Krzysztof Łoziński: Parę uwag na marginesie6 min czytania

()

health care concept with a medical book2015-01-06.

Nie chcę zajmować stanowiska na temat tego, kto w sporze Porozumienie Zielonogórskie – Minister ma rację. Zbyt mało wiem o szczegółach, by o tym się  wypowiadać. Mam natomiast parę uwag, które przyszły mi na myśl przy okazji tego konfliktu i jego otoczki polityczno-medialnej.

Uwaga pierwsza: Wczoraj, 5 stycznia, jeden z lekarzy indagowany przez media wyjaśnił w następujący sposób to, dlaczego strajkuje odmawiając pomocy pacjentom. Otóż powiedział on, iż „jest taka zasada”, że ratujący czyjeś życie lub zdrowie powinien „najpierw zadbać o bezpieczeństwo własne”, a dopiero później ratować. Wypowiedź była obszerniejsza, ale taki był jej sens.

Przyznam, że mnie kopnęło. Pochodzę z lekarskiej rodziny. Moja matka, prof. Danuta Łozińska, była pediatrą, twórcą polskiej neonatologii, prekursorem leczenia konfliktu serologicznego w naszym kraju. Pierwsza w Polsce i jedna z pierwszych na świecie robiła transfuzje dopłodowe (nie urodzonemu jeszcze dziecku). Trzeba było (jak twierdzą dziś specjaliści w tej dziedzinie) wielkiej odwagi, by podjąć się takich zabiegów w czasach, gdy nie było jeszcze USG i tomografów, gdy trzeba było wkłuć się długą igłą do ciała dziecka w łonie matki pod rentgenem i nie zrobić mu krzywdy, nie zabić, lecz uratować. „A pod rentgenem to g… widać” – wyjaśnił mi niedawno jeden z lekarzy. Wiązało się to z ryzykiem nie tylko medycznym. Przy wielkiej niechęci i nieufności ówczesnych władz, można było zakończyć karierę zawodową a nawet wylądować w mamrze, gdyby się nie udało. Mojej matce, choć niewątpliwie miała trudny charakter, nie przyszło by do głowy i nie przeszło by przez gardło wypowiedzenie takiego tekstu, że najpierw trzeba zadbać o bezpieczeństwo własne, a nie o ratowanie życia pacjenta. Jestem niemal pewien, że coś takiego nie przeszło by przez gardło także profesorowi Relidze i wielu innym mądrym lekarzom.

To nie wszystko. Jako alpinista, choć nigdy nie byłem zawodowym ratownikiem górskim, brałem udział w wielu akcjach ratunkowych w górach. W czasie takich akcji wielu ludzi ryzykowało życiem, by kogoś ratować. Paru ratowników TOPR (wcześniej GOPR) w czasie takich akcji zginęło. Jest nawet takie określenie jak „TOPR-owska pogoda”, to znaczy takie warunki, w których wszystkim innym ludziom zaleca się nie wychodzenie w góry, a nawet nie wychodzenie z domu, bo śnieg „do góry pada”, wiatr łeb urywa, a mróz grozi odmrożeniem płuc… i właśnie najczęściej w takich warunkach idzie się na akcję, bo ktoś potrzebuje pomocy, bo w górach bardzo rzadko wypadki są przy pięknej pogodzie i w miejscach bezpiecznych.

Pamiętam taką akcję latam w Tatrach (po braci Bajorków), gdy około 20 ludzi w ulewnym deszczu wtrawersowało w ścianę Kazalnicy w połowie jej wysokości, przy iluzorycznej asekuracji. Osobom spoza środowiska wyjaśnię, że Kazalnica to najtrudniejsza tatrzańska ściana, 600 metrów pionowej skały o skrajnych trudnościach. W innych okolicznościach, człowieka wchodzącego w ścianę Kazalnicy w deszczu uznano by bez badań za wariata o skłonnościach samobójczych. I nikt tam nie margał, że trzeba „najpierw zadbać o bezpieczeństwo własne”. Pamiętam też, jak w czasie akcji ratunkowej w Himalajach Kaszmiru z Jurkiem Kukuczką rozważaliśmy możliwość wyskoczenia na lodowiec z wolno lecącego helikoptera, bo wojskowy helikopter nie mógł wylądować na wysokości 4200 m na niezbadanym gruncie, a nie dało się z niego zjechać na linie, bo nie był przystosowany do ratownictwa. Przekonał nas dopiero argument kolegów, że jak połamiemy nogi, to na pewno nikomu nie pomożemy.

No cóż? Pan doktór ma inny pogląd. A ja nie chciałbym być pana pacjentem, panie doktorze. A co jest w tym najsmutniejsze, że na tą wypowiedź nie zareagowała żadna lekarska organizacja. A ja wiem, że w moim górskim środowisku, gdyby ktoś coś takiego palnął, zafasował by od kolegów takiego kopa, że by do końca życia popamiętał. No, ale my nie lekarze-etycy.

Chciałbym jeszcze przypomnieć jedną postać. Nasz kolega taternik, a przy tym lekarz, Andrzej Nabzdyk, pracował w Lotniczym Pogotowiu Ratunkowym. W czasie jednego z lotów do wypadku, w gęstej mgle pod Wrocławiem, helikopter się rozbił. Andrzej jako jedyny ocalał, ale stracił obie nogi. I co dalej? Zrobił sobie protezy i wrócił do pracy w LPR. A mógł pomyśleć o „bezpieczeństwie własnym” i zostać w domu. Nikt mu nie kazał ryzykować dalej.

Uwaga druga, zupełnie innego rodzaju: Jest to temat na osobne poważne opracowanie, więc go tylko zasygnalizuję. Za czasów rządu AWS-UW zapoczątkowano reformę służby zdrowia i ubezpieczeń zdrowotnych. Wprowadzono Kasy Chorych i kontrakty. Zaczęły masowo powstawać prywatne ZOZ-y. Niestety nie starczyło odwagi  i wyobraźni, by reformę dokończyć – otworzyć rynek powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych dla prywatnych ubezpieczycieli. Gdyby to zrobiono, nie byłoby obecnej sytuacji. Lekarze i pacjenci mogliby wybierać miedzy warunkami oferowanymi przez różnych ubezpieczycieli i zawsze z kimś by się dogadali. Gdyby nawet prywatni ubezpieczyciele nie mogli dogadać się z lekarzami, to na pewno nie wszyscy i w konflikt nie zaangażowane byłoby państwo. Przypomnę, że zapoczątkowaną reformę popsuł minister Mariusz Łapiński z SLD, a dobił minister Bolesław PiechaPiS. To dzięki nim mamy dziś państwowego monopolistę NFZ.

Uwaga trzecia: Gdy słyszę z telewizora pewne indywiduum z pewnej partii, czyli Mariusza Błaszczaka, które to indywiduum łaje za obecną sytuację ministra i premiera, to pragnę przypomnieć PiS-owski pomysł na służbę zdrowia. Według paru wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, NFZ ma być zlikwidowany, służba zdrowia ma być finansowana z budżetu (jak za Gomułki), ale tylko państwowa. Gabinety prywatne nie dostaną nic, więc mają być dla pacjentów pełnopłatne, co w praktyce oznacza likwidację większości z nich. Ten pomysł to po prostu głupota na granicy zbrodni. „Oświecony inaczej” pomysłodawca chce, by w takich wiejskich gminach, jak w moim powiecie Giżycko, nie było gabinetów lekarzy rodzinnych wcale, bo prywatne są wszystkie. Dlatego myślę, że takie indywidua, jak pan Błaszczak z PiS i pan Gawkowski z SLD, nie powinny obecnie w ogóle się odzywać, bo jedna partia chce nam zafundować chaos znacznie gorszy, a druga ma poważny udział w chaosie, który jest.

Ale tak już jest, że gdy dwaj się biją, to na okazję czatują sępy, hieny i owsiki. To niech przynajmniej czatują po cichu.

I to by było na tyle, na dziś.

Krzysztof Łoziński

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

23 komentarze

  1. Jerzy Łukaszewski 06.01.2015
  2. PIRS 07.01.2015
  3. MaSZ 07.01.2015
  4. JotKa 07.01.2015
  5. A. Goryński 07.01.2015
  6. Federpusz 07.01.2015
    • Hanna 07.01.2015
  7. Jerzy Łukaszewski 07.01.2015
  8. W.Bujak 07.01.2015
  9. Marian. 07.01.2015
  10. szymecka 07.01.2015
  11. Krzysztof Łoziński 07.01.2015
    • Tetryk56 07.01.2015
    • MaSZ 07.01.2015
  12. zebra 07.01.2015
  13. zebra 07.01.2015
  14. Kipi 08.01.2015
    • kuba 08.01.2015
      • Krzysztof Łoziński 08.01.2015
  15. Roman Ham 08.01.2015
  16. Karbowska Ewa 11.01.2015