2014-02-04.
Osiemdziesiąt jeden lat temu do władzy w Niemczech dorwał się niejaki, jak dzisiaj możemy powiedzieć, Adolf Hitler. Lekceważony i obśmiewany, rychło zaczął pokazywać, co potrafi. A zwłaszcza pokazywała to stojąca za jego plecami wataha. Już w dniu ogłoszenia wyników wyborów, które pozwoliły nazistom wstawić stopę w drzwi, rzuciła się przegryzać znienawidzone gardła. Początkowo komunistów, ale za chwilę socjalistów, katolików i ludzi, którzy w głowie mieli jakiekolwiek mrzonki jakiejkolwiek demokracji.
Co to ma do kuchni? Hm. Zacznijmy nie od kuchni, ale od salonu z ekranem. Od filmu. W mroźny i bielejący za oknem wieczór sięgnęliśmy po klasyk kinowy. Ważny dla obnażenia klimatu tego okresu tuż przed rokiem 1933, gdy hitlerowskie bojówki o władzę walczyły i zdobywały jej, po kawałku, coraz więcej. Zdobywały też stopniowo poklask tłumów. I już pokazywały, co potrafią. Tak więc każdy, kto potem mówił, że nic nie zapowiadało Zagłady, łże. Zapowiadało ją wszystko.
Film, który obejrzeliśmy po raz kolejny – należy do moich ulubionych, czyli takich, przy których oglądaniu zamykam oczy na wszelkie niedoskonałości i anachronizmy – to nieśmiertelny „Kabaret” Boba Fosse’a z Lizą Minelli, Michaelem Yorkiem, diabolicznym Helmutem Griemem, Moniką Berenson, Fritzem Wepperem i cudownym Joelem Greyem.

Scenariusz powstał przy wykorzystaniu (niedosłownym) książki Christophera Isherwooda, Anglika, który Berlin z tamtych czasów znał z autopsji, co opisał w powieści „Pożegnanie z Berlinem”. Z Berlinem żegnała się Europa. Niemcy wkraczały na marsz ku Tysiącletniej Rzeszy, która miała przetrwać lat kilkanaście i przyniosła zagładę nie tylko tym, którzy w nią uwierzyli. Książka jeszcze bardziej wyraziście niż film – w końcu to komercyjna produkcja amerykańska… – ukazuje charaktery typowych i mniej typowych mieszkańców Berlina. I ich, jak ogień ćmy, przyciąga Hitler. I to słuchany tylko przez radio, bo przecie z telewizji jeszcze nie było.
Triumf watah, dla których nastała boska godzina zwycięstwa, czyli zemsty, znajdziemy w zamieszczonym 2 lutego 1933 roku obrazku z Berlina, zamieszczonym w najpoczytniejszej naszej gazecie przedwojennej, czyli w„Ilustrowanym Kuryerze Codziennym”, nazywanym Ikacem. Film jeszcze tego nie przedstawia, jak i dalszych losów bohaterów. One zawsze mnie bardzo interesowały. Obrazek podaję, jak zwykle, w ortografii z epoki.

Do późnych godzin nocnych szalał Berlin pijany radością, że wreszcie objął władzę Hitler, ten przedstawiciel i symbol nowych Niemiec. Na ulicach tłumy, orkiestry, niekończące się pochody, defilady oddziałów szturmowych, przemówienia i krzyki „wyzwolonego nacjonalizmu niemieckiego”.
Kto w dniu wczorajszym siedział przy radjoaparacie, mógł na własne uszy przekonać się, co się w Berlinie działo. Speaker zapowiadał, że mikrofonu na ulicę nie może wynieść, gdyż hałas jest za wielki – jedynie do otwartych okien przybliży aparaturę nadawczą. To wystarczało, by plastycznie radjosłuchaczom całego świata przedstawić wierny obraz Berlina i Niemiec w dniu 30 stycznia 1933 r. Zgodnie stwierdzają wszyscy naoczni świadkowie, którzy widzieli obraz berlińskiej ulicy wczoraj, że takiego e n t u z j a z m u w N i e m c z e c h nie było o d r o k u 1914. Porównanie to nie jest pocieszające dla świata, bo wiemy, co nastąpiło po owych pamiętnych dniach sierpnia 1914 r., kiedy na ulicach wszystkich miast niemieckich, w parlamencie i w domach prywatnych szalał militaryzm niemiecki.
(…) Jeżeli nawet uwzględnimy, że rząd Hitlera doszedł do władzy na drodze prawie że parlamentarnej – to jednak nie można mieć żadnych złudzeń, jakoby to był rząd demokracji, rząd Niemiec republikańskich, rząd konstytucji weimarskiej. Pomimo, że Hitler przyjął władzę zgodnie z przepisami z rąk prezydenta Rzeszy, to jednak dokonała się wczoraj rewolucja hitlerowska na ulicach Berlina. Tłumy hitlerowców demonstrowały, ciesząc się z odniesionego zwycięstwa, a wojska hitlerowskie maszerowały przed wodzem, jakby na ostatniej rewji, powracając z pola walki, po zupełnem zmiażdżeniu przeciwnika. Hitler nie musiał przedsięwziąć marszu na Berlin – na wzór marszu na Rzym – gdyż twierdza padła bez oblężenia – wódz narodowych socjalistów mógł ograniczyć się do triumfalnego wkroczenia do pałacu kanclerskiego.
Zaczął się marsz, który filmowym językiem, w skrócie, tak poruszająco pokazała słynna scena z filmu. Występ anielskiego blondynka w sielskiej gospodzie, do śpiewu którego przyłączają się kolejno wszyscy Niemcy.

Te czasy pokazuje nie tylko „Kabaret”. Jest kilka cennych filmów, w tym rzadko pokazywany, zapomniany, ale przez mnie ceniony: „Jajo węża” Ingmara Bergmana. Mniej efektowny od „Kabaretu”. Ale na razie właśnie on.Willkommen, bienvenue, welcome!
W słynnych kabaretach berlińskich z czasów republiki weimarskiej alkohol lał się strumieniami. Jak pamiętamy, w filmie też. Dlatego do jego oglądania proponuję podać specjalny koktajl. Nie będzie to żadna z receptur z dwudziestolecia międzywojennego – można takie znaleźć na moim blogu – ale mieszanina, której skład sama wybrałam i którą sama w shakerze wstrząsałam. Nasz filmowy koktajl podałam w stylowych kieliszkach do szampana – płaskich. Trudne je dzisiaj dostać (a cały tuzin od ślubnego kompletu się wytłukł), ale w końcu się udało. I to takie, jakich używa Sally Bowles wraz ze swoimi mężczyznami, co można zobaczyć na pierwszym fotosie. Pozwoliłam sobie także nadać nazwę koktajlowi. Określenie to – co sprawdzi każdy, kto obejrzy film lub dobrze go pamięta – wypowiada Sally. Między innymi wtedy, gdy w pralni poznaje superhiperniemieckiego arystokratę, perwersyjnego barona Maksymiliana Von Heune.

Cocktail Boska Dekadencja po mojemu
- 120 ml brandy
- 125 ml soku świeżo wyciśniętego z pomarańczy
- 20 ml likieru pomarańczowego Triple Sec
- angostura
- lód
- wisienki koktajlowe
Do shakera wlać alkohole i sok. Wrzucić sporo lodu. Mocno wstrząsać. Wlać do schłodzonych płaskich kieliszków. Nalać na wisienkę. Można dorzucić dwie kostki lub kulki lodu. Skropić angosturą.
Kto nie ma płaskich kieliszków do szampana, może podać koktajl w kieliszkach koktajlowych, takich jak do martini. Zamiast wisienek można dać listki świeżej melisy. Sok pomarańczowy musi być wyciskany z pomarańczy i przecedzony przez sitko. Taki z kartonu, puszki czy butelki się nie nadaje.
Gdy nie nadużyjemy koktajlu – o co nietrudno, bo jest pyszny, ale przed czym przestrzegam! – wieczór upłynie nam zdrowo. Lecz gdy tylko popadniemy w klimat prawdziwej dekadencji, a więc koktajli wypijemy więcej niż dwa, możemy następnego dnia potrzebować czegoś, co postawi nas na nogi. Teoretycznie. I na to są koktajle. Nazywają się Pick-me-ups, czyli koktajle stawiające na nogi. Jak pamiętamy, w filmie Sally takiego „stawiacza na nogi” wypija. Jest to słynna Ostryga Prerii. Przepis na nią na wszelki wypadek podaję. W wersji Roba Chirico, barmana, dziennikarza i literata, autora pouczającej książki o drinkach. Cytuję przepis wiernie (tłum. Ania Chomczyk, Anna Ratajczyk):
Praire Oyster
- 1 całe jajko
- 30 ml wódki
- 20 kropli octu
- 1 łyżeczka sosu worcestershire
- 1 łyżeczka keczupu
- 20 kropli tabasco
- szczypta soli i pieprzu
Ostrożnie wbij jajko do szklani typu old-fashioned tumbler, uważając, aby nie rozbić żółtka. Dodaj pozostałe składniki i wypij jednym haustem.
Nie widziałam, aby Sally dodawała „pozostałe składniki” do… szklaneczki do płukania zębów po myciu. Jej koktajl dlatego miał smak mięty. Może to on postawił ją na nogi?


Bardzo prosze sformulowac przepis na koktail „the morning after” po objeciu wladzy przez Kaczynskiego. Proponowane skladniki: denaturat, kocie bobki, kropla potu Agenta Tomka. Czy mozna jeszcze bardziej obrzydliwie?
Panie Narciarzu, przepisy na ten koktajl są w książce kucharskiej pt. „Moskwa-Pietuszki”.
Otóż to. O tym samym pomyślałam. Dajmy na to taki koktajl Łzy komsomołki – chyba w sam raz?
Duch Genewy. Ale skad ja w Londynie wytrzasne wode brzozowa i plyn przeciw poceniu sie nog?
Marisa. Marisa, nie Monika Berenson. Sorry za namolnosc, wiem, ze to przejezyczenie.
Dzięki, faktycznie machnęłam się;) Jest i głupi błąd, że Niemcy wkraczały „na marsz”, powinno być „w marsz” albo „na drogę prowadzącą ku”. Zdarza się, choć nie powinno. Przepraszam.
ach, te hitlerne koktajle. es ist kaum zu glauben, że ich inspirator był całkowitym abstynentem.
aż strach pomyśleć do czego prowadzi przesadna wstrzemięźliwość…
@nathan: starożytni Grecy twierdzili, że wino bez dodatku wody czyniło człowieka szaleńcem. Wg. mnie woda bez dodatku wina czyni człowieka nudziarzem. A nudziarze są z reguły niebezpieczni. Oni, podobnie jak ekshibicjoniści, zawsze biegają z tym samym. Dość spojrzeć wokół. A w budujących opowieściach o Adolfie dowiedziałem się, że on również z papierosami zerwał radykalnie, przechodząc po moście (nad Szprewą) i wyrzucając do rzeki paczkę fajek. Skopiował to Zoszczenko w swoich „Opowieściach o Leninie”, dodając tekst: „palenie czyni człowieka niewolnikiem”. Odmienne relacje miałem ze słynnej genewskiej trafiki tytoniowej Dawydoff, gdzie Lenin był jednym z bywalców i wypalił wiele cygarek na kredę, czego nigdy nie zwrócił.
Errata: Oczywiście Davidoff.
mówisz, jak rozumiem o henri davidoffie, ojcu zino davidoffa –
bo ten (zmarły w 1994) późniejszy właściciel fabryki cygar w havanie i założyciel globalnej sieci luksusowych sklepów z wyrobami tytoniowymi, alkoholami i kosmetykami w czasach lenina był jeszcze malym chłopcem.
Ale taki Stalin wypić lubiał (że pojadę tekstem z dialogów Mańka i Jędrusia o filmie).
Teza, że picie wody bez wina czyni człowieka nudziarzem bardzo mi się spodobała! Tylko co z tym Stalinem?!
staram się nie mówić brzydko o ludziach, ale tutaj cytat z saltykowa-szczedrina: „nie jest to zły człowie, ot po prostu bydlę” sam pcha się przed oczy.
nie będę też cię zanudzał przypominaniem milionów ofiar, bo napisano już zdaje się wszystko na ten temat. ja mam dodatkowe powody, które należy dodać do rejestru jego zbrodni.
stalin afiszował się jako palacz fajki.kiedy patrzyłem na zdjęcia, traciłem resztki złidzeń, że mam do czyienia z jakąś indywidualnością. jego fajka była w złym gatunku – pomyśleć człowieka, którego było stać właściwie na wszystko. i jeszcze to koszmarne „zołotoje runo”, którym nabijał swą prostacką fajkę
@nathan: zły przykład udziela się (bekanntlich) skuteczniej niż dobry, bo on podobno miał jakiś styk z Ehrenburgiem, co o fajkach nawet napisał. Ale jak już w temacie, to przypomniała mi się opowieść znajomego marynarza. Oni wpływali do Tallina, wzięli pilota na mostek i poczęstowali go papierosem. A to były te nasze pierwsze z filtrem. Carmeny i Piasty. Więc on wziął tego piasta i zapalił od filtra. Chłopaki zdrętwieli, ale znali ruskich i wiedzieli, że najgorsze, co może być, to takiego zawstydzić. Więc nie mówili nic. Ale potem jednak nie mogli się powstrzymać: – kak ponrawiłsa?
Odpowiedź była: spierwa, oni pokriepcze, no potom uże, kak drugije.