Nie chcę zajmować stanowiska na temat tego, kto w sporze Porozumienie Zielonogórskie – Minister ma rację. Zbyt mało wiem o szczegółach, by o tym się wypowiadać. Mam natomiast parę uwag, które przyszły mi na myśl przy okazji tego konfliktu i jego otoczki polityczno-medialnej.
Uwaga pierwsza: Wczoraj, 5 stycznia, jeden z lekarzy indagowany przez media wyjaśnił w następujący sposób to, dlaczego strajkuje odmawiając pomocy pacjentom. Otóż powiedział on, iż „jest taka zasada”, że ratujący czyjeś życie lub zdrowie powinien „najpierw zadbać o bezpieczeństwo własne”, a dopiero później ratować. Wypowiedź była obszerniejsza, ale taki był jej sens.
Przyznam, że mnie kopnęło. Pochodzę z lekarskiej rodziny. Moja matka, prof. Danuta Łozińska, była pediatrą, twórcą polskiej neonatologii, prekursorem leczenia konfliktu serologicznego w naszym kraju. Pierwsza w Polsce i jedna z pierwszych na świecie robiła transfuzje dopłodowe (nie urodzonemu jeszcze dziecku). Trzeba było (jak twierdzą dziś specjaliści w tej dziedzinie) wielkiej odwagi, by podjąć się takich zabiegów w czasach, gdy nie było jeszcze USG i tomografów, gdy trzeba było wkłuć się długą igłą do ciała dziecka w łonie matki pod rentgenem i nie zrobić mu krzywdy, nie zabić, lecz uratować. „A pod rentgenem to g… widać” – wyjaśnił mi niedawno jeden z lekarzy. Wiązało się to z ryzykiem nie tylko medycznym. Przy wielkiej niechęci i nieufności ówczesnych władz, można było zakończyć karierę zawodową a nawet wylądować w mamrze, gdyby się nie udało. Mojej matce, choć niewątpliwie miała trudny charakter, nie przyszło by do głowy i nie przeszło by przez gardło wypowiedzenie takiego tekstu, że najpierw trzeba zadbać o bezpieczeństwo własne, a nie o ratowanie życia pacjenta. Jestem niemal pewien, że coś takiego nie przeszło by przez gardło także profesorowi Relidze i wielu innym mądrym lekarzom.
To nie wszystko. Jako alpinista, choć nigdy nie byłem zawodowym ratownikiem górskim, brałem udział w wielu akcjach ratunkowych w górach. W czasie takich akcji wielu ludzi ryzykowało życiem, by kogoś ratować. Paru ratowników TOPR (wcześniej GOPR) w czasie takich akcji zginęło. Jest nawet takie określenie jak „TOPR-owska pogoda”, to znaczy takie warunki, w których wszystkim innym ludziom zaleca się nie wychodzenie w góry, a nawet nie wychodzenie z domu, bo śnieg „do góry pada”, wiatr łeb urywa, a mróz grozi odmrożeniem płuc… i właśnie najczęściej w takich warunkach idzie się na akcję, bo ktoś potrzebuje pomocy, bo w górach bardzo rzadko wypadki są przy pięknej pogodzie i w miejscach bezpiecznych.
Pamiętam taką akcję latam w Tatrach (po braci Bajorków), gdy około 20 ludzi w ulewnym deszczu wtrawersowało w ścianę Kazalnicy w połowie jej wysokości, przy iluzorycznej asekuracji. Osobom spoza środowiska wyjaśnię, że Kazalnica to najtrudniejsza tatrzańska ściana, 600 metrów pionowej skały o skrajnych trudnościach. W innych okolicznościach, człowieka wchodzącego w ścianę Kazalnicy w deszczu uznano by bez badań za wariata o skłonnościach samobójczych. I nikt tam nie margał, że trzeba „najpierw zadbać o bezpieczeństwo własne”. Pamiętam też, jak w czasie akcji ratunkowej w Himalajach Kaszmiru z Jurkiem Kukuczką rozważaliśmy możliwość wyskoczenia na lodowiec z wolno lecącego helikoptera, bo wojskowy helikopter nie mógł wylądować na wysokości 4200 m na niezbadanym gruncie, a nie dało się z niego zjechać na linie, bo nie był przystosowany do ratownictwa. Przekonał nas dopiero argument kolegów, że jak połamiemy nogi, to na pewno nikomu nie pomożemy.
No cóż? Pan doktór ma inny pogląd. A ja nie chciałbym być pana pacjentem, panie doktorze. A co jest w tym najsmutniejsze, że na tą wypowiedź nie zareagowała żadna lekarska organizacja. A ja wiem, że w moim górskim środowisku, gdyby ktoś coś takiego palnął, zafasował by od kolegów takiego kopa, że by do końca życia popamiętał. No, ale my nie lekarze-etycy.
Chciałbym jeszcze przypomnieć jedną postać. Nasz kolega taternik, a przy tym lekarz, Andrzej Nabzdyk, pracował w Lotniczym Pogotowiu Ratunkowym. W czasie jednego z lotów do wypadku, w gęstej mgle pod Wrocławiem, helikopter się rozbił. Andrzej jako jedyny ocalał, ale stracił obie nogi. I co dalej? Zrobił sobie protezy i wrócił do pracy w LPR. A mógł pomyśleć o „bezpieczeństwie własnym” i zostać w domu. Nikt mu nie kazał ryzykować dalej.
Uwaga druga, zupełnie innego rodzaju: Jest to temat na osobne poważne opracowanie, więc go tylko zasygnalizuję. Za czasów rządu AWS-UW zapoczątkowano reformę służby zdrowia i ubezpieczeń zdrowotnych. Wprowadzono Kasy Chorych i kontrakty. Zaczęły masowo powstawać prywatne ZOZ-y. Niestety nie starczyło odwagi i wyobraźni, by reformę dokończyć – otworzyć rynek powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych dla prywatnych ubezpieczycieli. Gdyby to zrobiono, nie byłoby obecnej sytuacji. Lekarze i pacjenci mogliby wybierać miedzy warunkami oferowanymi przez różnych ubezpieczycieli i zawsze z kimś by się dogadali. Gdyby nawet prywatni ubezpieczyciele nie mogli dogadać się z lekarzami, to na pewno nie wszyscy i w konflikt nie zaangażowane byłoby państwo. Przypomnę, że zapoczątkowaną reformę popsuł minister Mariusz Łapiński z SLD, a dobił minister Bolesław Piecha z PiS. To dzięki nim mamy dziś państwowego monopolistę NFZ.
Uwaga trzecia: Gdy słyszę z telewizora pewne indywiduum z pewnej partii, czyli Mariusza Błaszczaka, które to indywiduum łaje za obecną sytuację ministra i premiera, to pragnę przypomnieć PiS-owski pomysł na służbę zdrowia. Według paru wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, NFZ ma być zlikwidowany, służba zdrowia ma być finansowana z budżetu (jak za Gomułki), ale tylko państwowa. Gabinety prywatne nie dostaną nic, więc mają być dla pacjentów pełnopłatne, co w praktyce oznacza likwidację większości z nich. Ten pomysł to po prostu głupota na granicy zbrodni. „Oświecony inaczej” pomysłodawca chce, by w takich wiejskich gminach, jak w moim powiecie Giżycko, nie było gabinetów lekarzy rodzinnych wcale, bo prywatne są wszystkie. Dlatego myślę, że takie indywidua, jak pan Błaszczak z PiS i pan Gawkowski z SLD, nie powinny obecnie w ogóle się odzywać, bo jedna partia chce nam zafundować chaos znacznie gorszy, a druga ma poważny udział w chaosie, który jest.
Ale tak już jest, że gdy dwaj się biją, to na okazję czatują sępy, hieny i owsiki. To niech przynajmniej czatują po cichu.
I to by było na tyle, na dziś.
Krzysztof Łoziński



Racja pewnie leży po trosze po obu stronach, natomiast to co niepokoi, to język jakiego zaczęły używać obie strony. Obie po równo niemerytorycznie, za to szalenie emocjonalnie.
Sukcesem Arłukowicza jest fakt, że się uparł (zachowując proporcje) jak pani Thatcher, przez co sprawa jest wałkowana bardziej publicznie, niż dotąd i każdy (no, prawie każdy) może sobie wyrobić pogląd na nią. Minusem jest okopanie się obu stron na pozycjach, z których już niedługo nie będzie dokąd wyjść.
W pomysłach ministerstwa jest kilka ewidentnych błędów, możliwych do poprawienia jednym pociągnięciem pióra, w postulatach PZ jest retoryka cuchnąca taką prywatą i tym wszystkim o czym pisze Autor, że ręce opadają.
Może rozwiązaniem byłoby przyjęcie nawet tych niedoskonałych propozycji ministra pod warunkiem rozpoczęcia natychmiastowych prac nad zmianą całego systemu (choćby w wersji wspomnianej w artykule)? Bo kto by nie wygrał obecnego sporu, system się od tego nie poprawi i rzecz będzie wracała jak bumerang. A ten, jak wiadomo potrafi zrobić krzywdę.
Słabością Porozumienia jest brak konkretów. Na konferencji prasowej nie podali żadnych prawie przykładów tylko oceny ogólne i nie odpowiedzieli na konkretne pytania dziennikarzy. Minister ma trudne zadanie (sam się tego podjął): jak nie mając więcej pieniędzy i nie zmieniając systemu poprawić go.
Coraz częściej pojawiają się komentarze w mediach, iż dokończenie reformy rządu Buzka opartej na konkurencji pozwoliłoby na rynkowe ustabilizowanie sytuacji. Nie mam wiedzy, aby to samemu ocenić, przyznaję jednak, że wolnorynkowa argumentacja brzmi rozsądnie.
PIS głosi nieustannie zasadę równych żołądków i zdumiewającej wiary w to, że oddanie dowolnego „tematu” w ręce administracji centralnej cudownie uzdrowi każdą dziedzinę. Czysty socjalizm z klerykalnym sznytem.
PO zaś toczy dzielną walkę od 8 lat z niespodziewanymi dla siebie problemami, takimi jak nagłe odkrycie w zeszłym roku, że leczenie onkologiczne to ważny temat. Być może to fragment wieloletniego planu naprawy służby zdrowia opartego na pijarowskiej zasadzie: „róbmy dobre wrażenie tu i teraz”. Jego kolejne etapy definiowane są na bieżąco na podstawie analizy aktualnych sondaży wyborczych.
Zmaganie MIn. Zdrowia z PZ to walka o pieniądze i o nic więcej. Jeśli zapomnimy o kwestiach merytorycznych (które są tu kluczowe), a skupimy się jedynie na czystej i cynicznie pojętej polityce, to mamy tu jednak ciekawy problem z gatunku technologii władzy. Minister Arłukowicz zapewne zdaje sobie sprawę z braku realnego wsparcia ze strony PEK. PEK nie zachowuje się jak realny polityczne lider, a to wobec faktu, że była niedawno ministrem zdrowia – poważny błąd. Drugim błędem PEK jest doprowadzenie do sytuacji, w której minister zdając sobie sprawę, że może wkrótce zostać poświęcony w imię poprawy notowań PO oraz ze zbliżjących się wyborów parlamentarnych, może postanowić iść „do ściany” w tych negocjacjach. Wie, że „głos ludu” będzie po jego stronie (walczy z rzekomo bogatymi lekarzami / biznesmenami). A to oznacza, że na kilka miesięcy przed wyborami może stać się politykiem jeśli nie popularnym, to bez wątpienia pozytywnie rozpoznawalnym, jego rola w PO wzrośnie.
Podsumowując, PEK postrzegana przez wyborców jako lekarka nie robi nic w tym sporze, a jednocześnie ustawia nielubianego przez siebie ministra na pozycji: „nie mam nic do stracenia”.
Wizji państwa nie ma w tym żadnej, ale to nic nowego.
„….w czasach, gdy nie było jeszcze USG i tomografów,…”
szanowny Autorze, to były czasy, kiedy lekarz fonendoskopem rozpoznawał zapalenie płuc, a bóle brzucha w pierwszej kolejności budziły podejrzenie zapalenia wyrostka robaczkowego i żaden lekarz nie odesłałby cierpiącego do domu, co miało miejsce kilka dni temu, a mała pacjentka omal nie przypłaciła życiem.
Nowoczesna aparatura, czyniąc pracę lekarza bezpieczniejszą, generuje koszty, które przekraczają wydolność finansową systemu.
Zastanawiające jest, że w czasie tych wszystkich „negocjacji” i kolejnych etapów reformy nie mówi się o kosztach administrowania systemem.
„…z geografii znając gorszych parę rzek.” (Starsi Panowie)
Więc właśnie – Angliczanie wykazali się refleksem. Już w grudniu zaczęli werbunek naszych lekarzy do swojego pogotowia. A u mnie w Darmsztacie chciałem pójść w sierpniu kontrolnie do okulisty. Co gabinetów prywatnych jak psów, ale połowa nie przyjmuje pacjentów z mojej kasy (AOK). A w drugiej połowie się okazało, że mają do końca kwartału wyczerpany limit na „kasowych” klientów, więc żebym zadzwonił do nich pierwszego października, to może zdołam się załapać na ostatni kwartał. Dziesięć lat temu jeszcze nie miałem tam takich kłopotów. 150€ piechotą nie chodzi więc wróciłem nad Wisłę i zapłaciłem (oczywiście za prywatną wizytę) cztery razy mniej. Więc może lepiej było w starożytnych Chinach, gdzie płaciło się lekarzowi ryczałt od zdrowia. Jak człowiek zachorował – przestawał płacić – do wyzdrowienia.
*
To zielonogórskie – jako reprezentacja ogółu lekarzy – nieporozumienie. Ale niewątpliwie to jakaś „Silna grupa pod wezwaniem”, skoro Arłukowicz musi z nimi rozmawiać. Mimo ich drańskich zagrań.
*
Podoba mi się termin „stawka kapitacyjna”, co jest przedmiotem dyskusji panów medykantów z ministrem. Oczywiście powinno to brzmieć: stawka dekapitacyjna.
Cóż, akurat w tej sprawie mam pogląd osobny. Uważam mianowicie, że początkiem kłopotów była właśnie „reforma” z okresu rządów Buzka. Kontraktowanie świadczeń zdrowotnych zakłada zawieranie umów, a umowy są dobrowolne. Oczekiwanie ministra, że lekarze podpiszą cokolwiek im się podsunie, jest naiwne. Nie można też mówić o szantażu ze strony lekarzy – są w prawie i grają według reguł wolnego rynku. Państwo jest w takim układzie na straconej pozycji, bo to państwu zależy bardziej.
Jeśli zgadzamy się, że publiczna służba zdrowia jest co najmniej równie ważna jak publiczna oświata czy administracja, to nie powinniśmy jej urynkawiać, lecz podporządkować państwu. I w gruncie rzeczy nieważne, co to komu przypomina – liczy się rozwiązanie. Obowiązujący system jest nie do utrzymania. Bardzo przystępnie napisał o tym Jacek Kowalczyk: http://kowalczyk.blog.polityka.pl/2015/01/06/bedac-mlodym-lekarzem/.
Ależ proszę Pana, im zależy na kontraktach z NFZ bo to jest szybki i pewny pieniądz. Na 1000 pacjentów 200 nie bedzie przychodzić, 100 sporadycznie ale liczy się 1000 deklaracji. Dla spółek, które mają po kilka przychodni to ciągły strumyczek przychodów. I jeszcze jedno mam lekarza POZ w prywatnej przychodni, której właścicielem jest jakaś podkarpacka spółka. Chociaż mają też specjalistów to w ramach NFZ tylko lekarze POZ. Specjaliści za pieniądze. Pacjenci POZ to doskonałe źródło przychodów do płatnych specjalistów. Bo taki znękany chory człowiek zamiast miotać się po mieście w poszukiwaniu wolnego terminu zdecyduje się zapłacić a zwykle nie kończy się na jednej wizycie.
@JotKa, ma pan rację. Koszty administrowania systemem są skandaliczne. Tyle, że systemu nie zmieni się z czwartku na piątek, a jesteśmy wszyscy pod bramką. Dlatego w tych negocjacjach nie ma o nich mowy. Natomiast ich zakończenie powinno być początkiem wielkiej i w miarę publicznej dyskusji nad samym systemem. Jeśli PZ ją zapoczątkuje, będę mu bił brawo.
@Jerzy Łukaszewski
Już w 2004 r. „Porozumienie Zielonogórskie” przesyłało swoje uwagi do funkcjonowanie systemu. Zostały po tym ślady w wynikach wyszukiwania na stronach rządowych: https://www.google.pl/search?q=porozumienie+zielonog%C3%B3rskie&biw=1366&bih=637&source=lnt&tbs=cdr%3A1%2Ccd_min%3A1.01.2003%2Ccd_max%3A31.12.2010&tbm=#q=porozumienie+zielonog%C3%B3rskie+site:.gov.pl.
Jak czytam w samolocie instrukcje bezpieczenstwa, zawsze szokuje mnie polecenie, by najpierw zalozyc maske tlenowa sobie a pozniej dziecku. Bardzo madre, ale calkowicie wbrew naszym instynktom. W organizacji zycia spolecznego jest wiele takich madrosci. Sedziowie powinni zarabiac bardzo dobrze, byc apolityczni, i nie prowadzic dzialalnosci biznesowej. Lekarze powinni kierowac sie w swojej pracy jakoscia i nie pracowac na akord, zmuszeni do przyjmowania 60-80 pacjentow dziennie by zamknal sie budzet. To chyba mial na mysli przywolany w artykule lekarz. Dorabianie mu geby nic nie wnosi do tematu.
Nasuwa mi się jedno słowo : szantaż korporacyjny.
Nie ma mam na myśli pojęcia „sparagrafowanego” w KSH ale szantaż tout courte: szantaż własnego państwa przez PZ.
Polska jest w ogonie Europie w zakresie szybiego wykrywania, diagnostyki i leczenia raka. Jakoś lekarzom z żadnego „Porozumienia” to nie przeszkada. Nie usłyszałam przez te lata jakiejkowiek z ich strony propozycji czy też działań aby cokolwiek dla tych biednych chorych ludzi zrobić. W ostatniej przepychance też nie było mowy o tym dlaczego zamykanie przychodni jaet dla dobra pacjentów. Było natomiast porównanie Ministra do Jaruzelskiego, zawiadamianie policji o zniknięciu Premier Kopacz i o tym o czym pisze autor. TFU.
@szymecka
8 listopada 2007 r. Projekt ustawy o zmianie ustawy o ustanowieniu programu wieloletniego „Narodowy program zwalczania chorób nowotworowych”, strona 5, punkt 2 – lista podmiotów zaangażowanych w konsultacje społeczne: http://orka.sejm.gov.pl/Druki6ka.nsf/0/301EB99E8DE3EFD7C12573B000421E1B/$file/80.pdf.
Szanowni Państwo. Ja nie zajmuję się tym, kto w tym sporze ma rację. Piszę o postawach, które się ujawniły, o egoizmie, pazerności, grze politycznej zdrowiem Polaków. Ten pan doktór zupełnie wyraźnie stawiał własny interes przed dobrem pacjenta i wcale mu gemby nie dorabiam. Powiedział wręcz, że jeśli widzi wypadek i „rannego na ulicy”, to najpierw myśli o „swoim bezpieczeństwie”. A to wszystko było w takim kontekscie, że chodziło głównie o bezpieczeństwo finansowe. I niestety widziałem taką postawę nie tylko u niego, choć tylko on to jawnym tekstem wyłożył.
A co do kontekstu politycznego… PiS i SLD od lat straszą ludzi prywatną służbą zdrowia, a zwłaszcza prywatnymi szpitalami, w których rzekomo wszystko ma być „tylko dla bogatych”. Zbawieniem dla biednych ma być natomiast lecznictwo państwowe. Mam proste porównanie. W maju 2014 roku, przez tydzień byłem na badaniach w prywatnym (spółka Promedica) szpitalu w Ełku (na Barankach). Nie zapłaciłem nic. Wszystko na fundusz, a nikt nie leży na korytarzu, czysto, uprzejmie, smaczne jedzenie, aparatury medycznej po sufit, personel wysokiej klasy. Jednocześnie znam państwowe szpitale w tymze Ełku i Giżycku. Prypominają lazaret z czasów wojaka Szwejka, koszmarne kolejki, brudno, chamsko i reszta jak w PRL. Stąd propozycja: niech zwolennicy tych partii idą do tych państwowych, jak lubią, a mnie proszę nie uszczęśliwiać tymi przybytkami. A straszenie prywatyzacją służby zdrowia owocuje tym, że od lat nie można zrobić racjonalnej kompleksowej reformy systemu, bo wszyscy się jej boją.
Udana kompleksowa reforma systemu byłaby tak znaczącym sukcesem rządu, że tzw. „opozycja” w życiu do tego nie dopuści…
Warto przypomnieć, że na początku lat 90-siątych nie brakowało głosów, aby zablokować prywatne szkolnictwo, no bo przecieź nie moźe być tak, aby zamożniejszy obywatel mógł potencjalnie umożliwić lepszą edukację swoim dzieciom….. Za zarobione pieniądze może chalać wódę i żreć kawior w dowolnych ilościach, ale nie może płacić za edukację swoich dzieci!
W ciągu ostatnich kilku lat miałem do czynienia z zarówno prywatną jak i państwową służbą zdrowia. Schemat bardzo jednorodny: prywatna- dobra organizacja i lekarze ok, państwowa: lekarze ok, zaś organizacja pracy szpitali katastrofalna. Byle jak, „jakoś_to_będzie”, i zasada trzech ziemniaków: „dziadek sadzić ziemniaki, ojciec sadzić ziemniaki to i ja sadzić ziemniaki”.
Niestety PIS jako partia równych żoładków będzie straszyć prywatnymi szpitalami (przynajmniej do momentu gdy Kaczyński nie pójdzie wreszcie na polityczną emeryturę), a PO w ramach panicznego strachu przed utratą władzy nie będzie oponowała.
Na marginesie: zapisana w Konstytucji darmowa służba zdrowia to twór nieistniejący. Za tzw. „darmową” opiekę zdrowotną płacimy kupując chleb (VAT), benzynę (VAT i akcyza), mieszkanie (VAT), odbierając pensję (PIT). Po prostu zamiast płacić za usługę medyczną w kasie przychodni lub szpitala, płacimy w sklepie, na stacji benzynowej, podczas corocznej PIT-ologii itd. To nie oznacza, że publiczna służba zdrowie nie powinna istnieć, ale że używanie przymiotnika „darmowa” nie ma sensu dokładnie w takim samym stopniu jak wiara w odmówienie zdrowaśki jako skutecznej ochrony przed niechcianą ciążą oraz zapaleniem oskrzeli.
Fragment listu lekarza rodzinnego do pacjentów:
”
W nowej umowie jest kilka niemożliwych do przyjęcia zadań. Jest ona skierowana przeciwko pacjentom i stawia pacjentów i lekarzy naprzeciwko siebie. (…)
Lekarz endokrynolog jak wszyscy wiedzą leczy najczęściej choroby tarczycy. W nowej umowie to lekarz POZ będzie zobowiązany do leczenia niedoczynności tarczycy. Wszyscy państwo, którzy jesteście pod kontrolą poradni endokrynologicznej, teraz wrócicie do POZ. Lekarz nie będzie mógł państwa skierować do specjalisty. Rozwiązany problem kolejki u endokrynologa? Ma pan minister sukces? Łagodny przerost gruczołu krokowego też w gestii lekarza POZ. Zniknie kolejka do urologa? Takich jednostek chorobowych wrzuconych do POZ jest więcej.
Na wykonanie tych zadań lekarz POZ nie dostaje żadnych dodatkowych pieniędzy, a minister może zaoszczędzić na wykupieniu tych wizyt u specjalistów. Tyle że specjaliści mieli wykupioną konkretną ilość wizyt a my nie mamy limitu. Przyjąć należy wszystkich pacjentów. Niestety nie potrafię już w sposób bezpieczny dla pacjentów przyjmować większej ilości ludzi.
Liczni moi koledzy mają już przyjmowanie na godzinę. Pacjent endokrynologiczny na kontrolnej wizycie będzie musiał zająć 30 minut tak jak u specjalisty. Już ostatnio pojawiły się kłopoty gdzieniegdzie z dostaniem się do lekarza w dniu rejestracji. Niestety teraz obejmie to już wszystkie praktyki.”
Może to ktoś sprawdzić, potwierdzić?
Oczywiście list był z wczoraj, przed podpisaniem dzisiejszego porozumienia.
Chciałbym się odnieść tylko do kwestii prywatyzacji służby zdrowia – czy zostały przeprowadzone badania, z których by jednoznacznie wynikało, że stawki płacone prywatnemu ubezpieczycielowi będą niższe, niż te w podatkach? I czy byłby rozwiązany problem ludzi najuboższych, których nie stać by było nawet na te stawki, przewlekle chorych czy ludzi którzy nagle musieliby wylądować w szpitalu na dłuższy czas?
Przypuszczam, że w umowach z prywatnym ubezpieczycielem byłby natomiast punkt mówiący, że jeśli w rodzinie są znane przypadki np.pewnych nowotworów to składka rosłaby do poziomów nieosiągalnych nawet dla zamożniejszych.
.
Zatajenienie takiej informacji zwalniałoby ubezpieczyciela z wszelkich świadczeń.
.
Jakaś część populacji (ma pecha) i zapadnie na choroby, których leczenie idzie w miliony. Taki klimat.
Przed takimi klauzulami można zabezpieczyć się w ustawie. I takie zabezpieczenie musi być, bo bez niego można by np. nie ubezpieczać ludzi starych (najwięcej chorują). W krajach, w których większość ubezpieczycieli jest prywatnych najczęściej w ustawie zawarto klauzulę, że nie wolno nikomu odmówić ubezpieczenia. Mają tak skalkulować składki, by się to im opłacało. Składki też mają być uzależnione tylko od zakresu usług, a jeśli od dochodów to procentowo. Obecnie takiej ustawy nie ma, więc firmy prywatne, np. Enelmed, ubezpieczają tylko do pewnego wieku (o ile pamiętam do 54 lat). Mówimy o ubezpieczeniach POWSZECHNYCH, a nie tylko dla wybranych. Te już są. W pojęciu ubezpieczenia powszechnego zawarte jest to, że musi być dla wszystkich i na jednakowych warunkach, inaczej nie jest powszechne.
Co do pytania Kipi: o „badania, z których by jednoznacznie wynikało, że stawki płacone prywatnemu ubezpieczycielowi będą niższe, niż te w podatkach?”. Są takie badania – cała historia gospodarki. Statystycznie rzecz ujmując: państwowe w każdej dziedzinie znaczy gorzej i drożej. System może być zresztą mieszany. Dopuszczenie ubezpieczycieli prywatnych nie musi oznaczać likwidacji państwowych.
Nie chcę głębiej wchodzić w ten temat, bo to temat na obszerne oddzielne opracowanie.
Największą patologią naszego systemu są brak alternatywy dla państwowego monopolisty i to, że NFZ zawiera umowy z lekarzami a nie z pacjentami. To tak, jakby ubezpieczenie OC i AC zawierano z warsztatem, a nie z kierowcą. W zdrowym systemie lekarz lub szpital po prostu wystawia rachunek, a ubezpieczenie, na podstawie umowy z pacjentem, ten rachunek płaci.
Panie redaktorze.
Popełnił Pan jeden błąd (może więcej, ale ja zauważyłem jeden).
Za rządów premiera Buzka uchwalono ustawę o NFZ, w której zapisano, iż od 2000 r (czyli rok po wejściu) do 16 Kas Chorych dołączą 4 kasy prywatne.
Niestety – jeden z ówczesnych liderów, nieświętej pamięci pan Geremek zainicjował inicjatywę ustawodawczą i zapis ten po bardzo krótkim czasie zniknął z ustawy.
Błędem w Pańskim artykule jest, iż Pan tego Gierweka nie rozliczył za jego czyn.
Odsyłam do pierwotnej treści ustawy. Tak więc obecny bałagan zawdzięczmy politykom, z panem Geremkiem na czele. To on ułatwił ministrowi Łapińskiemu i jego pryncypałowi Millerowi „skok na kasę” i zamianę 16 kas chorych na jeden NFZ. Pierwszy łup to miliardy na Laboratorium Osocza. Zaś co do NFZ – wszystko co państwowe, to szajsowe. Począwszy od takich spółek, jak Kompania Węglowa.
I mną tąpnęło, prawie „zawał”…, niemal tak rozległy jak zapowiadany „górniczy”, jak autorem niniejszego tekstu. Dyskutować można i trzeba, jeśli jest o czym, a tu jest, ale nigdy odmawiając pomocy pacjentom.
Zasada, że lekarz, aby ratować chorego musi najpierw zadbać o bezpieczeństwo własne jest bardzo słuszna, dotyczy jednak kompletnie innych przypadków. Np. nieskakania za pacjentem w rozszalały ogień pożaru. Bo spłoną obaj i lekarz i niedoszły pacjent.
WW. reguła ma się natomiast nijak do sytuacji, o której mowa i Państwo z PZ doskonale to wiedzą. Więc niech przestaną cwaniakować, głąba rżnąc.