
- Krzysztof J. Konsztowicz: Tryptyk szkolny, część druga – szkoła bez zadań, ale z głową… – Studio Opinii, 11.05.2024
- K J. Konsztowicz Jaka edukacja dla lepszej nauki i gospodarki. Część III – Obszar nauczania STEM (sciencewatch.pl), 03.08.26
- K J. Konsztowicz Jaka edukacja dla lepszej nauki i gospodarki. Część IV – Słabości projektu „Profil Absolwenta” IBE, w edycji

Krzysztof Jan Konsztowicz
Dr. hab. inż.
Emerytowany profesor ATH w Bielsku-Białej.

Szanowny Panie Profesorze,
z prawdziwą przyjemnością odnalazłem w dzisiejszej edycji „Studio Opinii” Pański artykuł.
W morzu publicystyki produkowanej dziś seryjnie, często z pomocą AI, Pański tekst jest prawdziwą perełką. Przeczytałem go od razu. Teraz chcę przeanalizować go dokładnie, by odnieść się do niego merytorycznie.
Zanim to uczynię, pragnę serdecznie podziękować za intelektualną ucztę, którą Pan Profesor tym tekstem zafundował czytelnikom. Dawno nie było w „SO” tak poważnego, szerokiego i pobudzającego do dyskusji materiału o Polsce, jej ustroju, gospodarce, edukacji i przyszłości demokracji.
Słowa uznania pod moim adresem przyjmuję nie tylko jako wyróżnienie, lecz także jako zobowiązanie do większej niż dotąd powściągliwości, rzetelności i odpowiedzialności w publicznej rozmowie.
Serdecznie pozdrawiam
Sławek
Szanowny Panie Sławku,
Dziękuję za wpis i cieszę się, że Pana zainteresował ten tekst na tyle, że zechce Pan przeanalizować go ponownie. Mam nadzieję, że warto i wiem, że potrafi wnikać Pan w szczegóły. Jak Pan znajdzie punkty merytoryczne warte dyskusji, chętnie taką podejmę, jak to już nam się zdarzało w przeszłości. Pozdrawiam. KJK.
Szanowny Panie Profesorze – dziękuję. Szerszy wpis z uwagami merytorycznymi czeka na moderatora.. Pozdrawiam – Sławek
Mam wrażenie, że to tekst dość kuriozalny — przede wszystkim dlatego, że udaje analizę, a w istocie jest rozbudowanym potwierdzeniem tez, z którymi autor przyszedł już na początku.
Najbardziej uderza mnie konstrukcja rozumowania. Z Radykalnego Centrum i Matczaka autor w kilka akapitów przechodzi do Hirscha, Web of Science, Locke’a, Rousseau, Marksa, Magdalenki, JOW-ów, federalizacji państwa, STEM, Korei Południowej, AI i reformy szkolnictwa. Wszystko ma dowodzić jednej rzeczy: że lekarstwem na niemal wszystkie polskie dolegliwości jest zestaw rozwiązań od dawna propagowanych przez… autora. Bibliografia dodatkowo wzmacnia to wrażenie, bo istotna jej część prowadzi do jego własnych wcześniejszych tekstów i książki. To trochę tak, jakby napisać rozprawę o wyższości własnej kuchni, a w bibliografii podać głównie własną książkę kucharską.
Szczególnie zabawny jest fragment o Matczaku: ponieważ ma przyzwoity H-index i publikuje w dobrych czasopismach, to zapewne „dużo czyta”, więc „dużo wie”, a skoro dużo wie, to powinien dojść mniej więcej do tych samych poglądów ustrojowych co Konsztowicz. To nie jest argument, tylko intelektualny teleport. Wskaźniki bibliometryczne mówią coś o dorobku naukowym, ale nie stanowią certyfikatu słuszności poglądów na ordynację wyborczą, federalizm czy politykę gospodarczą.
Największą słabością tekstu jest jednak jego monocausalność: centralizm ma tu odpowiadać niemal za wszystko — słabą innowacyjność, edukację, naukę, biurokrację, selekcję elit, gospodarkę i zapewne jeszcze pogodę w sierpniu. A JOW-y i federalizacja pojawiają się właściwie jako ustrojowy WD-40: psiknąć i państwo zacznie chodzić.
Są tam rzeczy warte dyskusji — nadmierna centralizacja, jakość administracji, kondycja nauki, autonomia regionów czy reforma edukacji. Tyle że autor nie tyle je analizuje, ile układa z nich procesję prowadzącą do wcześniej przygotowanego ołtarza.
Najkrócej powiedziałbym więc tak: to nie jest tekst o Radykalnym Centrum. Radykalne Centrum jest tylko pretekstem, żeby autor po raz kolejny opowiedział swoją wielką teorię wszystkiego — z sobą samym w bibliografii. I chyba właśnie dlatego 19 minut czytania sprawia wrażenie znacznie dłuższych.
Ależ… przecież nie musi się Pan męczyć z czytaniem wszystkiego. Jest kilka obrazków, które mogą wystarczyć….
Dyskusja z Panem, jest bezcelowa, albowiem Pan nawet nie próbuje odnieść się merytorycznie.
Proszę dalej tkwić w swojej nieomylności
Artykuł prof. Krzysztofa J. Konsztowicza jest ważnym głosem w debacie o Polsce. Wykracza poza bieżącą wojnę partyjną i stawia pytania o sprawność państwa, edukację, naukę, innowacyjność, administrację oraz podmiotowość obywateli.
Profesorowi należą się podziękowania za rozmach, konsekwencję i troskę o sprawy publiczne. Nie podzielam do końca wszystkich Jego diagnoz i recept, ale spór powinien dotyczyć dróg naprawy, nie intencji autora.
Zgadzam się, że zmiana ekipy rządzącej nie wystarczy. Polska potrzebuje reform instytucjonalnych, długiego horyzontu działania oraz programu wykraczającego poza jedną kadencję. Trafne są też uwagi o słabej innowacyjności, rozdziale między edukacją, nauką i gospodarką oraz nadmiarze centralnego sterowania.
Bliższa jest mi konsekwentna decentralizacja niż od razu federalizacja. Ta druga wymagałaby pełnego projektu ustrojowego, finansowego i kompetencyjnego.
Mam też wątpliwości wobec JOW. Cel — silniejsza kontrola wyborców nad posłami i partiami — jest słuszny. Nie jest jednak pewne, czy system FPTP sam go zapewni. Konieczna byłaby zarazem głęboka demokratyzacja partii, prawybory, jawność finansów i przejrzyste procedury wewnętrzne.
Ostrożniej niż Profesor oceniam też rolę rozmów w Magdalence. Umożliwiły pokojową zmianę ustroju, lecz nie przesądziły o wszystkich późniejszych słabościach państwa. Większa odpowiedzialność spada na kolejne rządy i parlamenty, które reform zaniechały albo podporządkowały je interesowi kadencji.
Dziś ograniczam się do tych uwag. Szerzej omówię różne aspekty systemu oraz spróbuję odnieść się do innych ważnych bloków zagadnień, których Autor nie poruszył. Przedstawię je w odrębnym materiale, wykraczającym poza ramy komentarza pod tym opracowaniem. Chciałbym, aby stanowił rzeczowe dopełnienie artykułu Profesora i kontynuował spokojną debatę o naprawie Polski.
Szanowny Panie Sławku,
dziękuję za wpis i rozwinięcie dyskusji. Może Pan zauważyć, że bibliografia wprowadzona tu została celowo, bo praktycznie każda myśl czy każdy akapit ma odniesienie do któregoś z wcześniejszych artykułów, albo w SO albo na stronie FSWP. W większości wypadków dyskusje pod każdym wymienionym tekstem poszerzają czy nawet wyczerpują temat. Każdy z cytowanych artykułów był przedmiotem dokładnych studiów i przygotowań. Przypomnę choćby poz. {9], będącą (za pozwoleniem autora) streszczeniem obszerniejszego i dużo wcześniejszego tekstu prof. K. Ciesielskiego, matematyka z UJ zajmującego się modelowaniem procesów wyborczych.. Dyskusja pod artykułem w poz. [10] wskazuje na bardzo powszechne w Polsce, i to od lat, mylenie nazwy okręgów wyborczych z samą ordynacją. A to za sprawą niedouczonych polityków (jak spanikowany w swoim czasie B. Komorowski) czy niektórych klaunów historii (jak P. Kukiz), co zostało utrwalone i spotęgowane bezmyślnym powtarzaniem przez równie niedouczonych i narwanych dziennikarzy piszących na wyścigi, byle szybciej., byle jak….
Jednomandatowe okręgi wyborcze (w skrócie JOW) to W ZADNYM WYPADKU NIE sama ORDYNACJA wyborcza ale jej element. Natomiast w jednomandatowych okręgach wyborczych można stosować wiele (kilkadziesiąt…) METOD GŁOSOWANIA. Świetnie opisuje wszystkie szczegóły cytowany w tamtej dyskusji artykuł w polskim czasopiśmie prof. Marka Kamińskiego (University of California, Irvine, WoS H=6):
Kaminski, Marek. „Metody Głosowania W Okręgach Jednomandatowych I Ich Własności”, Decyzje, nr 23, 2015, ss. 111-122.
Bardzo cenna jest pańska uwaga o odpowiedzialności rządów i parlamentów podporządkowujących niezbędne długofalowe reformy kadencyjnym interesom partyjnym. Ciekawe, jakie Pan wskaże rozwiązanie formalne….
Pozdrawiam.
Szanowny Panie Profesorze,
dziękuję za życzliwą odpowiedź i gotowość do rozmowy. Przed chwilą umieściłem obszerniejszy komentarz do Pańskiego artykułu; czeka on obecnie na akceptację moderatora.
Starałem się wskazać zarówno sprawy, w których w pełni się zgadzamy, jak i te wymagające dalszego doprecyzowania lub spokojnej dyskusji. Mam nadzieję, że będzie to przyczynek do dalszej, rzeczowej wymiany.
Przy najbliższej okazji naprawię też zaniedbanie bezpośredniego kontaktu. Gdy otrzymałem do Pana adres e-mail, leżałem akurat w szpitalu. Po wyjściu i rehabilitacji błąd w moim systemie pocztowym uniemożliwił mi skorzystanie z tej możliwości. Poproszę redakcję o ponowne przekazanie tej informacji.
Serdecznie pozdrawiam
Marginalizacja nauki to specjalność polskiej polityki po 1989 roku czego doświadczam niejako na własnym ciele ucząc na różnych uczelniach w tym czasie (kościelne, prywatne i państwowe). Kolejne reformy, złośliwie określane jako deformacje, doprowadziły do zapaści, z której będzie trudno wydostać.
Szanowny Panie Profesorze,
słusznie Pan zauważa, że to kolejne reformy NiSW doprowadziły do stanu obecnej głębokiej zapaści. Może to również wynikać z faktu (jak wskazuje także Pan Sławek), że były podporządkowane bardziej interesom partyjnym, niż nadrzędnym interesom kraju.
Skoro jako humanista odczuwa pan marginalizację nauki po 1989 r., to proszę sobie wyobrazić głębię perspektywy nauk potencjalnie związanych z gospodarką w kraju, w którym zarówno polityka jak i zarządzanie edukacją i nauką są „przehumanizowane” na tyle, że nie rozróżnia się pojęć, by dodatkowo nie wspomnieć roli szczególnych grup interesów. Stąd ten koń przed wozem na obrazku… Przejrzystość praw na ogół bywa wystarczającym lekarstwem na takie bóle, ale także pod warunkiem, że prawnicy – twórcy legislacji sami przestrzegają reguł „konfliktu interesu”, a nie rozmazują je dla swoich celów.
Nie chciałem ale muszę…
Do Pana Krzysztofa Bielejewskiego – może już dosyć tego.
To co pisze pan o tekście też Krzysztofa ale Konsztowicza jest klasycznym przykładem, w którym spór dotyczy formy nie treści, tak nie wolno, ważne są treści a te w tym artykule są ważne. Ja nie do końca podzielam tezy autora o tych latach przełomu, o tych Okrągłych Stołach i spotkaniach w Magdalence – ważne że udało się nam zmienić system bez rozlewu krwi.
Od tamtych lat minęło ponad trzydzieści lat, w socjologii to jedno pokolenie, i mało i dużo. To co pisze Krzysztof Konsztowicz o naszym systemie kształcenia, o miejscu jakie zajmuje Polska w rankingach innowacyjności, o fatalnym systemie oświaty to smutna prawda. Bez zmian, głębokich zmian nic się nie zmieni.
Rolą tekstów w SO jest pobudzanie do myślenia i tekst Konsztowicza to spełnia a krytyka formy to droga do swarów i kłótni, które nic nie wniosą…
A co do mniemania o własnej nieomylności to proszę spojrzeć w lustro – zobaczy pan siebie panie Krzysztofie
Panie Zbigniewie,
zacznę od rzeczy najważniejszej: w kilku punktach się z Panem zgadzam.
Tak, pokojowa zmiana ustroju była ogromnym osiągnięciem Okrągłego Stołu i Magdalenki. Mam spory dystans do późniejszego obciążania tych wydarzeń odpowiedzialnością za niemal wszystkie grzechy III RP. Po trzydziestu kilku latach trudno wciąż tłumaczyć każdą dziurę w dachu tym, że fundament wylano w 1989 roku.
Zgadzam się także, że polska nauka, edukacja, administracja i innowacyjność wymagają poważnej rozmowy. Najnowszy European Innovation Scoreboard lokuje Polskę dopiero na 23. miejscu w Unii, więc powodów do samozadowolenia nie ma. Ale właśnie dlatego warto być precyzyjnym: 23. miejsce to nie „przedostatnie miejsce w UE”, jak pisze prof. Konsztowicz. Dane są wystarczająco niedobre, nie trzeba im pomagać.
Nie zgadzam się natomiast z Pańskim twierdzeniem, że mój spór z tekstem profesora dotyczy wyłącznie formy. Przeciwnie. Dotyczy przede wszystkim sposobu dowodzenia.
Prof. Konsztowicz pisze na przykład, że sama zmiana ordynacji na większościową ma spowodować przejście od kontroli wyborców przez partie do kontroli partii przez wyborców oraz zapewnić pozytywną selekcję polityczną. Dalej stwierdza, że „jedynym znanym dotąd pokojowym sposobem” poprawy funkcjonowania państwa jest przebudowa jego modelu na federalny.
To są bardzo mocne tezy. Nie stylistyka. Treść. I właśnie z nimi się spieram, bo z faktu, że polskie państwo jest zbyt scentralizowane, nie wynika jeszcze, że federalizacja jest jedynym lekarstwem. Z faktu, że partie mają nadmierną władzę nad listami wyborczymi, nie wynika, że FPTP automatycznie stworzy lepszą klasę polityczną. Wielka Brytania ma JOW-y od dawna, a jednak Westminster nie został z tego powodu oddziałem Towarzystwa Filozoficznego.
Podobnie z edukacją. Wyniki PIAAC są rzeczywiście dla Polski bardzo złe: umiejętności dorosłych w czytaniu, matematyce i rozwiązywaniu problemów są poniżej średniej OECD. To jest poważny alarm. Ale równocześnie w zestawieniu WIPO wyniki polskich uczniów w PISA należą do względnych mocnych stron naszego kraju. Rzeczywistość jest więc mniej elegancka niż jedna wielka diagnoza pod tytułem „fatalny system oświaty”.
I o to właśnie mi chodziło.
Nie twierdzę, że profesor stawia nieważne pytania. Twierdzę, że zbyt łatwo przechodzi od trafnej diagnozy części problemów do pewności co do ich wspólnej przyczyny i własnej recepty. To trochę jak różnica między lekarzem mówiącym: „pacjent ma gorączkę, kaszel i wysokie ciśnienie” a lekarzem dodającym po chwili: „a zatem potrzebuje federalizacji”.
Wtedy wolno zapytać o badania dodatkowe.
Pisze Pan również, że „tak nie wolno”, bo krytyka formy prowadzi do swarów.
Tu się różnimy zasadniczo. W publicystyce forma rozumowania jest częścią treści. Jeżeli autor łączy Hirscha, Locke’a, Magdalenkę, JOW-y, Koreę Południową, STEM, AI i federalizm jednym łańcuchem przyczynowym, to pytanie, czy ogniwa tego łańcucha rzeczywiście się trzymają, nie jest krytyką przecinków.
To jest właśnie polemika merytoryczna. Owszem, podana z ironią. Jestem felietonistą, nie notariuszem. Jeśli mam napisać „ustrojowy WD-40” zamiast „nadmiernie uniwersalizowana recepta instytucjonalna”, wybieram WD-40. Czytelnik szybciej wie, o co chodzi, a mnie zostaje jeszcze kawa.
I jeszcze drobiazg na zakończenie. Pisze Pan, żebym spojrzał w lustro i zobaczył własną nieomylność. Spojrzałem. Zobaczyłem głównie, że powinienem się ogolić.
Lustro jest świetnym narzędziem do kontroli zarostu, ale do rozstrzygania sporów o federalizm i ordynację wyborczą ma ograniczoną metodologię.
Chętnie więc dyskutuję o swoich błędach, tezach, argumentach i przesadach. Natomiast zostańmy przy nich, zamiast przechodzić do diagnozowania charakteru rozmówcy, bo tu akurat całkowicie zgadzam się z Panem, że rolą Studia Opinii powinno być pobudzanie do myślenia. Myślenia — nie oglądania się wzajemnie w lustrach.
Pozdrawiam serdecznie.
Panie Krzysztofie.
A to fajnie, ze czasem nadajemy na tej samej fali i niech tak zostanie. Po lekturze tego obszernego wpisu mam tylko jedną myśl – dalsza z panem dyskusja jest możliwa tylko w kontakcie face to face z butelką dobrego wina. Takie butelki mam do dyspozycji u siebie w domu na Schuberta w Gdańsku.
Gdyby los rzucił pana w te rejony to zapraszam…..
Ja na to jak Zagłoba 🙂
Na mojej stronie: http://www.bielejewski.waw.pl jest kontakt do mnie, telefon też
Wczoraj, po wichurach i burzach, internet działał u mnie wyjątkowo wolno. Próbowałem wkleić ten komentarz pod artykułem prof. Konsztowicza, lecz system nie był w stanie go przyjąć. Zamieściłem więc skrót, który nadmiernie uprościł, a być może częściowo zniekształcił moje stanowisko. Mam nadzieję, że ten komentarz je doprecyzuje.
Artykuł prof. Krzysztofa J. Konsztowicza stanowi znakomity punkt wyjścia do poważnej debaty. Jest rzadkim dziś głosem, który nie zatrzymuje się na bieżącej wojnie partyjnej, lecz pyta o mechanizmy blokujące rozwój Polski: jakość instytucji, edukację, naukę, innowacyjność, model administracji i realną sprawczość obywateli.
Za podjęcie tego tematu i sposób jego przedstawienia należą się Profesorowi podziękowania i uznanie. Nie podzielam wszystkich diagnoz ani recept. Dyskusja z tym tekstem powinna jednak dotyczyć dróg naprawy, nie intencji autora. Intencja jest jasna: skierować debatę publiczną z jałowego rytuału wzajemnych oskarżeń ku sprawom państwa.
Co bezdyskusyjne
Najważniejsza teza Profesora brzmi: Polska nie rozwiąże swoich problemów samą zmianą rządzących ekip. Potrzebuje reform instytucjonalnych, długiego horyzontu działania i programu wykraczającego poza kadencję parlamentu. Tę diagnozę podzielam w całości.
Trafnie wskazano trzy obszary zaniedbań:
• słabą zdolność państwa do tworzenia warunków dla własnej innowacyjności;
• rozdział między edukacją, nauką, gospodarką i polityką rozwojową;
• nadmiar centralnego sterowania, procedur, kontroli oraz pozorowanej sprawozdawczości.
Polska korzysta z efektów modernizacji, integracji europejskiej, przedsiębiorczości obywateli i pracy ludzi. Nie wytworzyła jednak dostatecznie silnego systemu tworzenia, wdrażania i skalowania własnych technologii. W European Innovation Scoreboard 2025 zajęła 23. miejsce w UE, osiągając 65,9% średniej unijnej. To wynik słaby, choć od 2018 r. nastąpiła poprawa.
Słuszny jest także nacisk na kompetencje dorosłych. PIAAC bada rozumienie tekstu, kompetencje matematyczne i adaptacyjne rozwiązywanie problemów. Polska uzyskała wyniki poniżej średniej OECD we wszystkich tych dziedzinach; 39% badanych osiągnęło niski poziom rozumienia tekstu, a 48% — niski poziom rozwiązywania problemów. Dane te wymagają ostrożnej interpretacji z uwagi na zastrzeżenia OECD dotyczące jakości części polskich odpowiedzi, lecz nie zmieniają skali problemu.
Profesor ma rację, że reforma nauki bez reformy wcześniejszej edukacji będzie fragmentaryczna. Jakość przedszkola, szkoły podstawowej, kształcenia nauczycieli i programów nauczania przesądza o późniejszej zdolności do samodzielnego myślenia. Spójna strategia edukacyjna, związana ze strategią rozwoju kraju, jest konieczna.
Centralizm
Krytyka centralizmu jest zasadna. Państwo, które szczegółowo reguluje i kontroluje z Warszawy szkoły, uczelnie, urzędy i samorządy, łatwo produkuje formalizm. Instytucje skupiają się wtedy na spełnieniu wymogów centrum, nie na rozwiązywaniu realnych problemów obywateli.
Trzeba jednak uściślić skalę zjawiska. Polska nie jest państwem całkowicie scentralizowanym. Samorząd terytorialny ma wybieralne władze, realne kompetencje i istotne zadania. Problemem jest raczej niespójny podział odpowiedzialności: centrum ustanawia reguły i standardy, samorząd ponosi znaczną część kosztów oraz konsekwencji, a obie strony przerzucają na siebie odpowiedzialność.
Dlatego bliższa jest mi konsekwentna decentralizacja niż natychmiastowa federalizacja. Powinna obejmować:
• stabilniejsze i większe dochody własne samorządów;
• jasny podział zadań państwa, regionów i gmin;
• większą autonomię programową szkół i uczelni;
• ograniczenie centralnej sprawozdawczości oraz kontroli, gdy nie chroni ona interesu publicznego;
• jednolite standardy praw obywatelskich, bezpieczeństwa, usług publicznych i finansów państwa.
Federalizacja jest tematem wartym rozważenia, ale wymaga pełnego projektu: podziału kompetencji, systemu podatkowego, mechanizmów wyrównywania dochodów między regionami, nadzoru konstytucyjnego oraz odpowiedzialności za bezpieczeństwo, energetykę, zdrowie i infrastrukturę. Bez tego pozostaje kierunkowskazem, nie programem.
Ordynacja i reprezentacja
Warto dyskutować tezę, że JOW są koniecznym warunkiem odzyskania kontroli obywateli nad partiami. Cel jest zrozumiały: wyborca powinien znać reprezentanta, oceniać go i rozliczać.
Sama zmiana systemu nie gwarantuje jednak tego skutku. System FPTP często wzmacnia dwie największe partie, marginalizuje mniejsze środowiska i sprawia, że część głosów nie przekłada się na mandaty. Może także tworzyć bezpieczne okręgi, w których kluczowa rywalizacja kończy się już na etapie partyjnych nominacji.
Nie należy zarazem lekceważyć wad obecnej ordynacji proporcjonalnej: zamkniętych list, zależności kandydatów od władz partyjnych, silnej pozycji liderów oraz słabej przejrzystości finansowania partii.
Warto rozważyć:
• bardziej otwarte listy i realną wagę głosu preferencyjnego;
• ordynację mieszaną, łączącą mandaty okręgowe z proporcjonalnością wyniku;
• demokratyczne i przejrzyste prawybory;
• jawność finansowania kampanii oraz wewnętrznych decyzji partii;
• ograniczenie swobody kierownictw w ustalaniu pozycji kandydatów;
• lepsze narzędzia kontroli pracy posłów przez obywateli.
Nie jestem pewien, czy reformy ordynacji dadzą istotny efekt bez głębokiej reformy samych partii. Prawo powinno wymagać od nich rzeczywistych wyborów wewnętrznych, przejrzystych procedur i jawności finansowej. Zamiast automatycznej groźby delegalizacji — która byłaby środkiem skrajnym i łatwym do politycznego nadużycia — potrzebne byłyby stopniowane sankcje: utrata części subwencji, odmowa rejestracji list lub kontrola sądowa. Dopiero rażące i uporczywe naruszenia prawa mogłyby uzasadniać dalej idące konsekwencje.
Cel wskazany przez Profesora — odzyskanie podmiotowości wyborcy — zasługuje na pełną aprobatę. Dyskusji wymaga technika jego osiągnięcia.
Rozmowy w Magdalence
Autor słusznie przypomina, że transformacja ustrojowa nie stworzyła państwa idealnego. Wiele rozwiązań prawnych i administracyjnych odziedziczono po PRL albo budowano w pośpiechu, pod presją stabilizacji oraz konieczności zachowania ciągłości państwa.
Nie przypisywałbym jednak ustaleniom wypracowanym podczas poufnych rozmów w Magdalence odpowiedzialności za wszystkie późniejsze słabości ustroju. Rozmowy te otworzyły drogę do pokojowej zmiany w warunkach niepewności, kryzysu gospodarczego i obecności wojsk radzieckich. Były kompromisem, nie projektem państwa na kolejne dziesięciolecia.
Źródeł obecnych słabości należy szukać przede wszystkim w późniejszych zaniechaniach. Po reformach lat dziewięćdziesiątych i rządów AWS skala reform instytucjonalnych wyraźnie osłabła. Kolejne rządy i parlamenty zbyt często wybierały rozwiązania doraźne, podporządkowane interesowi kadencji, albo nie podejmowały decyzji.
W latach 2015–2023 rządy Zjednoczonej Prawicy, przy współudziale prezydenta Andrzeja Dudy, doprowadziły do poważnej deformacji części instytucji publicznych, zwłaszcza wymiaru sprawiedliwości. Negatywne skutki dotknęły także system edukacji i dział szkolnictwa wyższego.
W tym punkcie zgoda z Profesorem jest zasadnicza: Polska potrzebuje odwagi reform. Różnica dotyczy rozłożenia odpowiedzialności historycznej.
Program zamiast plemienności
Najcenniejsze w artykule jest wezwanie, aby Radykalne Centrum nie ograniczało się do tonu umiarkowania i sprzeciwu wobec polaryzacji. Musi przedstawić program państwowy: konkretny, policzalny, etapowy i możliwy do publicznej kontroli.
Taki program powinien odpowiedzieć co najmniej na pytania:
• Jak podnieść inwestycje prywatne i publiczne w badania oraz rozwój?
• Jak połączyć szkołę, szkolnictwo zawodowe, uczelnie i przedsiębiorstwa?
• Jak uprościć prawo bez osłabienia ochrony obywatela?
• Jak dać samorządom więcej odpowiedzialności i dochodów?
• Jak ograniczyć partyjne zawłaszczanie instytucji?
• Jak zapewnić ciągłość strategicznych polityk państwa po zmianie rządu?
Dyskusja o tych pytaniach byłaby dla Polski pożyteczniejsza niż kolejna walka o moralną wyższość w sporze partyjnym.
Profesor Konsztowicz wykonał znakomitą pracę: postawił pytania o architekturę państwa, nie tylko o obsadę stanowisk. Zaproponował też istotne kierunki zmian. Za konsekwencję, kompetencję i publiczny wysiłek wkładany w poszukiwanie dróg naprawy Polski należy mu się wielki szacunek.
Dyskusja o JOW, federalizacji i źródłach obecnego ustroju tej zasługi nie osłabia. Dowodzi, że tekst otwiera debatę, którą trzeba prowadzić rzeczowo, bez plemiennej zaciekłości.
Kierunek, w którym zmierza polskie państwo co najmniej od 2015 r. — a zdaniem części obserwatorów już od 2005 r. — budzi poważny niepokój. W odrębnym materiale, wykraczającym poza ramy komentarza, szerzej omówię różne aspekty systemu oraz inne ważne zagadnienia, których artykuł Profesora nie porusza.
I to jest to o co chodzi, moim zdaniem, w dyskusji toczonej na SO. Pełna zgoda Panie Sławku !
„Cel […] — odzyskanie podmiotowości wyborcy — […] Dyskusji wymaga technika jego osiągnięcia.”
O tak, może tu jakiś plan minimum dałby większe szanse na zmianę narastającego przekonania o politycznej deprywacji wzmożonej po zlekceważeniu przez państwowe instytucje hasła „każdy głos się liczy” w zeszłorocznych „wyborach”. Szkody wydają się tu wielkie, a każda medialnie nadmuchiwana afera je wzmaga.
Jakie są na to możliwe sposoby, aby unikając spodziewanego weta, odwieść wyborców strony demokratycznej od absencji przy urnach? Warunkiem koniecznym jest jednak mocne zaistnienie tematu w głównych mediach – tylko taka konsekwentna presja może wpłynąć na polityków. Premier Tusk zdawał się kiedyś jej ulegać, a to on rozdaje teraz karty, choć słabo z tego korzysta. A czy moża liczyć na publicystów, oto jest pytanie.
Kodeks Wyborczy daje każdej pozycji na liście wyborczej jednakową siłę głosu. To daje spore możliwości w kształtowaniu naszej reprezentacji. Tylko bezwładność zachowań i medialne podkreślanie znaczenia „miejsc biorących” daje preferencje partyjnym nominatom, a może na dalszych miejscach mamy lepszych? Wola wyborców ma znaczenie i tylko oni w nią nie wierzą (nie wiedzą?), Może byłby to jeden ze sposobów na zainteresowanie wyborami.
A gdyby lista byla alfabetyczna lub stochastyczna?
Małymi kroczkami do modernizacji państwa i któregoś dnia może zapytamy, czy poseł może być ministrem?
@Jureg (26.08.26)
Szanowny Panie Jureg,
Dziękuję za zainteresowanie tematem i oryginalny wpis. Minimum, czy maksimum – oto jest pytanie.
Ale… Małymi kroczkami – to już dawno zostaliśmy z tyłu…
Dziękuję Autorowi za uwagę poświęconą mojej propozycji. Chcę obracać się w zakresie dostępnych w obecnym stanie prawnym (?) możliwości. Tego oczekuję od inteligentnych przywódców. Realne efekty będą szybsze. Trzeba korzystać z tego co możliwe, a potem konsekwentnie przebudowywać kraj. Jeno mężów stanu nam wciąż brak.
@Sławek (23.08.2026)
Szanowny Panie Sławku,
proszę się nie martwić o burze czy powolności internetu przy doprecyzowaniu i tak klarownego komentarza. Nie ma obowiązku pośpiechu skoro temat trwa, jak sam Pan zauważa, od 20 lat z okładem. Po chybionej dyskusji konstytucyjnej w 1997 r. warto przypomnieć zaniechanie przez Platformę Obywatelską w 2007 r. prawie skończonych działań na rzecz ordynacji większościowej, z przerzuceniem odium winy na koalicjanta (PSL), co w niczym obywatelom nie pomogło i nie zmieniło sytuacji, która przez te lata powoli acz systematycznie się pogarsza. Czy teraz można się spodziewać czegoś lepszego?…
Jako doświadczony ekonomista doskonale Pan wie, że nie da się w jednym (i tak przydługim) eseju postawić pełnych diagnoz w kilku obszarach zaniedbań, nie mówiąc o szczegółach rozwiązań. Mam świadomość, podobnie jak Pan, że każdy z poruszanych tematów wymaga kompletnego projektu, najlepiej w postaci przejrzystego biznesplanu z jasnym określeniem celu, strategii a przede wszystkim MAPY DROGOWEJ – co, do kiedy i za ile – z pełnym rachunkiem kosztów i zysków. Kto nie widział Ustawy Wilczka może się spodziewać grubych tomów, ale w tym stuleciu są gotowe chudsze modele, np. „Five Page Business Plan” (Al Coke, 2001). I tak trzeba ich kilka…
W każdym przypadku jakichkolwiek zmian prawnych, należy na wstępie domagać się od legislatorów – twórców praw, bardzo jasnego zdefiniowania pojęcia „KONFLIKT INTERESU”. Wiele tutejszych praw jest niejasnych, by nie powiedzieć zmąconych, z czego głównie korzystają sami prawnicy, chętnie udzielając kosztownych konsultacji obydwu stronom każdego sporu. Spośród siedmiu autorów założeń do wyśmianej w artykule powyżej ustawy 2.0 o NiSW z 2018 r. (więcej szczeg. w poz. biblio 14, 15), poza jednym przypadkiem, dwóch w WooS ma H=1, reszta – H=0… Ale za to dwóch z nich wydało drukiem ogromną księgę (~650 str.) będącą komentarzem do zagmatwanej ustawy. To dopiero jest sztuka… Nieprzypadkowo (także i na tym forum) już dawno temu pojawiały się głosy, że to nie jest państwo prawa tylko państwo prawników i ten temat powraca (Prof. G. Krawiec, „https://sciencewatch.pl/507-lakomstwo-na-stolki-w-akademii-dlaczego-naukowcy-gonia-za-funkcjami-zamiast-za-wiedza?, sciencewatch.pl, 30.12.2025).
Mówiąc nieco więcej o warunkach wstępnych i ograniczeniach, od razu warto w nowym prawie wyborczym PRZENIEŚĆ TERMIN WYBORÓW wszystkich szczebli z niedzieli NA SOBOTĘ. Niedziela już dawno nie jest jedynym dniem wolnym od pracy, by nie wchodzić głębiej…
Podobne zastrzeżenie w kolejnym temacie zasadniczym – budżetowe subwencje partyjne powinny być raz na zawsze zlikwidowane, bo czy w rządzie, czy w opozycji, żyją wygodnie przez 5 kadencji z ręką w Pana, mojej i P.T. Czytelników kieszeni.
A jak o wyborach, tu ponowna PROŚBA DO AUTORÓW – także do pozostałych komentatorów i CZYTELNIKÓW – by przyjęli i przekazywali dalej tę PODSTAWOWĄ PRAWDĘ, że skrót JOW to NIE JEST żadna ORDYNACJA wyborcza. To jest nazwa rodzaju OKRĘGÓW wyborczych, czyli tylko ELEMENT ORDYNACJI. W jednomandatowych okręgach wyborczych można stosować KILKADZIESIĄT METOD głosowania a tu potrzebna ta jedna. W ordynacji WIĘKSZOŚCIOWEJ w JOW (o którą tu właśnie chodzi) najtańsza, najprostsza do kontroli (na poziomie każdej komisji) i niepodatna na korupcję cyfrową w epoce hakerskiej i AI – jest odmiana FPTP. Dla przykładu i porównania może Pan przywołać w Perplexity wygląd kanadyjskiej karty, czy raczej karteczki wyborczej, na przykład w prowincji Nova Scotia – trudno o błąd…
Teraz podam Panu najlepszy smaczek:
pamięta Pan ile tekstów Pan napisał niedawno i ile żółci wylał na temat liczenia głosów w wyborach?
Jasności do dzisiaj nie ma…
No to może Perplexity pokaże Panu (PKW i innym zainteresowanym) odwrotną stronę takiej kanadyjskiej karty wyborczej, która ma tam z tylu wydrukowany NUMER. Taki sam numer jest wydrukowany na bloczku z perforacją, od którego komisjant odrywa tę i tylko tę kartę dla pojedynczego wyborcy. Co Pan na to?… Ostrożni podatnicy mogą dodać, że tu może nie wystarczyć. Bo tu przed liczeniem głosów jeszcze trzeba sprawdzać palce komisjantów, czy nie mają na tych palcach odbitych pieczątek z krzyżykiem – do unieważniania wybranych głosów…
Trzeba mieć świadomość że czas rozważań nad ordynacją wyborczą już dawno minął, ze 30 lat temu albo więcej. Czy zaczniemy teraz spóźnione medytacje jak zmieszać tę ordynację? Czy w systemie kompensacyjnym czy może nie kompensacyjnym?… Żadna partia i tak na nic się nie zgodzi, dopóki nie będzie pod presją (czytaj – pod ścianą…). Ile następnych lat to zajmie? Może jeszcze kolejne ćwierć wieku, kiedy od dawna już wszystko wiadomo i są gotowe wzorce?…
W samym Web of Science po wpisaniu hasła „electoral law” ukazuje się 3519 ARTYKUŁÓW INDEKSOWANYCH!. Jak Pan zechce znaleźć tylko prace porównawcze i wpisze „comparative study of electroral systems” to pojawia się 571 artykułów indeksowanych. Starczy?… Spyta Pan o nasz wkład w naukę światową w tej dziedzinie, czyli o autorów z Polski, no to pojawia się 10 publikacji, a wszystkie w czasopiśmie lokalnym „Przegląd Sejmowy”, który ma Impact Factor zaledwie 0,03… Czyli kumulacyjny wskaźnik dla tych wszystkich 10 prac to IF=0,3… To duży wkład w światową wiedzę?…
W wyborach w Korei Poludniowej 15% miejsc w parlamencie przypada na listy partyjne. To wystarczy dla najważniejszych liderów-ideologów, a nie trzeba więcej miejsc na hałastrę i korupcję, od spółek skarbu państwa po wodociągi powiatowe i zarządy cmentarzy komunalnych.
Znane są w świecie przykłady udanych reform systemowych, które występują pod ogólnym hasłem „100 dni a potem ucieczka do przodu”. Wiadomo, że po szybkim wprowadzeniu zasadniczych zmian legislacyjnych na początku kadencji, trzeba jeszcze porządkować dużo innych praw powiązanych i to też musi trwać, nawet kiedy się dobrze uwija. Jak się sprawnie wszystko uda przed końcem kadencji, to pojawiają się korzyści dla obywateli – coś to dało – i ta formacja może uzyskać drugą kadencję. Trzeba mieć dobry plan i dobrze się starać. Pisałem o tym przed wyborami w 2023 r., żeby w 2027r. było już lepiej [poz.10 pow.], i co? I nic, albo gorzej… Pisałem w SO także w 2020 r. [poz.13], wcześniej jeszcze w 2011 r., a nawet w 2009 r. (te ostatnie wypadły z Webnode). Ile można?…
W tym czasie PKB Korei Południowej ZDUBLOWAŁ nasz polski PKB (szczegóły w .poz. 6 pow.).
Przy dalszym rozcieńczaniu i rozmazywaniu legislacji to się jeszcze podwoi, a my dalej będziemy „silni, zwarci, gotowi” i dalej – na przemian – będziemy się dziwić albo obrażać na świat, że nie poczekał….
Pozostaję w ukłonach. K.
@ KRZYSZTOF KONSZTOWICZ (30.08.2026)
Szanowny Panie Profesorze.
Dziękuję za obszerną, życzliwą i bardzo interesującą odpowiedź. Wszystkie podniesione przez Pana kwestie — mapa drogowa reform, definicja konfliktu interesów, konstrukcja ordynacji wyborczej, zabezpieczenia procesu głosowania, finansowanie partii oraz tempo zmian — wymagają dalszego namysłu. Nie wykluczam, że ma Pan rację także tam, gdzie nasze obecne stanowiska się różnią.
Obecny stan mojej wiedzy nie pozwala mi jednak w pełni przyjąć Pańskich propozycji. Nie mam zwyczaju ani udawać specjalisty, ani formułować kategorycznych sądów bez dostatecznego zrozumienia argumentacji, na której są oparte. Dlatego w moim artykule przedstawiłem własne poglądy jako zapis aktualnego stanu wiedzy, doświadczeń i intuicji obywatelskiej — nie jako stanowisko ostateczne.
Mając świadomość własnych ograniczeń, co uczciwie zaznaczyłem w tekście artykułu, zwróciłem się do redaktora Kuszko z prośbą o zapytanie Pana Profesora, czy wyraża zgodę na przekazanie mi Pańskiego adresu e-mail. Chciałbym przejść od krótkich komentarzy do spokojniejszej, bezpośredniej rozmowy. Pozwoliłaby ona głębiej wniknąć w przedstawiony przez Pana model państwa i lepiej zrozumieć przesłanki Pańskich propozycji.
Pańska życzliwość, wyrażana w rozmowach, spotka się z moją dociekliwością. Sądzę, że możemy znaleźć wiele wspólnych idei, nawet jeśli nie od razu zgodzimy się co do wszystkich narzędzi ich realizacji.
Przesyłam serdeczne pozdrowienia = S.
Podzielam pogląd Pana Profesora. Jak byłem młodym inżynierem, byłem świadkiem jak to Szef Instytutu zapraszał Dyrektora Biura Projektów oraz Zakładu Produkcyjnego i oznajmiał. Panowie potrzebujemy taki a taki produkt. My jesteśmy od technologii, a Wy od urządzeń. Mamy pół roku aby to wdrożyć, i jakoś się dało. Dzisiaj Instytuty czekają nie wiadomo na co, najlepiej na granty. A przemysł zaczyna od słów ” ale stopa zysku/zwrotu musi być co najmniej 14%”. I koło się zamyka.
@Gabriel (24.08.26)
Szanowny Panie Inżynierze Gabrielu,
dziękuję za ten krótki ale ważny głos. Przemysł musi w każdej chwili myśleć o stopie zwrotu, bo jak nie, to szybko zostanie bankrutem, czego politycy i nieznający tematu legislatorzy wydają się nie rozumieć. W tym kontekście rozwinę słowa jednego znanego premiera: „jak ktoś ma wizje (i tu dodam – żeby przemysłowi sprzedawać wyniki badań podstawowych) to powinien iść do lekarza”… Więcej szczegółów w poz.6, 14 i 15 bibliografii komentowanego artykułu. Dziękuję i pozdrawiam. Inż. K.
Panie Zbigniewie – dziękuję. Nie ma sensu inaczej dyskutować jak rzeczowo. Jeżeli człowiek nie ma pojęcia o rzeczy powinien w tej konkretnej sprawwie siedzieć cicho. Niestety współczesność coraz częściej dostarcza wzorców typu: ponieważ się nie znam, właśnie dlatego się wypowiem. Szkoda czasu i papieru na takie wypowiedzi.
Z perspektywy emerytowanego inżyniera, który przez lata obserwował drogę projektu od pomysłu do wdrożenia, propozycja przedstawiona w tekście zasługuje na uwagę jako próba myślenia o państwie nie w kategoriach doraźnej politycznej gry, lecz sprawności całego systemu. Autor wychodzi od doświadczenia, że innowacje nie rodzą się z samych haseł, konferencji ani kolejnych centralnych rozporządzeń. Powstają tam, gdzie istnieje odpowiedzialność, możliwość samodzielnego działania, jasny podział kompetencji oraz realne rozliczanie z rezultatów.
W praktyce przemysłowej wielokrotnie spotykałem się z sytuacją, w której dobry pomysł techniczny przegrywał nie dlatego, że był wadliwy, lecz dlatego, że brakowało współpracy między zakładem, instytutem branżowym, politechniką, biurem konstrukcyjnym i administracją. Dochodziły do tego zagadnienia patentowe, prawa do dokumentacji, finansowania prototypu, wdrożenia produkcyjnego i odpowiedzialności za ryzyko. W takich warunkach nadmierna centralizacja zwykle nie pomagała, lecz wydłużała drogę decyzyjną, mnożyła formalności i rozmywała odpowiedzialność. Diagnoza autora, że Polska potrzebuje ustroju bardziej zdecentralizowanego, a zarazem opartego na odpowiedzialności obywatelskiej, jest więc dla człowieka techniki zrozumiała i przekonująca.
Bardzo istotna jest myśl, że regiony powinny mieć większą swobodę w organizowaniu edukacji, szkolnictwa wyższego oraz polityki rozwojowej zgodnie z rzeczywistymi potrzebami lokalnej gospodarki. Inaczej wygląda zapotrzebowanie przemysłowe Śląska, inaczej Pomorza, Wielkopolski czy ziemi łódzkiej; nie da się tego skutecznie sterować wyłącznie z jednego centralnego biurka. Region, który odpowiada za swój budżet, kształcenie kadr i rozwój przedsiębiorczości, ma też większy interes w tym, aby szkoła techniczna, uczelnia, laboratorium i zakład pracy rzeczywiście ze sobą współpracowały.
Logiczne i racjonalne wydaje się także połączenie zagadnień ustrojowych z nauką, edukacją oraz gospodarką opartą na wiedzy. To właściwa kolejność rozumowania: bez dobrej szkoły, nowoczesnego kształcenia STEM, kompetentnych inżynierów i sprawnego transferu wyników badań do produkcji nie będzie trwałego rozwoju. Można importować gotowe technologie, lecz kraj, który nie potrafi sam tworzyć, ulepszać i chronić własnych rozwiązań, pozostaje podwykonawcą cudzych pomysłów.
Propozycja nie obiecuje łatwego zbawienia ani natychmiastowych efektów. Przeciwnie: pokazuje, że przebudowa prawa wyborczego, administracji i relacji centrum–regiony byłaby pracą długą, trudną i wymagającą konsekwencji. Właśnie dlatego brzmi wiarygodnie. Każdy inżynier wie, że gdy konstrukcja systemu jest niewłaściwa, doraźne poprawki dają tylko chwilową ulgę; trzeba dojść do przyczyny, a nie stale łatać skutki.
Przesłanie artykułu odczytuję jako potrzebny głos za państwem mniej opresyjnym i biurokratycznym, a bardziej zdolnym do uczenia się, eksperymentowania oraz wykorzystywania potencjału obywateli. Jego największą zaletą jest przekonanie, że demokracja, innowacyjność i odpowiedzialność gospodarcza nie są odrębnymi dziedzinami, lecz elementami jednego mechanizmu. Taki mechanizm warto zaprojektować na nowo — rozważnie, etapami i z udziałem ludzi, którzy znają praktykę nauki, przemysłu oraz lokalnych społeczności.
@ WŁADYSŁAW (25.08.2026)
Szanowny Panie Inżynierze Władysławie,
dziękuję za tę cenną perspektywę doświadczonego człowieka techniki. Nie tylko dlatego, że nadajemy na podobnej częstotliwości w kategoriach sprawności całego systemu i to z uwzględnieniem różnorodności regionalnej. W poz. 15. bibliografii wskazuję (co już dawno wiadomo w świecie), że sam pomysł to jeszcze nie jest żadna innowacja w sensie rozwojowym. W dzisiejszych warunkach selekcji i konkurencji tych innowacji trzeba dużo, by choć jedna na 100 przekuła się w funkcjonalny prototyp, do tego w udane wdrożenie a na koniec w sukces rynkowy przynoszący dochód i podnoszący PKB.
To wcale nie jest łatwe i system prawny w żadnym punkcie nie może przeszkadzać formalnościami, tylko musi wspierać i ułatwiać. W Kanadzie już kilka dekad temu działały systemy wsparcia organizacyjnego i finansowego dla współpracy na linii „college – gmina”. Czy ktoś tu kiedyś o tym pomyślał? Więc cóż tu pleść o przełomowych odkryciach na które nas nie stać (zob. poz. 6.), kiedy > 70% przedsiębiorstw to MSP, które pojutrze muszą sprzedać gotowe produkty w nowych opakowaniach, żeby przetrwać kolejny tydzień…
Politycy (a i legislatorzy też) wydają się nie wiedzieć, że ich samochody składają się z 300 000 tysięcy części – każdy. Części, od których domagają się niezawodności żeby dojechać na czas, choć nie bardzo chcą to łączyć z wiedzą, że niezawodność wymaga żmudnych i kosztownych badań. Sprawiają wrażenie jakby byli przekonani, że wystarczy zrobić focię na tle makiety, żeby ta makieta natychmiast ożyła, sama wyjechała na rynek i przyniosła nadzwyczajny dochód, ku chwale naszej partii…
Przy takiej powszechności spłycenia tematyki innowacji produktowych, bardzo dobrze wczytuje się w ten wyważony glos doświadczonego inżyniera potwierdzający, że konieczna przebudowa systemu nie jest łatwym zbawieniem dobrym na kadencyjną propagandę przedwyborczą. Opracowanie złożonego i wydajnego mechanizmu społecznego wymaga synergii i szczegółowego planowania etapów rozwoju w postaci konkretnej mapy drogowej. Żeby zamknąć projekt w przewidywalnym historycznie czasie nie można rozwlekać czy rozmazywać wstępnego etapu tworzenia podstaw legislacyjnych, gdy już znane są dobre wzorce. W przeciwnym wypadku trzeba będzie popędzać z wdrożeniem głównego projektu, a wtedy łatwo można się udławić, co już bywało…