Polecamy tę książkę, jako kolejny głos w dyskusji o kondycji mediów i dziennikarstwa. Również dlatego, aby pokazać, że krytyczne uwagi, jakie często są dziś formułowane pod adresem polskich mediów i ich dziennikarzy w istocie mają charakter powszechny; są wyzwaniem, przed jakim stoją dziennikarze i korporacje medialne nie tylko w Polsce. Claude-Jean Bertrand, profesor Universite Paris II, tak o tym pisze:
Niecałe sto lat temu byliśmy świadkami skandalu, wywołanego pożyczką w wysokości dziesiątek miliardów franków, której Francuzi udzielili caratowi. Wówczas „wszelki sprzeciw wobec kolejnych pożyczek był zwalczany przez prasę, która w porozumieniu z bankami przywykła do stosowania skutecznego szantażu”. W czasach nam bliższych (1990) jeden z koncernów będący właścicielem kanału telewizyjnego realizował w pewnym kraju wielkie projekty. Otóż po tym, jak dyrektorka do spraw informacji puściła na antenie wystąpienia skierowane przeciw rządowi tego kraju, prezes firmy miał powiedzieć: „Ta pani musi wziąć pod uwagę interesy tak liczącego się przedsiębiorstwa jak nasze. W przeciwnym razie fora ze dwora: może pójść sobie gdzie indziej”. Taki incydent umyka uwadze szerokiej publiczności. Nie umknął jej jednak fakt, że prezenter cieszącego się największą oglądalnością dziennika telewizyjnego w 2004 roku, a więc trzynaście lat po tym, jak był zamieszany w aferę ze sfałszowaniem wywiadu z Fidelem Castro, a jedenaście lat po tym, jak do spółki z poważnym przestępcą brał udział w aferze łapówkowej, nadal pracuje na antenie.
Nic więc dziwnego, że sondaże wskazują na podejrzliwy stosunek odbiorców do mediów oraz na chęć ograniczania ich wolności. W Stanach Zjednoczonych trzy czwarte użytkowników ma ograniczone zaufanie do mediów, we Francji zaś zaledwie jedna trzecia społeczeństwa jest przekonana o niezależności dziennikarzy. Ponadto różne grupy odbiorców wyrażają swoje duże niezadowolenie, jeśli chodzi o rodzaj rozrywki proponowany przez media. Mimo to, o ile kiedyś większość ludzi mogła obyć się bez środków masowego przekazu, dzisiaj nawet wśród ludności wiejskiej odczuwa się zapotrzebowanie nie tylko na media, ale na media wysokiej jakości.
Mamy tu do czynienia z paradoksem: środki przekazu oskarża się o wszystko, co najgorsze, podczas gdy nigdy nie były one lepsze niż dzisiaj. Aby się o tym przekonać, wystarczy przejrzeć dziewiętnastowieczne gazety, obejrzeć kilka programów telewizyjnych z lat pięćdziesiątych — lub poczytać ówczesnych krytyków. Dzisiaj nie ma już jawnej korupcji, demonstrowania rasizmu ani nawoływania do mordów. Media są więc lepsze, ale wciąż pozostają przeciętne.
Ich udoskonalenie nie jest jedynie pożądaną zmianą, ponieważ od niego zależą losy całej ludzkości. Tylko demokracja może bowiem zapewnić przetrwanie cywilizacji, a bez dobrze poinformowanych obywateli nie ma demokracji; światłych obywateli zaś nie ma bez wysokiej jakości mediów.
Czy takie stwierdzenie nie jest przesadne? Odpowiedzi na to pytanie może dostarczyć doświadczenie krajów byłego Związku Radzieckiego, gdzie między 1917 rokiem a latami osiemdziesiątymi zniszczono tysiące starych książek oraz dzieł sztuki, gdzie ogromne obszary zostały nieodwracalnie skażone i gdzie zabito miliony osób – a to dlatego, że sowieckie media nie chciały i nie mogły ujawnić prawdy i zaprotestować.
W sytuacji, gdy media nie wypełniają należycie swoich zadań, kluczowy problem każdego społeczeństwa zawiera się w jednym pytaniu:
Jak udoskonalić środki przekazu?
Media. — Mówi się, że stanowią one jednocześnie jedną z gałęzi przemysłu, służbę publiczną oraz instytucję polityczną. W rzeczywistości nie wszystkie media mają ten potrójny charakter: po pierwsze, nowe technologie (zwłaszcza Internet) pozwalają na odrodzenie się swoistego „rzemiosła” medialnego. Po drugie, działalność części środków przekazu nie jest w żaden sposób związana ze służbą publiczną (np. tzw. prasa plotkarska). Wreszcie, wiele mediów (tysiące czasopism profesjonalnych) nie odgrywa żadnej roli w życiu politycznym. Niemniej jednak wykształceni obywatele zazwyczaj interesują się mediami ogólnoinformacyjnymi, których nieodłączną cechą jest ów potrójny charakter.
Konflikt różnych rodzajów wolności. – W konsekwencji mamy do czynienia z fundamentalnym konfliktem między wolnością gospodarczą a wolnością słowa. Dla przedsiębiorców związanych z dziedziną mediów (oraz reklamodawców) informacja i rozrywka są narzędziem, za pomocą którego mogą czerpać z „zasobów naturalnych”, jakimi są konsumenci; toteż starają się utrzymać korzystny dla siebie stan rzeczy. Dla obywateli natomiast, informacja i rozrywka stanowią broń w ich „walce o szczęście”, w której nie ma nadziei na zwycięstwo bez naruszenia ustalonego porządku.
Nie ma gotowego rozwiązania dla tego problemu. Przez dziesiątki lat w przeszło połowie krajów świata próbowano przezwyciężyć go na dwa różne sposoby, usuwając jeden z dwóch biegunów konfliktu. Dyktatury typu faszystowskiego eliminują wolność słowa, nie naruszając zazwyczaj własności środków przekazu. Ustroje komunistyczne zaś usuwają wolność gospodarczą, utrzymując przy tym rzekomą wolność słowa. Rezultat w obydwu przypadkach jest podobny: okaleczona prasa staje się narzędziem ogłupiania i indoktrynacji.
Jednym z rozwiązań mogłoby być przyznanie przedsiębiorstwom medialnym całkowitej wolności (politycznej). I rzeczywiście, zniesienie monopolu państwa i kontroli rządowej nad radiem i telewizją w Europie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych pomogło bardzo demokracji i przyczyniło się do rozwoju mediów. Jednakże wzrastająca w XX wieku komercjalizacja oraz koncentracja przedsiębiorstw są sprzeczne z zasadą pluralizmu. Tworzenie koncernów nie sprzyja koniecznej dla mediów niezależności. Gdyby wolność była całkowita, można by się spodziewać „medialnej prostytucji”, zarówno w sektorze informacji, jak i rozrywki. Problem ten znany jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie prawie wszystkie media mają charakter komercyjny i gdzie występują minimalne regulacje prawne. Według Eugene’a Robertsa, znanego dyrektora jednego z dzienników, „gazety, nie licząc wyjątków, koncentrują się na zwiększaniu swoich korzyści, aby zyskać uznanie akcjonariuszy”. Skutek tego jest taki, że w kraju tym stopa zysku grupy prasowej może wynosić 25 procent (Gannett), zaś stacji telewizyjnej – nawet do 50 procent.
Celem działalności mediów nie może być ani wyłącznie zarabianie pieniędzy, ani wolność dla samej wolności. Wolność jest bowiem warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym. Powinniśmy dążyć do stworzenia takich środków przekazu, które służą dobru ogółu. Na rozwiniętym gospodarczo Zachodzie media prywatne od dawna cieszą się wolnością polityczną, a mimo to oferowane przez nie usługi bardzo często bywały godne pożałowania.
Czy trzeba zatem poddać wszystkie media kontroli państwa? Dwudziestowieczne doświadczenia z komunizmem i faszyzmem nie przyczyniły się do zmniejszenia odwiecznej podejrzliwości wobec struktur państwowych. Słusznie obawiamy się daleko idącej manipulacji informacją i rozrywką. Nie ulega wątpliwości, że niczym nieograniczona wolność mediów jest nie do przyjęcia: czy można bowiem, przykładowo, zezwalać na nawoływanie do zabijania lub nienawiści rasowej? Obecnie wydaje się również oczywistością, że media nie mogą znaleźć się w rękach państwa. Cały świat demokratyczny jest zgodny co do tego, że media powinny cieszyć się wolnością, ale nie całkowitą. Problem zachowania równowagi między wymogami swobody i nadzorem nie jest czymś nowym: John Adams, w latach 1797-1801 prezydent Stanów Zjednoczonych, w 1815 roku pisał do swojego przyjaciela:
„Jeśli kiedykolwiek będzie miała nastąpić poprawa losów ludzkości, to filozofowie, teologowie, prawodawcy, politycy i moraliści przekonają się, że najtrudniejszym, najniebezpieczniejszym i najważniejszym problemem, który będą musieli rozwiązać, jest stworzenie odpowiednich przepisów, regulujących funkcjonowanie prasy”.
W krajach anglosaskich występuje zbyt duże zaufanie do wolnego rynku, żeby móc zagwarantować dobre usługi medialne, z kolei w krajach romańskich – zbyt duże zaufanie do prawa. Zarówno jedno, jak i drugie jest niezbędne, ale może także okazać się niebezpieczne. Trzeba zatem, nie odrzucając ani wolnego rynku, ani prawa, znaleźć uzupełniający środek, który wprowadzałby równowagę między nimi. Narzędziem takim może być właśnie deontologia.
Deontologia. – W odniesieniu do mediów deontologia oznacza zbiór zasad i reguł ustanowionych przez środowisko dziennikarskie (najlepiej we współpracy z użytkownikami), mających na celu skuteczniejsze wychodzenie naprzeciw potrzebom poszczególnych grup ludności. Prasa tym się różni od pozostałych instytucji demokratycznych, że jej władza nie opiera się ani na umowie społecznej, ani na uprawomocnieniu jej przez naród – w drodze wyborów, na podstawie nominacji czy też w wyniku przegłosowania ustawy narzucającej pewne normy. Aby zachować prestiż i niezależność, media muszą kierować się swoim nadrzędnym obowiązkiem, jakim jest dobrze służyć ludziom.
Deontologia mediów nie stanowi prawa ani nawet — w ścisłym znaczeniu — zasad etycznych. Chodzi nie tyle o to, aby odznaczać się uczciwością i przestrzegać reguł dobrego wychowania, ale o to, aby pełnić jedną z podstawowych funkcji społecznych. Niełatwo jest określić, co kryje się pod wyrażeniem „usługi wysokiej jakości”, łatwiej powiedzieć, czym one nie są. Dobre usługi wykluczają na przykład ograniczanie regionalnego dziennika do informacji stanowiących kronikę wydarzeń lokalnych, wykluczają brak w wielkiej stacji telewizyjnej jakiegokolwiek stałego programu poświęconego edukacji dzieci, tak jak to się dzieje w Stanach Zjednoczonych.
Oczywiście praktyka deontologii możliwa jest jedynie w ramach ustroju demokratycznego. Ten, kto nie wierzy w zdolność ludzi do niezależnego myślenia, do samodzielnego organizowania życia, wyklucza tym samym pojęcie samokontroli. Deontologia może być poważnie traktowana tylko tam, gdzie panuje wolność słowa, gdzie media mają zapewniony byt, a dziennikarze są kompetentni i dumni z wykonywanego zawodu. Gdy brakuje bezpieczeństwa materialnego, brakuje konsumentów, a więc także reklamy, a media stają się biedne i skorumpowane lub wspierane i kontrolowane przez państwo. To wszystko sprawia, że w wielu krajach, nawet tych oficjalnie demokratycznych, deontologia odgrywa niewielką rolę.
Dlaczego akurat teraz?
Jeszcze niedawno na wspomnienie o deontologii ludzie mediów reagowali pogardliwym milczeniem lub gniewną repliką. Dzisiaj coraz więcej spośród nich okazuje zainteresowanie deontologia. Przejawia się ono w publikacjach książkowych, nagłówkach i artykułach prasowych, w numerach specjalnych fachowych pism, programach radiowych i telewizyjnych, kolokwiach i warsztatach, tworzeniu komisji badawczych i prowadzeniu sondaży. Dlaczego tak się dzieje?
Kiedy stawia się to pytanie dziennikarzom europejskim, w odpowiedzi podają oni różne przyczyny: skutek postępu technologicznego, koncentracja przedsiębiorstw, rosnąca komercjalizacja mediów, coraz dalej idące przemieszanie informacji i reklamy, rosnąca niedokładność informacji, postawa mediów wobec takich wydarzeń, jak odkrycie fałszywej mogiły zbiorowej w Timisoarze lub pierwsza wojna w Zatoce, poważne uchybienia niektórych dziennikarzy względem etyki zawodowej (częste naruszanie prywatności, w szczególności przez prasę brukową), obniżenie wiarygodności dziennikarzy oraz prestiżu ich profesji, nadużycia mediów w czasie kryzysów politycznych, niedopuszczalne powiązania między środkami przekazu a władzą, krążące nad wolnością prasy widmo restrykcji prawnych, odrodzenie się organizacji dziennikarskich, reakcja na „dziki kapitalizm” lat osiemdziesiątych, zjawisko przemocy czy programów typu reality-show w telewizji.
Czynniki rozwoju. — Wydaje się, że istnieje kilka podstawowych czynników decydujących o rozwoju refleksji nad deontologią. Po pierwsze, podwyższenie poziomu edukacji sprawia, że odbiorcy są bardziej wymagający i aktywni. Coraz więcej ludzi uświadamia sobie, jak ważna jest jakość usług medialnych oraz jak dalece tradycyjna koncepcja przekazywania informacji jest niedostosowana do wymogów współczesnego świata. Użytkownicy coraz częściej dochodzą do przekonania, że mogą, a nawet powinni coś zrobić w tej sytuacji.
Również dziennikarze są lepiej wykształceni. W większości pragną dobrze wykonywać swoje obowiązki i chcieliby cieszyć się większym poważaniem w społeczeństwie. Wielu spośród nich trudno pogodzić się z faktem, że muszą ponosić konsekwencje nieetycznego postępowania tych, którzy stanowią przecież mniejszość.
Mierny poziom mediów szkodzi osobom, które są za nie odpowiedzialne. Prawie wszędzie spada oglądalność dzienników w głównych stacjach telewizyjnych. Reklamodawcom również zależy na wiarygodności środka przekazu, w którym wykupują czas antenowy. Ponadto od kilku lat daje się zaobserwować rosnąca troska przedsiębiorców o skutki, jakie wywołują wprowadzane przez nich na rynek produkty, oraz przekonanie, że wysoka jakość popłaca.
Technologia – zarówno przez pozytywne, jak i negatywne skutki, które spowodowała — stała się motorem napędowym deontołogii. Przyczyniając się do demokratyzacji mediów, powoduje jednocześnie różne wypaczenia: reporter, będąc w terenie, zwraca się bezpośrednio do widza, bez żadnego czasu na refleksję, bez możliwości redakcyjnej obróbki zgromadzonego materiału. Technologia ułatwia również manipulowanie informacją, na przykład poprzez fałszowanie zdjęć.
Pojawiły się także problemy związane z Internetem. W styczniu 1998 roku, gdy Matt Drudge rozpętał na swojej stronie skandal Clinton-Lewinsky, okazało się, że sieć stanowi informacyjny środek przekazu. Fakt, że wszyscy mogą mieć dostęp do Internetu, sprawia, że jest on w najwyższym stopniu demokratyczny. Jednak z drugiej strony również każdy, włącznie z ignorantami, osobami złośliwymi lub niezrównoważonymi psychicznie, może zamieścić w sieci, co tylko zechce. To, co Jurgen Habermas nazywa „skrajną demokracją”, będzie coraz bardziej wymagać uczciwych ludzi, zajmujących się przesiewem informacji, oraz kompetentnych i odpowiedzialnych dziennikarzy, którym można zaufać.
Postępująca komercjalizacja mediów coraz bardziej uwrażliwia je na opinię publiczną – ale zarazem przyczynia się do zniekształcania informacji lub popularyzowania rozrywki, jak również do mieszania ze sobą tych dwóch dziedzin. Obserwujemy rosnącą liczbę fachowców od perswazji: specjalistów od reklamy, rzeczników prasowych, konsultantów do spraw mediów czy ekspertów od kampanii wyborczych.
Do dużych zmian przyczynił się także upadek Związku Radzieckiego. Kres mitu, że państwo może rozwiązać problemy związane z mediami, ożywił bowiem refleksję nad dentologią, która jest jedyną akceptowalną strategią przeciwko wykorzystywaniu mediów przez potęgi ekonomiczne. Deontologia ucierpiała jednak również na swoich związkach z propagandą komunistyczną, która obfitowała przecież w szlachetnie brzmiące wystąpienia (przeciwko rasizmowi czy faszyzmowi) oraz piękne pokojowe deklaracje i obietnice rozwoju. Hasła te były podejmowane przez rządy państw niezaangażowanych a także – w krajach demokratycznych – przez uczonych marksistowskich.
Dzisiaj szkody przynosi deontologii przede wszystkim to, że jest słabo znana i źle rozumiana, nie tylko wśród odbiorców, ale również – co może dziwić — w środowiskach medialnych.(…)
Claude-Jean Bertrand



mnie ciekawi na ile autor wdrozyl swoje sugestie – tzn. jak duzy ksiazka ma margines, czy znajduja sie w niej kartki na notatki, lub cos rownie deontologicznego(?)
To kolejny przykład ważnej książki, która przeszła niezauważona (wydanie polskie 2007!). Inna to zbiór fundamentalnych studiów jednego z największych socjologów naszych czasów Shmuela Eisenstadta (wydanie polskie 2009). Media mają siebie i nie potrzebują ważnych książek.
Z ciekawością przeczytałem w słowniku rozwinięcie znaczenia deontologii (deon – to co niezbędne i właściwe, logos – słowa lub mowa) a więc mieszczą się tu i zasady etyki, które można i pewnie należy w środowisku dziennikarskim kodyfikować, choćby dla pozyskania skuteczności, lecz ważne, że reguły deontologiczne za swą podstawę przyjmą jednak normy prawne. Tu moja ambiwalencja – przynajmniej jeśli środek taki miano by potraktować jako jedyny, lub powiedzieć jedynie skuteczne panaceum na niedoskonałości – naszej, jako, że i czytelników i dziennikarzy jako nierozerwalnie przecież złączonych.
Lecz Claude-Jean Bertrand pisze, że deontologia mediów nie stanowi prawa.. dodajmy więc, że pisaliśmy już tu o potrzebie budowy standardów – oczywiście, przez tych, niech to i będzie dziennikarstwo elitarne, którzy potrafią takie tworzyć. Ważną cechą dobrego standardu (nie najlepszego niestety także..) staje się to, że potrafi zobowiązywać, ot takie, prawo moralne we mnie itd.. , a gdy jeszcze przybędzie nas takich więcej sądzę, że zobowiązywać potrafiłby nawet lepiej. Że czasy takie, że prawie na każdej ścianie świata można z za biurka coś napisać, wydaje się, że tym bardziej zewnętrzne normy prawne utracą na znaczeniu. Tyle słownik a tekst oczywiście istotny.