WaszeR d. Londyński: Quo vadis opinio o Studiu?7 min czytania

()


01.10.2026

Niszowy portal o gazetowym w zamiarach charakterze. O osiągniętej w tym roku pełnoletniości, bowiem istniejący od 2008 r. Coraz bliższy fazy zaniku z powodów wielu: naturalnego odejścia najstarszych tworzących go piszących członków, w tym kilku tzw. ojców założycieli, naturalnej rotacji niedowartościowanych lub niepokornych, braku narybku zafascynowanego niedochodową i mało prestiżową fuchą prasowego „gryzipiórka” w atmosferze już funkcjonującego od lat internetowego zgromadzenia inteligenckiego. Rzecz dla piszących pasjonatów o zacięciu opiniotwórczym, analitycznym i komentatorskim. Dla ludzi wrażliwych, ale o grubej skórze, nie poddających się jakimkolwiek presjom. A może i dla niewrażliwców przesadnie dbających o psychofizyczną ekspozycję delikatności własnej powłoki? Na pewno zaś tych, którym obce są „sformułowania rasistowskie i antysemickie oraz wulgaryzmy i drastyczna >mowa nienawiści<„, co zostało wyszczególnione w rubryce DO CZYTELNIKA szpalty informującej o stałych pozycjach i publikowanych aktualiach. Zastrzeżenia te miały dotyczyć przede wszystkim zamieszczanych komentarzy, pod groźbą ich nie ukazania ogółowi czytelników. Startowe założenia wypucowane na wysoki połysk. A życie i tak już planowało rok po roku weryfikowanie wszystkiego po swojemu. 

Gazeta powstała w zasadzie dla elity o niepoślednich umysłach, takiejże kulturze osobistej i poszanowaniu dla polskiej państwowości, historii Rzeczpospolitej i ojczystego języka. Zgromadziła nie za bogate grono tuzów ówczesnego dziennikarstwa, krytyki i sztuki; korespondentów, satyryków, literatów. Połączyła ich niezgoda na coraz wyraźniej dające się odczuć trendy współczesnego dziennikarstwa: wszechobecną komercjalizację, rozwadnianie i fałszowanie problemów, tendencyjne kształtowanie opinii publicznej. Miała w niej panować przyzwoitość i zdrowy rozsądek. Trzeźwa normalność z szampańskim (w marzeniach utopistów) poczuciem humoru. I tak zaczął się toczyć ten inteligencki wehikuł, nieśpiesznie, niebezproblemowo, po drodze kompletując załogę i wzbogacając jej różnorodność o wyłuskane z przestrzeni co atrakcyjniejsze umysły i klawiaturopióra. 

Dowodziło tym interesem dwóch ludzi, którzy nie tylko zęby zjedli na różnorodności dziennikarskiej służby. Którzy w minionych i potępianych (słusznie czy niesłusznie – pal licho!) czasach doświadczyli niewygód i przykrości związanych z nieugiętą niechęcią do chodzenia jedynie słuszną partyjną linią. Którzy nie wyobrażali sobie sprzeniewierzenia się dziennikarskiej rzetelności i zawodowej solidarności. Określenie których mianem „zawodowcy” nie było pustosłowiem, a kolokwialnym wyznacznikiem intelektualnej nadprzeciętności i fachowego mistrzostwa. Nie było łatwo pod ich okiem – Stefan Bratkowski, jeden z nestorów rodzimego dziennikarstwa, zwolennik treściwych konkretów w publicystyce i Bogdan Miś, matematyk, propagator nauki, człowiek orkiestra elektronicznych mediów. Obaj już po tamtej stronie. Uwiecznieni na czołówce portalu malarskimi portretami i obdarowani zaszczytnymi tytułami jego Patronów. 

Bardziej by mi pasował ciąg dalszy tej historii, jej kolejny etap, pt.: Jak Wojtek został strażakiem, bom zawodowym sikawkowym w beztroskim stadium emeryckiego lenistwa, ale tu akurat Wojtek został… moderatorem. Choć i tak miało mu wkrótce przyjść gasić, bo i czasy nietęgie, niejeden pożar samozapłonowo powstały na terenie własnego obwodu. A nawet burzę ogniową, jak to niedawno się przytrafiło. 

Za poprzednich dowodzących różnie bywało. Red. Bratkowski, jako ten główny guru, na ogół nie wylewał się z zachwytami, choć umiał zdawkowo pochwalić za kilka zgrabnych zdań zamykających całość ciekawej informacji. Miś potrafił zmiażdżyć żartobliwy, na poły filozoficzny szkic stwierdzeniem, że jest to nic nie warta rzecz o niczym. Co kończyło sprawę na samym początku, bo to przez jego ręce przechodziły nadsyłane materiały, pomimo że leciały okólnikiem do wszystkich członków kolegium z wnioskiem o opinię. BM własnoręcznie opracowywał i umieszczał teksty, miał przy tym głos decydujący i potrafił wykłócać się z redakcyjnymi kamratami o coś, co było tego warte; jednocześnie skarżył się, że nie jest w stanie puszczać więcej niż 3-4 pozycje dziennie. A bywały dni, gdy nie leciało nic. Ale jak cisza panowała dwie-trzy doby, to było prawie pewne, że klops-kotlet-kosz. Jasne panowały zasady. Wszem i wobec słyszalnych gromkich buntów nie odnotowywał nawet w tajemnicy szynel Poli. 

Wojciech Kuszko otrzymał w przyjętej propozycji niełatwy do ogarnięcia, nierozpoznany w detalach problem w worku. Coś na kształt mixu kukułczego jaja z twardym orzechem, zaserwowanego na polu minowym: ni to odrzucić, ni rozbroić, z każdej strony zagrożenie. I w pełnej krasie wyszło owo szydło z niego, w panoramicznym obrazie, w drugiej połowie bieżącego lata. Jako „wielki finał”, bo ciągnęło się już od miesięcy. 

Szczegółów oszczędzę, na szczegóły nadal obowiązuje redakcyjna ekskomunika, nadal są groźne dla zdrowotności portalu jako organizacyjnej całości, szkodliwe tak dla stałej piszącej załogi, jak i gości zaglądających, tych czynnych – komentatorów i biernych – czytelników. Dla wszystkich, dla których Studio Opinii stanowi nieocenioną wartość samą w sobie; brak tej wirtualnej przestrzeni uczyniłby niepowetowaną pustkę trudną do zapełnienia w kipiącym propozycjami gąszczu internetowej dżungli. Kto czytał na bieżąco, był w zagrożeniu zorientowany, reszta musi uwierzyć na słowo, lub cofnąć się w poszukiwaniach sedna o kilka tygodni. 

Trudno mi w tej chwili jednoznacznie stwierdzić kiedy na niezahartowanym portalowym licu wystąpiły pierwsze alergiczne odczyny. Kto pierwszy, tchnięty wrodzonym jasnowidzeniem, nieśmiało zasugerował źródło nadciągającej epidemii, a kto te prorocze sygnały zbagatelizował. Pewne zaś jest to, że już w środku lata pandemiczny walec równo rozjeżdżał kogo popadnie. Brak skutecznej, zorganizowanej akcji-reakcji, zastąpiło spontanicznie zrodzone pospolite ruszenie z jego chaotycznymi kontratakami we wszystkich kierunkach. Pojawiły się nawet zielone ludziki, zaangażowały w walkę roboty, ktoś węchem wyczuwał wprost z farmy przybyłe najświeższe boty. Ktoś bardziej wrażliwy, choć niesprecyzowane, już kosmiczne kłopoty wyśnił. Wszędzie panował szczęk nieautoryzowanych argumentów i świstały odłamki zdrowego rozsądku, wszystko w pyłach bitewnych tumanów. Wszędzie, aż do krwi ostatniej, prawie wyczuwało się kwaśną posoczą woń. Gdzie nie spojrzałeś w akapit: wojna! Wojna! Wojna! 

Fama natychmiast ruszyła w świat. 

Jest to wyjątkowo metaforyczne przedstawienie tamtych realiów. Ale z wojną nie ma żartów. Z żadną wojną. Nawet z jej zagrożeniem. Wojna powoduje bezpośrednie ofiary, głównie te niezawinione w konflikcie, przyczynia się do materialnych zniszczeń będących wtórną przyczyną kolejnych ofiar. Wywołuje exodus ludności. 

Jakakolwiek wojna psuje też opinię. 

A wojna toczy się pełnym galopem już coraz bliżej naszych granic. 

Co można przeciwstawić wojennemu zagrożeniu oprócz najnowszego uzbrojenia po zęby? Patriotyczną gotowość i kosy na sztorc? Gołe dłonie i desperacją zdobyty nieprzyjacielski pm z kilkoma nabojami? 

Toż to nie te czasy. Dzisiaj najprawdziwszą wojnę prowadzi się z zacisznego pomieszczenia wśród usypiającego szmeru elektronicznej aparatury. Efekty mogą być potężniejsze, niż w wykonaniu środków konwencjonalnych; i czołg, i komputer są dziś pełnoprawnymi wojennymi narzędziami. I opancerzona załoga, i operator w wentylowanym pomieszczeniu bywają każdego konfliktu skutecznymi złymi duchami. Współczesna wojna przybrała obłudnie bardziej inteligentne oblicze. 

Czym różni się wojenka na argumenty, ich brak, bądź opaczne rozumienie przedstawianych racji, jakiej doświadczyły niedawno łamy Studia Opinii, od tej właściwej, toczonej na stepowych bezkresach lub w labiryntach miejskiej zabudowy? 

I tu, i tam na szwank wystawiona zostaje inteligencja w jej encyklopedycznym, pierwotnym i najbardziej rozumianym znaczeniu. 

I tu, i tam zachodzą przesłanki do ukucia pejoratywnego określenia „inteligentny inaczej”. 

I tu, i tam jednostki zorientowane w sprawie, a nie będące jej stroną, zachowujące trzeźwe spojrzenie na clou problemu bądź konfliktu, zachodzą w głowę, co też takiego spowodowało rozwój wydarzeń będących na bakier z czystą logiką i humanitarnym podejściem, tymi jednymi z podstawowych wartości naturalnej ludzkiej inteligencji, tej interpretowanej na miarę XXI w? Pytanie jak najbardziej trafne. 

Co więc ugryzło Studio Opinii w inteligencję? 

WaszeR d. Londyński

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo